Podcast jest dostępny do odsłuchu również tutaj: Spotify • Apple Podcasts
17 lat. Tyle trwa droga od pierwszych lekcji gry na instrumencie do dyplomu magistra i realnej szansy na karierę muzyka klasycznego w Polsce.
To nie jest ścieżka dla niecierpliwych – zaczyna się w wieku 7 lat, wymaga szkoły muzycznej, tysięcy godzin ćwiczeń, wyrzeczeń (znajomi się bawią, a ja z instrumentem) i ogromnej dyscypliny. Ale czy się opłaca? To pewnie zależy od wykładni „opłacalności”. Jeden rabin powie A, drugi B, klasyka.
Ja postanowiłem jednak zapytać nie rabina, ale Gabrielę Graboń – skrzypaczkę, nauczycielkę w szkole muzycznej i członkinię orkiestry w filharmonii.
Gabriela zabrała najpierw mnie, a teraz zabiera Ciebie – skoro tutaj jesteś – za kulisy świata, o którym mamy najczęściej wyidealizowane wyobrażenia (albo nie mamy ich wcale, bo przecież muzyka klasyczna jest dla totalnych nudziarzy – sic!).
To szczera rozmowa o presji, konkurencji, wypaleniu zawodowym i pytaniu, które towarzyszy, jak sądzę, wielu muzykom (i nie tylko, bo widzę w tym uniwersalną rozkminę wszędzie tam, gdzie potrzeba dyscypliny, żeby coś osiągnąć: czy to jeszcze pasja, czy już tylko obowiązek?
Z Gabrielą poznaliśmy się, gdy prowadziłem szkolenie z prawa autorskiego w ramach inicjatywy Hashtag Ensemble. Wracaliśmy razem pociągiem z Warszawy do Łodzi i Gabriela tak ciekawie opowiadała o swoim muzycznym świecie, że postanowiłem zaprosić ją do podcastu. To jeden z tych mikro-momentów, które decydują, że w życiu dzieje się coś fajnego. Warto zachować czujność!
Kluczowe wnioski z rozmowy (TL/DR)
Rozmowa trwa 1.5h i każdy wyniesie z niej coś innego. Ja uporządkowałbym to tak.- Edukacja muzyczna w Polsce trwa minimum 17 lat: 12 lat szkoły muzycznej (od 7. roku życia) + 5 lat studiów (licencjat + magisterka). To nie jest historia punkowego zespołu, który zaczynał w garażu, nie mając pojęcia o instrumentach i podbił świat energią.
- Podwójna szkoła to często norma: uczniowie szkół muzycznych łączą naukę w szkole ogólnej z popołudniowymi zajęciami muzycznymi. Szacun!
- Konkurencja zaczyna się wcześnie: w niektórych instrumentach (skrzypce, fortepian, wiolonczela) „miesiąc przewagi” w dzieciństwie może zaważyć na przyszłości. To przypomina trochę wyżyłowany do granic wytrzymałości sport.
- Wypalenie zawodowe to realny problem, a mit „rób to, co kochasz” może być pułapką. Zresztą nie tylko w tej branży – myślenie tylko o pasji jest złudne.
- Rutyna ważniejsza od motywacji: systematyczność i dyscyplina są ważniejsze niż chwilowe uniesienia. Siła nawyku!
- Muzyk wykonawca ≠ odtwórca: każde wykonanie utworu to akt twórczy, nie mechaniczne odtworzenie nut. Artystyczne wykonanie utworu – jako radca prawny zajmujący się prawem autorskim, doskonale to rozumiem.
- Stabilizacja (dla Gabrieli) to filharmonia + nauczanie: łączy pracę w orkiestrze z nauczaniem dla stabilności finansowej. Ale każdy muzyk może znaleźć swój sposób – innym lepiej jest na freelancie, gdy mają gen przedsiębiorczy.
Jak wygląda edukacja muzyczna w Polsce? 12 + 5 lat intensywnego kształcenia
Decyzja o rozpoczęciu nauki w szkole muzycznej pada bardzo wcześnie – najczęściej w wieku 7 lat, gdy dziecko zaczyna szkołę podstawową. To moment, w którym wiele osób jeszcze nie wie, co chce robić w życiu, a już podejmuje wybór, który może zdeterminować następne dwie dekady.
Inna kwestia – czy to ich wybór, czy wybór rodziców?
Gdy zapytałem o to w innym odcinku Filipa Gotkiewicza, powiedział mniej więcej coś takiego: „Jaki mój?! Stary?! On w tym czasie nie mógł być mój. No miałem 7 lat, heloł”.
Istnieją dwa modele organizacyjne nauki:
- szkoły ogólnokształcące z klasami muzycznymi – wszystko w jednym budynku,
- szkoły popołudniowe – uczeń chodzi do zwykłej szkoły rano, a po południu ma zajęcia muzyczne.
Ten drugi model, choć logistycznie wydający się trudniejszy, stał się udziałem Gabrieli (ale w jej przypadku to było konsekwencją tego, że rodzice uczyli w szkole muzycznej właśnie popołudniami)„To była podwójna szkoła – rano normalna, po południu muzyczna. A wieczorem jeszcze ćwiczenia”.
I w tym momencie myślę sobie, że może to i lepiej, że rodzice finalnie nie zapisali mnie do takiej szkoły muzycznej (były takie plany). Miałem czas na inne zajęcia, np. naukę htmla, programowania, fingerboard, utworzenie pierwszego w Polsce fanclubu Juventusu Turyn (czasy, gdy ludzie listami wysyłali sobie plakaty, uwierzsz?).
Studia muzyczne (5 lat)
Po ukończeniu szkoły muzycznej II stopnia absolwent otrzymuje tytuł muzyka zawodowego – ale to dopiero początek drogi. Bez studiów trudno o stabilną pracę w zawodzie.
Z mojej perspektywy to trochę tak jakby licealista chciał wyruszyć na podbój świata. Niby możliwe, ale jednak rzadko się udaje, choć tak, wiem – są genialni wizjonerzy, którzy kształtują rzeczywistość, wymyślając coś bez większego przygotowania i na tym budując swoją przewagę w stosunku do tych, który ciągle czekają na lepszy moment. No ale przy grze na instrumencie to ciężko.
Studia muzyczne to kolejne 5 lat:
- Licencjat (3 lata)
- Magisterka (2 lata)
Dopiero po zdobyciu tytułu magistra można ubiegać się o pracę w filharmonii czy szkole muzycznej.
Podsumowanie: od pierwszej lekcji do możliwości pracy zawodowej – 17 lat nauki.
W tym momencie podliczam swoją edukację:
- 6 lat podstawówki,
- 3 lata gimnazjum,
- 3 lata liceum,
- 5 lat studiów,
- 3 lata aplikacji radcowskiej
„Czyja to właściwie pasja?” – dylemat młodych muzyków
Jednym z najtrudniejszych pytań, z jakimi mierzą się uczniowie szkół muzycznych, jest: czy to moja pasja, czy pasja moich rodziców? [myślę, że to wcale nie dotyczy tylko muzyki]
Gabriela mówi o tym wprost:
„U mnie w domu była zawsze bardzo duża pomoc ze strony rodziców. Moi rodzice też pracują w szkole muzycznej, więc to była jakaś taka kontynuacja – trzeba było coś ze mną zrobić po południu.”
To powszechny scenariusz: dziecko w wieku 7 lat nie podejmuje w pełni świadomej decyzji o 17-letniej inwestycji czasu. Często to rodzice – sami muzycy lub zafascynowani muzyką – inicjują ten wybór. Dobrze to czy niedobrze? Oto jest pytanie.
Kiedy więc ta „pożyczona pasja” staje się własna?
W przypadku Gabrieli moment przełomowy nastąpił w liceum, gdy stanęła przed wyborem studiów:
„To był jakiś taki pierwszy moment na studiach, kiedy zostaje już sama ta dziedzina, którą się zajmujemy. Już nie ma tej szkoły masowej, która tak zabiera tyle czasu.”
Presja, konkurencja i „miesiąc do stracenia”
Świat muzyki klasycznej, zwłaszcza w przypadku wymagających instrumentów (skrzypce, fortepian, wiolonczela), to środowisko ekstremalnie konkurencyjne.
Btw. czy są jakieś środowiska niekonkurencyjne dzisiaj? Weźmy choćby podcasty rozmowne takie jak ten – jest ich pełno (ale i tak wierzę, że mam coś wartościowego od siebie do dodania na tym rynku).
Gabriela nie ukrywa:
„Dzisiaj już mamy naprawdę małe dzieci, które grają bardzo trudne utwory, które już zdobywają duże doświadczenie sceniczne. Ten poziom niesamowicie zwyżkuje.”
Co to oznacza praktycznie?
W środowisku, gdzie wszyscy zaczynają naukę bardzo wcześnie, przewaga kilku miesięcy może być decydująca. Jak brutalnie ujmuje to jeden z fragmentów rozmowy:
„Tyle wysiłku przez trzy lata włożonego, a teraz może okazać się, że jakiś gówniak zacznie miesiąc wcześniej i co? Lipa.”
To akurat nie słowa Gabrieli, ale moje. Ot, taki autocytat.
„Szkoła muzyczna to wojsko dla dzieci”?
Określenie to może brzmieć drastycznie, ale nieprzypadkowo się pojawia. Szkoła muzyczna to nauka dyscypliny od najmłodszych lat:
- codzienne ćwiczenia (nawet 15 minut dla najmłodszych, godziny dla starszych),
- egzaminy, przesłuchania, konkursy,
- presja osiągania coraz lepszych wyników,
- łączenie dwóch szkół i dodatkowych zajęć.
„Jak to mój tata mówił, wojsko powinno być dla każdego, bo to uczy charakteru. Więc szkoła muzyczna też powinna być dla każdego, bo to uczy charakteru.”
To znowu moje słowa. Kolejny auto-cytat. Czy to już ego prowadzącego?
Wypalenie zawodowe w muzyce: mit „rób to, co kochasz”
Społeczeństwo promuje narrację: „Rób to, co kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia.”
Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.
Badania pokazują, że wypalenie zawodowe dotyka wielu artystów. Dlaczego? Bo gdy pasja staje się źródłem utrzymania:
- zacierają się granice między życiem zawodowym a prywatnym,
- presja finansowa miesza się z miłością do sztuki,
- „czas wolny z instrumentem” przestaje być przyjemnością, staje się obowiązkiem.
Gabriela mówi o tym szczerze:
„Są dni, w których naprawdę gra się świetnie, chcę coś konkretnego zrobić. A są takie dni, gdzie niekoniecznie dzisiaj mam pełną dyspozycję do tego, żeby ćwiczyć, ale wiem, że czeka mnie jakiś projekt, muszę się przygotować.”
No ale znowu – czy to charakterystyczne tylko dla branży muzycznej? Wydaje mi się, że to urok niemal każdego zawodu na wysokim poziomie + charakterystyka ludzi ambitnych.
Pandemia jako punkt zwrotny
Dla wielu muzyków pandemia była momentem weryfikacji. Odwołane koncerty, niepewność, brak możliwości występów – wszystko to zmuszało do postawienia sobie fundamentalnego pytania: po co to wszystko?
„W pewnym momencie sobie tak powiedziałam, że albo zrobię wszystko, żeby jeszcze poprawić te rzeczy w mojej grze, albo dam sobie z tym spokój. No ale że opcji B za bardzo nie widziałam, to to był trochę taki szantaż własny.”
Ja podczas pandemii zrobiłem formę fizyczną życia – przyp. prowadzący
Kariera muzyka klasycznego: etaty, freelancing i „grantoza”
Dwie główne ścieżki zawodowe
1. Praca w filharmonii / orkiestrze
- Stabilny etat
- Próby od rana do około 13:00
- Koncert w piątek wieczorem
- Pozostały czas na przygotowanie partii, naukę lub dodatkowe projekty
2. Freelancing muzyczny
- Brak stałej pensji
- Granie przy różnych projektach (koncerty, nagrania, wydarzenia)
- Większa swoboda, ale też większa niepewność
W praktyce: muzycy łączy pracę w orkiestrze z nauczaniem dla zapewnienia stabilności finansowej.
„Grantoza” – problemy systemu finansowania kultury
Gabriela wspomina o zjawisku, które coraz bardziej obciąża artystów: „grantozie”.
W Polsce funkcjonowanie wielu projektów kulturalnych zależy od zdobywania grantów. Problem? System jest często nieprzewidywalny:
- projekty o wartości artystycznej przegrywają z tymi, które lepiej „zagrają w urzędniczej punktozie”,
- decyzje nie zawsze są uzasadniane,
- artyści spędzają mnóstwo czasu na pisaniu wniosków zamiast na tworzeniu.
„Nieraz projekty o naprawdę niezbyt wielkich walorach wygrywają w tej punktozie, a projekty dużo bardziej wartościowe się nie przebijają.”
FUN FACT: starałem się o dofinansownaie z KPO na mój podcast. Nie dostałem.
Muzyk wykonawca vs odtwórca: dlaczego to nie to samo?
Jednym z najczęstszych mitów o muzyce klasycznej jest przekonanie, że muzyk to „odtwórca” – ktoś, kto mechanicznie odtwarza zapisy nutowe kompozytora.
To błędne i krzywdzące uproszczenie.
„Muzyk właśnie nie jest odtwórcą, tylko muzyk wykonawca jest twórcą. Każde wykonanie utworu jest niepowtarzalne. Ten sam utwór może wykonać dziesięć osób i te dziesięć osób może zrobić to zupełnie inaczej.”
Dlaczego to ważne?
- Wykonanie to interpretacja, nie reprodukcja.
- Każdy koncert na żywo jest unikalny.
- Muzyk wnosi swoje emocje, doświadczenie i perspektywę artystyczną.
- Prawnie: „artystyczne wykonanie” jest chronione jako odrębne od kompozycji.
Jako radca prawny w branży kreatywnej na co dzień mam do czynienia z prawem autorskim. Rozróżnienie między utworem, a artystycznym wykonaniem nie jest intuicyjne dla laików.
Rutyna ważniejsza niż motywacja: paradoks wytrwałości
Gabriela wypowiada zdanie, które brzmi niemal heretycko w erze „follow your passion”:
„Pasja pasją, motywacja motywacją, ale też ta rutyna i wprowadzenie takiej obowiązkowości w przygotowaniu różnych rzeczy jest chyba bardziej kluczowa niż nawet ta słynna motywacja.”
Co to oznacza w praktyce?
Profesjonalny muzyk nie czeka na „natchnienie”, żeby ćwiczyć. Traktuje granie jak codzienną higienę – coś, co się robi niezależnie od nastroju, bo tego wymaga rzemiosło.
To może brzmieć nieromantycznie, ale właśnie ta zdolność do działania mimo braku motywacji oddziela profesjonalistów od amatorów.
Dla mnie higiena, nawyk i praca stoi w kontrze do pasji jaką jest muzyka. Mam odwrotny problem – wtłoczenie tego w rutynę sprawia, że zaczynam się zastanawiać czy to jeszcze przyjemność, czy to już obowiązek. Ale ja jestem w innym miejscu – nie żyję z muzyki.
FAQ: pytania o karierę muzyka klasycznego
Szczególnie urzeka mnie nr 4 – uśmiecham się na samo wspomnienie tego wątku z rozmowy.
1. Czy można zostać muzykiem klasycznym, zaczynając naukę później niż w wieku 7 lat?
Tak, ale zależy od instrumentu. Instrumenty dęte często pozwalają na rozpoczęcie nauki później. Natomiast skrzypce, fortepian, wiolonczela wymagają bardzo wczesnego startu ze względu na technikę i konkurencję.
2. Ile kosztuje edukacja muzyczna w Polsce?
Państwowe szkoły muzyczne są bezpłatne (oprócz kosztów instrumentu i ewentualnie korepetycji prywatnych). To czyni je dostępnymi, choć wymaga zdania egzaminu wstępnego.
3. Jakie są zarobki muzyka klasycznego w Polsce?
Zależą od formy zatrudnienia:
- etat w filharmonii: stabilna pensja (podobna do budżetówki),
- nauczanie w szkole muzycznej: według stawek nauczycielskich,
- freelancing: bardzo zmienne.
Większość muzyków łączy kilka źródeł dochodu dla stabilności.
4. Czy muzyka klasyczna wymaga fraka na koncertach?
Nie! To mit, który odchodzi do przeszłości. Coraz więcej filharmonii i organizatorów koncertów zachęca do przychodzenia w zwykłych ubraniach, żeby obniżyć bariery wejścia dla nowych słuchaczy.
5. Jak radzić sobie z wypaleniem zawodowym jako muzyk?
- Świadome zarządzanie czasem: oddzielanie pracy od życia prywatnego.
- Praca z terapeutą (coraz popularniejsze w środowisku artystycznym).
- Różnorodność projektów: mieszanie pracy w orkiestrze, nauczania i projektów solowych.
- Akceptacja, że nie każdy dzień będzie pełen pasji – i to jest OK.
Posłuchaj pełnej rozmowy
Ten artykuł to tylko zarys 1,5-godzinnej rozmowy z Gabrielą Graboń.
W pełnym odcinku rozmawiamy również o:
- metodzie Suzuki i pytaniu, czy każdy może nauczyć się grać,
- dlaczego muzyka klasyczna jest wykluczona z edukacji powszechnej,
- jak wygląda relacja muzyka z publicznością,
- cczy talent jest ważniejszy niż praca
📬 Chcesz więcej takich rozmów? Zapisz się na Listy Przygodowe – newsletter z refleksjami i zapowiedziami kolejnych odcinków.
Pełna transkrypcja odcinka
Poniżej znajdziesz zredagowaną transkrypcję rozmowy z Gabrielą Graboń. Tekst został podzielony na tematyczne sekcje dla łatwiejszej nawigacji.
Muzyka klasyczna vs popularna i system edukacji muzycznej
Wojtek: Muzyczka klasyczna – tak się używa takiego sformułowania?
Gabriela: Jak ktoś chce, to może. Ja nie mam oporów, czy muzyk, czy muzyczka. Nie musimy używać feminatywów.
Wojtek: Muzyk klasyczny czy muzyk współczesny – czy są jakieś różnice w tym zakresie?
Gabriela: Raczej mówi się muzyk klasyczny. Muzyka współczesna to jest dziedzina, obszar, którym można się zajmować – dość jeszcze niszowy. Ale nie wyróżnia się go, jeśli mówimy o wykonaniu. Możemy powiedzieć „muzyk specjalizujący się w wykonywaniu muzyki klasycznej”, ale ja się za takiego nie uważam.
Wojtek: A uważasz się za?
Gabriela: Myślę, że generalnie po prostu za muzyka. Staram się nie ograniczać do jakichś konkretnych obszarów i nie zatrzymywać się, przynajmniej na razie, w jakichś ramach. Interesuje mnie wiele rzeczy związanych z muzyką klasyczną – wykonawstwo, pedagogika, kwestie bardziej badawcze. Nie chciałabym się szufladkować.
Wojtek: Dobrze, to nie będziemy cię szufladkować. Ja dopowiem, skąd w ogóle zainteresowanie moje tym tematem. Spotkaliśmy się przy okazji pewnego szkolenia, rozmawialiśmy w pociągu o tej muzyce klasycznej i pomyślałem sobie, że ja – osadzony w bańce muzyki popularnej i rozrywkowej – fajnie byłoby poszerzyć swoją wiedzę o obszar muzyki klasycznej i skonfrontować takie społeczne przekonania.
Kto to jest ten muzyk? Kto to jest artysta? Jak naprawdę wygląda droga muzyka? Ale może na początek: czym różni się muzyka klasyczna od muzyki popularnej, rozrywkowej? Jak powiesz przeciętnemu Polakowi na ulicy „co to jest muzyka”, to on prawdopodobnie powie „to jest na przykład Sanah”. To są dwa różne światy – muzyka klasyczna i popularna – czy jednak mają coś wspólnego?
Gabriela: Coś wspólnego istnieje – nawet nie tak mało, jeśli byśmy się temu przyjrzeli. Ale skupiają się na innych odbiorcach. Jest tutaj różnica w prezentacji, w popularności jednego czy drugiego gatunku muzyki.
Muzyka klasyczna przede wszystkim opiera się na tym, że potrzebne jest do niej wykształcenie muzyczne. To wykształcenie zaczyna się w bardzo młodym wieku – szkoły muzyczne przyjmują kandydatów od siódmego roku życia.
Na niektóre instrumenty jest wręcz konieczne, żeby to kształcenie zacząć w tak młodym wieku.
17 lat nauki: od szkoły do dyplomu magistra
Gabriela: W wieku siedmiu lat decydujemy się na wybór – skrzypce, fortepian czy wiolonczela. To jedne z najbardziej wymagających instrumentów. Jeżeli chcemy doprowadzić do zawodowego poziomu, na przykład do studiów muzycznych, to samej szkoły muzycznej mamy 12 lat przed sobą.
To jest łączenie szkoły ogólnej – podstawowej, potem liceum – z zajęciami w szkole muzycznej. To są dodatkowe godziny, do tego jeszcze ćwiczenie własne. To bardzo duży wysiłek logistyczny i mentalny, żeby to wszystko ze sobą pogodzić.
I dopiero po tych dwunastu latach dostajemy tytuł muzyka zawodowego, który tak naprawdę niewiele nam daje – to dopiero początek. Można iść na studia muzyczne, które są w formie 3 plus 2: licencjat i magisterka. Dopiero razem, po 17 latach grania, dostajemy tytuł magistra, który pozwala ubiegać się o pracę w filharmonii czy w szkole muzycznej.
Wojtek: Więc w sytuacji, kiedy koledzy w liceum wybierają swoją ścieżkę kariery i zastanawiają się 3-4 lata przed maturą „co by tu zrobić”, to już są uważani za odpowiedzialnych. A muzycy, jeżeli chcą poważnie o tym myśleć, zaczynają znacznie wcześniej.
Gabriela: Są instrumenty, na których można zacząć naukę znacznie później. Na przykład instrumenty dęte – na niektórych nie jest nawet możliwe zaczęcie w tak młodym wieku. Można z sukcesem później dostać się na studia i kontynuować karierę. Natomiast są takie instrumenty, które dzisiaj są już tak wymagające, że rozpoczęcie w młodym wieku jest konieczne.
Wojtek: Czyli podstawowa różnica: muzyk klasyczny to muzyk zawsze po szkole?
Gabriela: Raczej tak. Nie da się uprawiać muzyki klasycznej bez wykształcenia muzycznego.
Wojtek: 17 lat… Po 17 latach niektóre zespoły rokowe już dawno nie istnieją, a wy dopiero zaczynacie.
Gabriela: Dokładnie. Dopiero jak sobie to poukładać, uzmysłowić, widzi się skalę oddania czy poświęcenia temu zawodowi. Bardzo dużo osób nie wytrzymuje, rezygnuje gdzieś po drodze. Ale ci, którzy są wytrwali albo mają pomoc ze strony otoczenia i dadzą radę wytrwać te szkoły – mogą dopiero myśleć o ścieżce zawodowej.
Podwójna szkoła: logistyczny koszmar
Wojtek: U ciebie to też się zaczęło w wieku 7 lat?
Gabriela: Tak. Chodziłam do szkoły popołudniowej. Warto wspomnieć, że w Polsce są dwa piony edukacji. Możemy mówić o szkole ogólnokształcącej – w ramach jednego budynku ma się zajęcia muzyczne i zajęcia normalne. To jest logistycznie bardzo wygodne.
Są też szkoły popołudniowe – zajęcia odbywają się tylko w godzinach popołudniowych, a dziecko chodzi do zwykłej szkoły podstawowej w innym miejscu. Tutaj logistyka jest dużo bardziej utrudniona.
Ja chodziłam akurat do popołudniowej. Połączenie tego, szczególnie im bliżej matury, było bardzo trudne. To de facto podwójna szkoła.
Wojtek: Co cię motywowało, żeby w tym wytrwać? Twoi koledzy wracali z pierwszej szkoły i mieli fajrant albo jakieś prace domowe, a ty wracałaś z pierwszej szkoły i szłaś do drugiej. Po co?
Gabriela: U mnie w domu była zawsze bardzo duża pomoc ze strony rodziców – pod względem logistycznym, ogarnięcia tych dwóch szkół. Moi rodzice też pracują w szkole muzycznej, więc to była kontynuacja w pewnym sensie. Trzeba coś było ze mną zrobić po południu, a że rodzice pracowali w szkole popołudniowej, to było zapewnienie opieki.
Tak to się zaczęło. Sama też wybrałam sobie instrument – skrzypce. Potem rok za rokiem to się ciągnęło. W pewnym momencie pod koniec było bardzo ciężko, ale szkoda było rezygnować już po tylu latach. I tak się dotrwało do studiów.
Wojtek: Czyli trochę „czym skorupka za młodu nasiąkła”? Obserwowałaś swoich rodziców i stwierdziłaś, że to droga dla ciebie.
Gabriela: Może taka droga „dla mnie” wyklarowała się dopiero na studiach. Oczywiście studia już sama wybrałam – miejsce i czas. Ale żeby dotrwać do tego momentu, żeby móc wybrać te studia, była duża zasługa rodziców, którzy doprowadzili do tego, żeby się nie poddać po drodze i nie zostawić tego.
Bardzo wiele osób, bardzo zdolnych nieraz, rezygnuje z tego powodu, że w pewnym momencie to się robi bardzo trudne do połączenia, do pogodzenia. Nie dziwię się.
Wojtek: Z mojej perspektywy to ciężka praca i wiele poświęceń od bardzo młodych lat. Jak masz 7, 10, czy nawet 12 i 15 lat, to ciężko znaleźć sobie taką siłę i motywację, żeby to faktycznie robić.
Czyja to pasja? Granie versus nauczanie
Pasja dziecka czy rodziców?
Wojtek: To prowadzi mnie do pytania: czy to w ogóle zaczyna się od samej chęci dziecka? Czy to jednak po części jest jakieś marzenie rodziców przenoszone na dziecko, a dziecko potem w tym trwa? Czy samo się przekonuje?
Pytam też dlatego, że kiedyś rozmawiałem w tym podcaście z Filipem Gotkiewiczem i zadałem pytanie: czy to była jego szkoła muzyczna, czy jego rodziców? Odpowiedział mi bardzo brutalnie: „Jak mogą być moje w wieku siedmiu lat? Co siedmiolatek może wiedzieć o swoich potrzebach i chęciach?”
Ty miałaś zawsze przekonanie, że chcesz to dalej robić? Czy był jakiś okres buntu – „nie, ja nie będę już dłużej się tak katować, nie ma to sensu”?
Gabriela: Oczywiście, że okres buntu był – długi, rozległy i bardzo duży.
Mogę to powiedzieć na podstawie pracy w szkole, gdzie spotykam się z różnymi sytuacjami, różnymi dziećmi i rodzicami. Ta rola rodzica jest moim zdaniem absolutnie konieczna na zajęciach, szczególnie w początkowym etapie nauki – nawet po to, żeby obserwować i pomóc dziecku w domu w ćwiczeniach.
Przypadki są bardzo różne. Są dzieci, które w wieku siedmiu lat bardzo chcą grać na jakimś instrumencie, bo zobaczyły go u jakiejś gwiazdy albo w bajce i chcą spróbować.
Na przykład teraz mam uczennicę, która chciała się uczyć na skrzypcach, ponieważ jest fanką Sanah. I stąd padł wybór na skrzypce.
Czasem to jest wola rodzica z jakiegoś powodu. Rodzic sam grał na instrumencie albo uważa, że to jest rozwojowe, dobre – i dlatego zapisuje dziecko do szkoły muzycznej. Nie ma jednej drogi. Każdy przypadek jest bardzo indywidualny – co jest tą motywacją.
„Szkoła muzyczna to wojsko dla dzieci”
Gabriela: Niektórzy uważają, że szkoła muzyczna to dobry trening dla charakteru. No bo jest, nie ma co ukrywać.
Wojtek: Jakie wojsko dziecięce.
Gabriela: Może to trochę za dużo, może tak brutalnie zabrzmiało, ale w pewnym sensie jest to nauka dyscypliny. Kwestia ćwiczenia – dobrze by było, żeby odbywało się codziennie. U małego dziecka to będzie 15 minut dziennie, ale świetnie by było wypracować nawyk poświęcenia tych 15 minut na ćwiczenia, czyli powtórzenie tego, co było na zajęciach.
I to już jest duży problem, bo które dziecko samo będzie chciało tak odpowiedzialnie przygotowywać się na zajęcia? Tutaj rola rodzica jest nie do przecenienia – rodzica wspierającego, który będzie rozumiał, o co chodzi, będzie współpracował i wspierał. To też nie jest tak łatwo zdobyć.
Wojtek: Chyba najtrudniej znaleźć tę zdrową granicę. Z jednej strony pilnowanie dziecka kojarzy się z dyscypliną nadmierną. I to jest zawsze odwieczne pytanie: czy ja wspieram to dziecko w rozwoju, czyli pomagam mu osiągnąć cel, czy ten cel bardziej jest w mojej głowie i ja uważam, że to będzie dla niego dobre, więc go pilnuję?
Gabriela: Jako nauczycielka obserwuję, że są dzieci, które same nie do końca potrafią się odnaleźć w tej sytuacji.
Wojtek: A co sprawiło, że ty się odnalazłaś i dotrwałaś do końca edukacji? Na którym etapie poczułaś, że to już faktycznie jest twoje i ty chcesz to sama z siebie robić, nikt cię już nie musi pilnować?
Gabriela: Był taki pierwszy moment gdzieś w okolicy liceum – poważne zastanowienie się nad wyborem studiów. W naszym zawodzie jest ciekawe, że wybiera się często miejsce studiowania pod kątem danego profesora. Nasze zajęcia są bardzo zindywidualizowane – mamy główny przedmiot z reguły z jednym profesorem, może dwoma.
Jeżeli chce się pracować z jakimś konkretnym profesorem, trzeba studiować na uczelni, na której on wykłada. W moim przypadku to było zastanowienie się: co ja tak do końca chcę robić, w którą stronę pójść? I jakoś ta muzyka została – była najbardziej zachęcająca.
A później już były poszukiwania na studiach, kiedy zostaje już sama ta dziedzina. Już nie ma tej szkoły masowej, która zabiera tyle czasu i zmusza do nauki matematyki i innych przedmiotów, które mnie nie do końca interesują. Wtedy zostaje całkiem sporo czasu, żeby to zagospodarować na przykład na granie. I pytanie: co wtedy?
Jest tyle ścieżek możliwości, które można wykorzystać. Trzeba się zastanowić, co mi odpowiada najbardziej. To były poszukiwania podczas studiów – już siódmy rok skończyłam studiowania.
Zrobiłam licencjat i dwie magisterki. To były wybory, obserwacje skutków tych wyborów, z kim pracować, z kim może niekoniecznie. To było uczenie się na własnych błędach i obserwacja.
Pandemia jako moment weryfikacji
Gabriela: Dużo mi dała pandemia, bo troszeczkę nas zatrzymała. Siedząc w domu, kiedy kolejne koncerty były odwoływane, taka wielka niepewność – to skłoniło do refleksji: co robić z tym dalej? Kim ja jestem w tej całej machinie? Co ja sama chcę ze sobą zrobić i na ile to będzie możliwe?
Wojtek: Kim ty jesteś w tej całej machinie dzisiaj?
Gabriela: Jeszcze nie wiem. Jeszcze mam do poszukiwania. Na razie zbieram doświadczenia i umiejętności. Właśnie stąd te studia. Zobaczymy, gdzie to dalej zaprowadzi. Nie definiuję się jeszcze w żaden sposób i nie wiem, gdzie to się skończy.
Wojtek: Ale na pewno jesteś muzykiem, instrumentalistą. Pracujesz w filharmonii.
Gabriela: Będę od przyszłego sezonu.
Wojtek: Będziesz pracować od przyszłego sezonu w filharmonii. Oprócz tego sama jesteś nauczycielem szkoły muzycznej. Czyli są dwie drogi – występowania i uczenia. I to też jest powszechne, że każdy muzyk zawodowy jednocześnie uczy? Czy to twój wybór?
Granie versus nauczanie: stereotyp „nie wyszło, idzie uczyć”
Gabriela: Każdy nie, ale jest dość powszechne. Te zajęcia w szkołach są często w godzinach popołudniowych i można je połączyć z pracą w orkiestrze. W filharmonii praca polega na tym, że próby są rano, mniej więcej do godziny 13:00. Poniedziałek do piątku, a w piątek wieczorem jest koncert – taka tradycja, piątkowy wieczorny koncert.
Pozostały czas można poświęcić na przygotowanie – trzeba nauczyć się swoich partii do próby. Ale jakiekolwiek dodatkowe aktywności można podjąć. Szkoła po południu to takie uzupełnienie – kilka dni można na to poświęcić. Plus jakieś projekty artystyczne własne, jeśli ktoś ma wolę.
To się świetnie uzupełnia. Moim zdaniem bycie wykonawcą i nauczycielem to idealne połączenie.
Wojtek: To decyzja ekonomiczna czy chęć niesienia dalej muzyki kolejnym pokoleniom?
Gabriela: Powiem – głównie ekonomiczna w wielu przypadkach. Nie ma się co oszukiwać, w Polsce to, o czym mówimy, jest oparte na budżetówce. To w dużej mierze kwestia ekonomiczna.
Ale obserwuję, że coraz więcej młodych ludzi chce uczyć, chce się sprawdzić jako nauczyciele. Przez pewien czas funkcjonował taki stereotyp, że jak komuś nie wyszło w graniu, to idzie uczyć. Jest trochę krzywdzący, bo są świetni nauczyciele. Jak w każdym zawodzie – można trafić lepiej, można gorzej.
To bardzo ciekawa rola. Bywa trudna, bo to praca z dzieckiem, z młodzieżą. Oprócz wiedzy technicznej, którą musimy przekazać, kompetencje miękkie i wiedza psychologiczna niesamowicie się przydają. Dzisiaj dzieci mają bardzo dużo problemów. Zanim dojdziemy do momentu, gdzie dziecko będzie chciało czy będzie w stanie grać, nieraz musimy zastanowić się: jak podejść do tego dziecka? Jak mu pomóc, na ile się da, żeby było chętne zaangażować się w ten proces?
To też nasza rola. Jesteśmy na zajęciach jeden na jeden – zajęcia indywidualne. Ta więź z uczniem jest zupełnie inna niż w klasie, gdzie są zajęcia grupowe i osób jest więcej.
Czy muzyk to wolny zawód?
Wojtek: To ciekawe, bo jak sobie myślisz o muzyku, artyście – taki wrażliwiec, skupiony na sobie, bardziej dusza artystyczna. A tutaj od rana w filharmonii, a po południu w szkoleniu. Wydaje się, że kompetencje nauczyciela muszą być zupełnie inne niż kompetencje stricte muzyka. Można być świetnym muzykiem, a słabym nauczycielem.
Gabriela: Można. To są dwa różne światy.
Wojtek: Już tego nie jest za dużo, jak to wszystko objąć?
Gabriela: Bywa, bywa. Nie każdy się spełni. Niektórzy próbują i po kilku latach stwierdzają, że nauczanie jest dla nich wyczerpujące i rezygnują. A niektórzy mówią, że nie chcieliby się ciągle uczyć nowych utworów, przygotowywać, chodzić na próby – wolą skupić się tylko na nauczaniu.
Oczywiście można próbować robić karierę solową – skupić się tylko na wykonawstwie własnym jako solista. Ale w dzisiejszej sytuacji, nawet ekonomicznej, wydaje mi się, że to najbardziej niepewna droga. Trudno, żeby wiele osób nią podążało.
Wojtek: Czyli takim utartym standardem zawodowego muzyka jest występowanie w jakimś stałym zespole, orkiestrze – daje to pewną stabilizację i regularność, plus ewentualnie nauczycielstwo. Ale są też jednostki, które zajmują się freelancingiem muzycznym zawodowym – jeżdżą na pojedyncze joby, szukają ciągle zleceń. To bardziej przypomina cygański tryb muzyka rozrywkowego – łapanie kolejnych fuch.
Gabriela: Dokładnie. To też jest praca etatowa w filharmonii – norma do wypracowania, ilość projektów na miesiąc. W szkole to godziny dydaktyczne i pozadydaktyczne, ściśle określone w przepisach. Jeśli mówimy o freelancerach – szukają, grają różne projekty. Może się zdarzyć, że dostaną angaż w jakiejś filharmonii – wzięcie udziału w projekcie. To granie przy różnych projektach.
Zdarza się też, że muzycy grają klasycznie jakąś rozrywkę – to nie jest wcale takie rzadkie. Można trochę łączyć to z pracą etatową. Jesteśmy proszeni, żeby gdzieś zagrać z kimś, wziąć udział w projekcie – i to się da połączyć. Nie ma takiej swobody w zarządzaniu czasem, nie wszystko da się połączyć, ale można korzystać z takich opcji.
Wojtek: Czyli nie do końca wolny zawód, jak kojarzymy. Nie frustruje cię czasem, że taka dziedzina sztuki, jaką jest muzyka, nagle jest ubrana w organizacyjne ramy niczym pracownik etatowy?
Gabriela: Jest to czasem frustrujące. Ja mało zajmuję się doangażami, byciem freelancerem, bo to mnie męczy. Raczej wolę mieć jakąś stałą posadę, stabilizację, która pozwala mi myśleć o własnych projektach, wybierać te projekty pod profilem, który mi bardziej odpowiada – niekoniecznie być zmuszonym do wzięcia wszystkiego ze względów finansowych.
Dla mnie ta stabilizacja jest ważna. Kwestie prawne, poruszanie się w zawodzie freelancera czasem chyba przerastają. Byłabym dużo bardziej zestresowana, gdybym musiała dopilnować wszystkich kwestii finansowych, podatkowych, związanych z umowami.
Są ludzie, którzy czują się dobrze w prowadzeniu swojej kariery, a źle czuliby się na etacie – czuliby się bardziej uwiązani. Niektórzy muzycy mają większy gen przedsiębiorczości, ryzyka, wolnego ducha. A inni lepiej się czują w ustrukturyzowanych ramach.
Muzyk wykonawca versus odtwórca
Czy muzyk to odtwórca?
Wojtek: To jest w ogóle ciekawe, bo jednak wydaje się, że to przekonanie społeczne – muzyk, artysta, taki wrażliwiec, skupiony na sobie, bardziej dusza artystyczna. A tutaj od rana w filharmonii, po południu w szkoleniu. Wydaje się, że kompetencje nauczyciela muszą być zupełnie inne niż kompetencje stricte muzyka. Można być świetnym muzykiem, a można być słabym nauczycielem.
Gabriela: Można. To są dwa różne światy.
Wojtek: Powiedz mi jeszcze – różnica muzyk twórca, a muzyk wykonawca. My, może ja po prostu przez siebie patrzę, ale my kojarzymy muzyków często jako jednocześnie twórców – tworzą piosenki, a wy je odgrywacie. To jest dobre słowo, czy ono jest trochę pejoratywnie zabarwione w przypadku twojego zawodu?
Gabriela: Jest pejoratywnie zabarwione, tak. Tutaj często się to podkreśla, że muzyk nie jest odtwórcą, tylko muzyk wykonawca jest twórcą.
Każde wykonanie utworu jest niepowtarzalne. Muzyk swoim wykonaniem może nadać bardzo dużo wartości temu utworowi. Wydaje mi się, że jest to rozgraniczane prawnie – funkcjonuje artystyczne wykonanie.
Wojtek: Tak, tak, tak.
Gabriela: Często są na tym tle jakieś nieporozumienia, nazwijmy to, bardziej prawne. Ale to jest rzeczywistość, że ludzie tego często nie rozumieją albo po prostu nie wiedzą. Jeżeli ja biorę instrument i wykonuję ten sam utwór czy ten sam fragment na żywo, to za każdym razem ono będzie troszeczkę inne. I tylko nagranie spowoduje, że za każdym razem będzie odtworzone takie samo.
Ale ten sam utwór może wykonać dziesięć osób i te dziesięć osób może zrobić to zupełnie inaczej. I wręcz do tego stopnia, kiedy wykonawca sobą, swoim wykonaniem może ten utwór bardzo dobrze zaprezentować, a może go zaprezentować źle. Tutaj nawet jakość utworu niekoniecznie jest jeden do jednego odpowiadająca wykonaniu.
To jest ważne, żeby o tym wiedzieć, że ten muzyk wykonawca to tak naprawdę osoba, od której dużo zależy. To nie jest robot, który za każdym razem wykona to samo.
Wojtek: Dobrze rozumiem, że w muzyce klasycznej współczesnej tą kreatywność sytuujemy bardziej w obszarze wykonania niż kompozycji jako takiej?
Gabriela: Jeśli mówimy o wykonawcy – tak, jak najbardziej. Myślę, że to też jest często źle rozumiane, że to, że my nie zmieniamy nut – bo jednak wykonując dany utwór, biorąc nuty czyjeś, jakiegoś kompozytora, skupiamy się na tym, żeby wykonać zapis jak najbardziej, jak najwierniej.
Natomiast to, że nie zmieniamy nic w zapisie, nie jest równe z tym, że to już nie jest artystyczne wykonanie. Jeśli ktoś komponuje, pisze swoje utwory, funkcjonuje jako kompozytor. To nie jest jednoznaczne z wykonawcą, ale jest osobną działką.
Wojtek: Czy ty masz jakieś ambicje kompozytorskie?
Gabriela: Absolutnie nie. Nie, zupełnie nie czuję tego klimatu i myślę, że zostanę na tym, co robię i nie będę się tutaj wysilać chyba na marne.
Wojtek: Czyli ten ładunek kreatywności dla ciebie totalnie zaspokajający jest w tym kreatywnym wykonaniu czyjejś twórczości.
Gabriela: Jak najbardziej.
Różnice w odbiorze: koncert rockowy vs klasyczny
Wojtek: Cały czas mnie to fascynuje, dlatego że w muzyce rockowej na przykład to wykonanie z reguły, może nie z reguły, ale często krytykuje się, że jest gorszej jakości niż nagranie studyjne. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że w tej dziedzinie twórczości bardziej doceniamy element twórczości jako takiej – ten punkt wyjściowy. A na koncert idzie się po jakąś energię czy zobaczenie artysty na żywo.
A rozumiem, że w muzyce klasycznej mamy troszeczkę trend odwrócony – korzystamy z zasobów wieloletnich kompozycji i nadajemy im nowe życia wykonaniom. Tak naprawdę większą radość mamy z tego wykonania niż z kompozycji, czyli z utrwalonego wykonania. Przenosimy dużo większą wagę na element koncertu czy wykonania. To urasta do dużo większej rangi niż zwykłe odegranie kolejny raz utworu, który na płycie super brzmi, a na koncercie zafałszował.
Gabriela: Myślę, że tak, że to bardzo ciekawe porównanie. Wydaje mi się, że też nawet patrząc na etykę zachowania na koncercie rockowym, na koncercie klasycznym – na koncercie klasycznym jest to dużo bardziej unormowane. Nawet kwestie ubioru są brane pod uwagę, chociaż coraz częściej się od tego odchodzi.
Bardziej zachęca się ludzi, żeby po prostu przyszli. Lepiej jest grać do ludzi niż do pustych krzeseł, ponieważ sobie ustaliliśmy jakieś normy, na przykład stroju, których ktoś nie spełniał.
Ja też tak uważam, że nie ma co się zatrzymywać na takim zadęciu z wcześniejszych lat, gdzie do opery czy filharmonii trzeba się nie wiadomo jak wystroić. Oczywiście, jeśli ktoś ma wolę, nie ma problemu. Ale nie jest to coś, co wpłynęłoby na odbiór tej muzyki. Pokazywanie ludziom, że ten koncert w filharmonii to wydarzenie, z którego mogą skorzystać, będzie bardziej zachęcało niż narzucanie jeszcze nowych norm.
Wydaje mi się, że często ludzie patrzą na muzykę klasyczną jako coś, do czego trzeba mieć wykształcenie albo doświadczenie, żeby z tego w jakiś sposób korzystać, czy czerpać z tego przyjemność. Co wcale nie jest prawdą, myślę.
Jak słuchać muzyki klasycznej? Emocje, nie analiza
Gabriela: Można przyjść na koncert i słuchać utworów, o których nic nie wiemy, ale skupić się na odbiorze emocjonalnym. Co te utwory, co ta muzyka w nas budzi? Czy to są emocje pozytywne, czy negatywne, a może żadne?
Myślę, że fajnie jest sprawdzić, jak to na mnie oddziałuje, niekoniecznie od razu próbować to zrozumieć. My jako muzycy klasyczni też naprawdę nieraz nie rozumiemy, o co chodzi w różnych utworach. Myślę, że to jest ważne, żeby się tym nie zrażać, żeby po prostu próbować. Jeśli ktoś ma taką wolę, może próbować zgłębiać muzykę klasyczną.
Są pozycje zapisane bardzo przystępnym językiem, które historię muzyki przedstawiają w sposób anegdotyczny, niezwykle przystępny. Takie książki funkcjonują, można się do nich odwoływać i rozwijać swoją wiedzę. Ale sam odbiór muzyki nie powinien być warunkowany tym, że nie mamy wykształcenia odpowiedniego.
Wojtek: Myślę, że zwróciłaś uwagę na bardzo ważną kwestię. Faktycznie chyba tak jest – jesteśmy przyzwyczajeni w muzyce popularnej, że my nie zastanawiamy się, co słyszymy, tylko zastanawiamy się, czy nam się to podoba. Czy to jest smutne, wesołe, energetyczne, czy nadaje się do prasowania, biegania, gotowania.
A jak myślimy o pójściu do filharmonii czy o muzyce klasycznej, od razu rodzi się w głowie stereotyp konesera, który idzie i słyszy – tutaj pięknie zagrały skrzypce, tam pięknie zagrał nie wiem fortepian czy inny instrument. Zakładamy, że obcowanie z muzyką klasyczną wymaga umiejętności usłyszenia i że dopiero wtedy jesteśmy w stanie coś z niej wyciągnąć.
Dlatego będziemy słuchać rocka, bo w roku nie zastanawiamy się, czy on gra na gitarze, czy tam jest perkusja, czy partia basu – liczy się, że jest to hubu-dubu. Ale jak rozumiem ciebie, muzyka klasyczna może wzbudzać te same walory co muzyka rozrywkowa. Możemy po prostu usiąść i nie zastanawiając się, co to jest, zastanowić się po prostu, jak ja się czuję z tym.
Gabriela: Tak. Są też utwory muzyki klasycznej, jeśli ktoś chciałby się w to wgłębić, od takich warto zacząć – które są bardzo popularne, które weszły nawet do popkultury. Nieraz możemy sobie nie zdawać sprawy, że znamy te fragmenty czy motywy i one są wzięte z muzyki klasycznej.
Na przykład Cwał Walkiri, który pojawia się w „Czasie apokalipsy”. Jest to znany motyw z muzyki klasycznej używany w produkcjach filmowych. Czy na przykład Symfonia Beethovena piąta i motyw losu – ten wstęp słynny. Każdy go zna. Takich przykładów jest bardzo dużo, gdzie nie jesteśmy do końca tego świadomi, a one są wykorzystywane w popkulturze.
Myślę, że to też jest fajny punkt do rozpoczęcia zgłębiania muzyki klasycznej, może jakiejś próby zrozumienia czy zaznajomienia się bardziej z taką twórczością.
Rzemiosło i kreatywność: czy się wykluczają?
Wojtek: To jak wobec tego ci się wydaje – z czego wynika to, że jedni czerpią satysfakcję i emocje ze słuchania rockowego uderzenia, a inni czują te emocje na muzyce klasycznej? Coś różni te osoby? Czy bardziej coś je łączy, ale sobie nie zdają sprawy, że to jeszcze ich łączy?
Gabriela: To się nie musi wykluczać w żaden sposób. Myślę, że fajnie, jak to się łączy – jak ktoś słucha i tego i tego i jest otwarty na różne formy. Do tego bardzo zachęcam. Klasycznych muzyków, którzy też bardzo lubią muzykę rozrywkową, popularną – to się w żaden sposób nie wyklucza.
Z czego to wynika? Myślę, że też z jakichś doświadczeń wcześniejszych. Kiedy ktoś nie miał na przykład w dzieciństwie kontaktu z muzyką klasyczną, czy w ogóle jakoś tak mu się złożyło, że nie za bardzo jakoś świadomie tę muzykę konsumował – trudno wymagać od takiej osoby, żeby nagle sama wiedziała, jak się poruszać w tym świecie muzyki klasycznej, nawet jeśli ma jakąś wolę poznania czegoś nowego.
Przede wszystkim edukacja. Edukacja od najmłodszych lat, zachęcanie, pokazywanie dzieciom, że to jest coś fajnego, że przy muzyce klasycznej można się zrelaksować, ale można też poczuć emocje jak przy muzyce rozrywkowej.
Programy edukacyjne w filharmonii, teatry wielkie, czyli opery, instytucje kultury generalnie mają teraz dość bogatą ofertę dla dzieci czy młodzieży – taką popularyzującą, opowiadającą. To jest w formie dostosowanej do wieku, bo oczywiście każdy rozumie, że małe dzieci nie będą w stanie wytrzymać dwugodzinnego koncertu z przerwą w filharmonii – może być dla nich za trudne.
Ale te projekty edukacyjne są przeprowadzone w formie prezentacji instrumentów, opowiadania. Często się zdarza, że dzieci widząc takie instrumenty po raz pierwszy na takich prezentacjach, chcą później same się uczyć. Dzięki temu przychodzą na dni otwarte do szkół muzycznych i w ten sposób to się popularyzuje.
Trzeba mieć świadomość, że takie formy istnieją i zachęcać, edukować.
Wojtek: Czyli chodzi o pewne osłuchanie. I może z tego robią się te rozdźwięki – wychowujemy się w określonych warunkach, w określonych domach. Statystycznie częściej jest szansa, że poleci tam radio czy obecnie Spotify i znajdzie się tam utwór popularny niż klasyczny. Może by się okazało, że gdyby tego więcej za dzieciństwa leciało klasycznego, to i my byśmy potem sami po to sięgali.
Gabriela: Dokładnie. Dochodzimy do prostego wniosku, że słuchamy tej muzyki, jakiej słuchali nasi rodzice. W pewnym sensie na pewno. Na pewno jest to dobra baza wyjściowa do zrozumienia w ogóle tego problemu.
I tak mi się wydaje, że jednak to zachęcanie, że można tą muzykę klasyczną naprawdę dopasować do wieku – to nie jest kwestia, że ona jest za trudna dla dzieci. Historia muzyki jest już tak bogata i tak potężna, że da się absolutnie dopasować jakieś utwory czy fragmenty do percepcji dziecka.
[40:00 – 55:00] Muzyka w edukacji powszechnej i relacja z publicznością
Dlaczego muzyka jest wykluczona ze szkoły?
Wojtek: Nie masz wrażenia, że ta muzyka klasyczna, czy w ogóle muzyka, jest troszeczkę wykluczona z systemu edukacji powszechnej? Wiadomo, że jest ten system edukacji, o której powiedziałaś, ale jak spojrzymy na przykład na historię dziecka w szkole, to z dziedzin kultury najwięcej obcuje z literaturą. Tam oczywiście zmuszamy go pewnym kanonem lektur do przejścia przez takie, a nie inne pozycje, wychodząc z założenia, że to jest kluczowe dla jego rozwoju.
I teraz nagle się okazuje, że gdy chodzi o muzykę, czy też nawet film, to takiego założenia już nie ma. Zrobimy kilka wzmianek i to koniec. Z czego wynika to wykluczenie muzyki klasycznej z edukacji takiej powszechnej każdego przeciętnego dziecka w Polsce?
Gabriela: Ja mam takie porównanie. Oprócz szkoły popołudniowej muzycznej chodziłam też do szkoły takiej masówki, zwykłej podstawówki, tam jeszcze gimnazjum – bo jestem z tych roczników – i liceum, gdzie były też zajęcia z muzyki, ta tak zwana muzyka. To miało różne formy, tam przy reformach były to zajęcia artystyczne, zajęcia muzyczne, właśnie czy sama nazwa „muzyka”.
Były bardzo ubogie w przekazie i absolutnie nie zachęcały do tego, żeby takie dziecko, które nigdy wcześniej nie miało styczności z jakimiś kompozytorami, jakimiś utworami, żeby takie dziecko chciało potem samo szukać czy powiedzieć: słyszałem fajny utwór na lekcji, ja sobie go chcę posłuchać jeszcze raz w domu. Niestety w taki sposób to nie było prowadzone.
Wydaje mi się, że uczenie ludzi, na przykład młodzieży w gimnazjum, która nie wiąże swojej przyszłości z muzyką, uczenie ich gry na flecie czy tutaj na siłę próba nauki ludzi nazw nut, czy wartości rytmicznych – nie powinna być kluczowa. Te umiejętności są, uważam, niepotrzebne tym ludziom. Oczywiście, jeśli ktoś ma wolę i chęć, to niech się nauczy jak najbardziej.
Ale te zajęcia w bardzo okrojonym godzinowym przedziale – bo to była chyba tylko jedna godzina w tygodniu, nawet nie wiem, czy we wszystkich latach, nawet nie we wszystkich latach tej nauki szkolnej – ta jedna godzina powinna być dużo lepiej spożytkowana.
Słyszałam też o sytuacjach, gdzie nauczyciele sami tworzą autorskie programy nauczania, gdzie tworzą swoje tematy zajęć, swój rozkład materiału i w ten sposób to kształtują. Uważam, że to może potencjalnie dużo bardziej zachęcić ludzi niż ta kolejna sucha definicja, co to jest opera i że był Jan Sebastian Bach i tam jemu podobni.
Wojtek: No tak, bo tak jakbyśmy opowiadali o opowieściach Żeromskiego czy Sienkiewicza, bazując włącznie na streszczeniu czy opowieści o nich. Jesteśmy zmuszani w szkole do czytania lektur w całości, nawet jeżeli nie zmuszani, to stymulowani. Ale jeżeli chodzi o inne sztuki, czy muzykę, czy sztuki wizualne, to skupiamy się wyłącznie na narracji o tym – konfrontujemy małe dziecko z materiałem krytycznym. Natomiast nie daje mu w ogóle tego doświadczyć.
Gabriela: Tak, mało jest tego doświadczenia. Mówimy dużo o tym, że ma być edukacja seksualna, zdrowotna, przedsiębiorczość. A jakoś ten wątek kultury nie jest w ogóle przemycony. Mało jest o tym, bardzo mało.
Wojtek: W Polsce mamy edukację kulturalną na zasadzie literackiej – literatura załatwia już wszystkie sztuki inne.
Gabriela: Jest sobie podręcznik i trzymamy się tego podręcznika. A myślę, że dużo bardziej zachęcające by to było, gdyby pomyśleć nad takimi sposobami zachęcenia ludzi w tej edukacji niemuzycznej do tego, żeby popatrzyli na muzykę przez pryzmat doświadczania jej – tego, o czym mówimy, dużo słuchania tej muzyki.
Spotkałam się kiedyś z panią, która, jak wyszło z rozmowy, jest nauczycielką – wydaje mi się, że to była edukacja wczesnoszkolna. Ona sama wyszła z taką inicjatywą, że włączała dzieciom nagrania. To był na przykład Chopin – utwory dostosowane do wieku tych dzieci, z którymi miała zajęcia.
I nie dość, że dzieci absolutnie nie protestowały przed tym, żeby ta muzyka podczas pracy własnej sobie w tle grała, to wręcz jak nie włączyła tej muzyki, to w pewnym czasie sami się dopominali, że oni chcą posłuchać. A już rozróżniali na przykład Chopina od jakiegoś Bacha.
To było bardzo budujące, że da się wykształcić te umiejętności i to nie jest naprawdę fizyka kwantowa. To nawet bym powiedziała dość naturalne z rozwojem dziecka – paradoksalnie dużo łatwiej jest posłuchać pięciu minut muzyki niż przeczytać 500 stron lektury. Tylko jakoś do tej pory to nie dotarło.
Wojtek: Jesteśmy usytuowani w takim oderwaniu od tej muzykalności, a przecież muzyka sama w sobie jest taka plemienna i zrodziła się chyba po prostu z obcowania ludzi przy ognisku. To jest ciekawe. A też sobie myślę, że może to ma potem przełożenie na nasze postrzeganie i ten rozdźwięk, o którym wspomniałaś – że muzyka klasyczna to jest jakiś poziom wyższy, dla mnie niedostępny. Ja jestem tą masą, więc ja będę słuchał muzyki popularnej.
A z twoich słów zrozumiałem, że ta muzyka klasyczna, też współczesna, ona również może być rozrywką. Oczywiście, jak najbardziej. Czyli to nie jest tylko tak, że to jakaś uczta intelektualna dla wyższych sfer albo element bycia wyżej. Tylko można z tego czerpać przyjemność, rozrywkę.
Relacja muzyka z publicznością
Wojtek: Jak jesteśmy przy tym doświadczeniu, to też mi się od razu kojarzy ten wątek – jaka jest relacja między muzykiem, wykonawcą w zespole czy w orkiestrze, a odbiorcami koncertu? Bo to się często mówi o tej muzyce rozrywkowej, tej rockowej więzi, wymianie artysta-publiczność. W filharmonii, czy w teatrze, czy w koncercie muzyki klasycznej – ta więź odbiorca-muzyk też jest istotna? Też jest jakiś przepływ, wymiana energii, czy to jest bardziej zdystansowane?
Gabriela: Coraz więcej zwraca się uwagę na to, żeby ta wymiana energii była, żeby była jak najbardziej personalna, bliska. Często to można zaobserwować, że ci muzycy klasyczni wychodzą – jest tutaj jakiś porządek tego koncertu, pewne normy zachowań, które są dużo bardziej obwarowane niż muzyka rozrywkowa.
Ale coraz częściej zwraca się uwagę na to, żeby na przykład wykonawca sam zapowiedział swój koncert, żeby odezwał się do tej publiczności, coś powiedział. I naprawdę zmienia to percepcję.
Ci ludzie, którzy przyszli – przynajmniej ja tak zawsze sobie staram mówić, jak gdzieś coś wykonuję – to są ludzie, którzy poświęcili swój czas prywatny po to, żeby przyjść i posłuchać czegoś przynajmniej ładnego, jeśli nie pięknego. To są ludzie, którzy są otwarci na jakieś doświadczenie.
To, że my się staramy jak najlepiej wykonać naszą pracę, to jest pewna forma podziękowania tym ludziom za to, że poświęcają nam swój czas, przychodzą. My po to ćwiczymy, zamknięci w tych ćwiczeniówkach, żeby potem wyjść do ludzi i to zaprezentować.
Na pewno zwraca się coraz większą uwagę na to. Mimo że ciągle występujemy przed publicznością, to na przykład zapowiedzenie koncertu ciągle u wielu osób łączy się z tym, że są bardziej zestresowani, że jest to dla nich trudne. Wcale tak łatwo nie dają się namówić na to, żeby takie koncerty zapowiadać. Ale też ten format się zmienia.
Artysta jako usługodawca: zmiana podejścia
Gabriela: Dużo jest już artystów, którzy zwracają uwagę na to, żeby swoje usługi – bo możemy nazwić myślę taki koncert w pewnym sensie usługą – dopasować do zmieniającego się rynku. Żeby na przykład stworzyć taki plan koncertu, gdzie ci odbiorcy będą w stanie zrozumieć, co stoi za wyborem takich, a nie innych pozycji repertuarowych.
Taki artysta może na przykład wytłumaczyć, dlaczego wybrał takie utwory, czym one się różnią, co jest jakiegoś charakterystycznego. Wydaje mi się, że to ludzi w pewnym sensie przyciąga – zaczynają rozumieć.
Wojtek: To myślę, że jak najbardziej, bo przecież nie wiem, czy funkcjonuje na tym rynku waszym jakaś prasa muzyczna, recenzencka?
Gabriela: Tak, oczywiście. Na przykład Ruch Muzyczny.
Wojtek: Wywiadowa i tak dalej. Ale w realiach muzyki popularnej, rozrywkowej czy rockowej – w której ja, mnie do niej najbliżej – ten twórca tym odbiorcom jest blisko wtedy, kiedy ten odbiorca zaczyna się interesować, o czym jest utwór, dlaczego jest taki, jakie tam są przeżycia. Albo wręcz idzie to tak daleko, że zawsze mówią ci twórcy, że dla nich największym komplementem jest, jak pisze do nich ktoś: „ten utwór pozwolił mi przetrwać jakiś okres” albo „widzę tam w tym siebie”.
Ta relacja między odbiorcą muzyki klasycznej, współczesnej, a artystą, wykonawcą – też jest tak zażyła i tak bliska? Do tego dążycie?
Gabriela: To jest najbardziej, myślę, pożądana ta relacja. Zdarzają się takie sytuacje, gdzie kogoś bardzo poruszy jakiś utwór czy wykonanie i pisze o tym na przykład do tego wykonawcy. Czasem są zostawione po koncercie takie księgi pamiątkowe dla gości. Bardzo, bardzo to jest miłe, kiedy można coś przeczytać takiego.
Mi się wydaje, że największym komplementem po koncercie to jest usłyszeć, że kogoś to poruszyło albo na przykład, że zmieniło czyjeś postrzeganie na temat danego utworu. To już jest taki dość poważny komplement, kiedy ktoś swoją grą jest w stanie przekonać bez nawet uzasadnienia słownego do jakiejś zmiany myślenia o czymś.
Wojtek: Pokazać tą kompozycję w taki sposób, że ona sama zyskuje w oczach tego odbiorcy.
Gabriela: I od tego też możemy trochę wrócić do tego – czy odtwórca, czy wykonawca. Właśnie, że z samą swoją postawą, swoim podejściem, czy wykonaniem można sprawić, że dany utwór zyska w oczach odbiorcy albo straci. Można zobaczyć, jaka to jest wielka moc, jaką ma ten wykonawca.
Wojtek: No i też może teraz to nam pokazuje, dlaczego to kształcenie muzyczne tyle trwa i jak ten warsztat jest potrzebny. Bo wy operujecie wyłącznie dźwiękiem – w uproszczeniu mówiąc – w porównaniu do tego, kiedy w większości piosenek popularnych jest tekst. Ja wiem, że niektórzy mówią, że oni go nie słuchają, ale jednak bardzo często o odbiorze piosenki popularnej w dużej mierze decyduje zbicie tekstu z konkretnym dźwiękiem. To w nas coś wywołuje.
A wy jesteście pozbawieni tego elementu tekstu, czyli dopowiedzenia jakiejś narracji, i tą emocję musicie wzbudzić wyłącznie instrumentem.
Gabriela: Tak. Tu mówimy oczywiście o instrumentalistach, bo jeżeli mówimy na przykład o śpiewakach, muzykach, śpiewakach czy jakichś formach wokalno-instrumentalnych, to tutaj nie mam żadnego doświadczenia, więc się za bardzo nie wypowiem. Oczywiście istnieją takie formy, ale nie każdy je preferuje. Niektórzy wolą skupić się tylko na tych doznaniach instrumentalnych.
Więc tak, z mojej perspektywy jako instrumentalisty – to też jest bardzo ciekawe, że na to zwróciłaś uwagę – jesteśmy zupełnie pozbawieni tej warstwy słownej. Pytanie: czym możemy tych ludzi zachęcić do tego, żeby akurat nas, naszego wykonania posłuchali? To jest bardzo głębokie pytanie. Czy odpowiedź na nią można jakoś jednoznacznie znaleźć, tego nie wiem.
Wojtek: Czy można by wobec tego powiedzieć, że muzyk ma swój własny język? Muzyk instrumentalista odrywa się od tego, co mówią usta, tylko przemawia wykonaniem, czy przemawia swoim warsztatem.
Gabriela: Można by tak powiedzieć.
Talent versus praca i brutalna konkurencja
Dziennikarz kontra muzyk: różne ścieżki, ta sama praca
Wojtek: 17 lat to dużo, ale z drugiej strony jak ktoś chce być na przykład dobrym dziennikarzem, to też go czeka x lat kształcenia i nie uznajemy tego za nic nienormalnego.
Gabriela: Tak. To jest w pewnym sensie po prostu inaczej rozłożone. W sytuacji na przykład dziennikarza – na tą ścieżkę zawodową może się zdecydować znacznie później, bo tak jak mi się wydaje w okolicach liceum to jest chyba dobry czas, żeby o takich zawodach zacząć myśleć bardziej na poważnie.
Ale też te lata zdobywania praktyki i tak dalej rozkładają się myślę na późniejsze etapy życia. Natomiast jeśli mówimy o muzykach, to to wczesne rozpoczęcie edukacji jest uwarunkowane tym, że przyjmuje się, że około 10 tysięcy godzin trzeba spędzić, żeby daną umiejętność można było wykonywać profesjonalnie.
Wydaje mi się, że to jest właśnie to oszacowanie tych dziesięciu tysięcy godzin – chwilę trzeba, żeby w jakimś stopniu biegle posługiwać się danym instrumentem. A że rynek dzisiaj jest nasycony i oczekujący profesjonalizmu z jednej strony, a z drugiej strony też jakichś unikatowych umiejętności czy powiązań kilku umiejętności – to nie jest łatwo znaleźć swoją ścieżkę. Trzeba jej po prostu szukać.
Talent versus praca: co jest ważniejsze?
Wojtek: Na pewno trzeba jej szukać. A to z kolei prowadzi do pytania o talent i pracę. Dziennikarstwo to jest, myślę, dobry przykład w kontekście tego, co mi w głowie chodzi, i spróbuję teraz wyeksplikować.
Każdy z nas posługuje się językiem, bo musi się nauczyć mówić, żeby się komunikować z rodzicami czy światem. Zaczyna pisać w szkole, więc uczy się tego automatycznie. Można by to odwrócić w drugą stronę: gdybyśmy zamiast uczyć się mówić i pisać, zaczynali się uczyć gry na instrumencie, to każdy z nas byłby muzykiem.
Czyli możemy powiedzieć, że każdy się rodzi z jakąś możliwością bycia tym muzykiem, po prostu nie kształcimy tych umiejętności. To jest właśnie ciekawa sprawa, bo jest metoda kształcenia, która opiera się na podobnej tezie.
Metoda Suzuki: „każdy może się nauczyć”
Gabriela: To jest metoda Suzuki, która została opracowana ponad 100 lat temu w Japonii przez doktora Shinichi Suzuki. On wyszedł z takiego założenia, że skoro dzieci w Japonii są w stanie nauczyć się nieraz bardzo trudnych dialektów tylko dlatego, że są to ich dialekty rodzinne, to zaczynając w bardzo wczesnym wieku i odpowiednio prowadząc to kształcenie, jesteśmy w stanie – on też wyszedł z założenia – chyba każde dziecko w pewnym sensie nauczyć gry na instrumencie.
Tutaj mu nie chodziło o to, żeby w jakiś sposób kształcić takie rzesze zawodowych muzyków, tylko chodziło bardziej o to, żeby rozwijać umiejętności, żeby sprawdzić tą tezę i kształtować charakter też właśnie przez tą dyscyplinę, przez konieczność takiej odpowiedzialności za ćwiczenie, za tą pracę.
On przez wiele lat zajmował się nauczaniem dzieci, zbierał swoje doświadczenia i opracował metodę, która dzisiaj jest chyba najpopularniejszą metodą alternatywną do szkół państwowych, czy do takiego kształcenia tradycyjnego.
Ta metoda polega na tym, że rozpoczyna się kształcenie w bardzo młodym wieku – nawet już trzylatki mogą rozpocząć. Oczywiście to na początku jest przez zabawę, wprowadzenie pewnych umiejętności, ale ta zabawa ma służyć już budowaniu jakiejś bazy pod umiejętności.
I też ciekawa rzecz, która jest w metodzie Suzuki: tutaj nie ma egzaminów wstępnych, nie ma sprawdzenia poziomu umiejętności, ponieważ Suzuki w pewnym sensie założył, że każde dziecko jest w stanie nauczyć się gry na instrumencie.
Tak więc do Suzuki przyjmuje się każdego i rozwija się te umiejętności na ile się da. Bo w szkole muzycznej takiej na przykład państwowej mamy testy predyspozycji. Te testy polegają na tym, że sprawdza się, czy dziecko ma słuch muzyczny, czy ma poczucie rytmu, czy umie na przykład powtórzyć, wyklaskać jakiś rytm, czy umie na przykład rozróżnić dźwięki wysokie od niskich – takie absolutnie podstawowe rzeczy.
Natomiast ten egzamin jest po to, żeby wyselekcjonować dzieci, które potencjalnie za ileś lat mogą pójść w to kształcenie zawodowe – czyli mogą odnieść sukces na zasadzie opanowania tego instrumentu w odpowiedni sposób.
A w Suzuki chodzi o coś innego. Chodzi o rozwijanie umiejętności. Znaczna część dzieci, które w tej edukacji są, nie będzie zawodowymi muzykami – nawet z tego względu, że nie zawsze mają takie predyspozycje. Ale na bardzo podstawowym poziomie są w stanie to opanować. Na pewno jest to rozwijające, bo to jest kolejny język komunikacji.
Predyspozycje: czy są konieczne?
Wojtek: Można by zadać sobie pytanie: dlaczego jako ludzkość stwierdziliśmy, że wyrażanie siebie z aparatu gębowego jest tak ważne, że każdy musi umieć, a wyrażanie siebie przez dźwięk nie jest tak ważne i nie każdy musi umieć?
Gabriela: To pewne decyzje cywilizacyjne. Czym różni się wyrażanie złości, smutku, radości, euforii słownie, a muzycznie? Ja bym powiedział, że wyrażenie muzyczne może być bardziej przekonujące niż powiedzenie „tak, jestem dzisiaj szczęśliwy”. A jeżeli ty mi to zagrasz, to ja to szczęście poczuję w pełni, siebie w ogóle przez ciało przechodzące.
Gabriela: To jest prawda. Ten język muzyczny jest w ogóle bardzo ubogacający. Dla mnie ta metoda Suzuki bardzo ze mną rezonuje. Tylko że oczywiście nakłady wysiłkowe są nieporównywalne. Każdy z nas się uczy mówić, bo nasi rodzice mówią. Gdyby każdy z naszych rodziców grał na instrumencie, to każde dziecko by ich grało, bo by z tym obcowało.
Wojtek: Wracając do dziennikarza: każdy z nas uczy się mówić, każdy z nas umie mówić, ale nie każdy na mówieniu zarabia. Każdy z nas mówi z inną swadą, ma inny poziom słownictwa. Niektórzy się kształcą, a niektórzy się nie kształcą i mają świetne zasoby. Więc pewna spora część osób rodzi się z zasobami muzycznymi, które nigdy nie są wykorzystane.
Gabriela: Dokładnie, tak. Więc nawet samo posiadanie tych predyspozycji, o których wspomniałam wcześniej, jeszcze nie gwarantuje żadnego sukcesu muzycznego. To są predyspozycje, które pozwalają na kształcenie umiejętności.
Bo bez tych predyspozycji pewnych kwestii się nie da po prostu przeskoczyć. Jeżeli ktoś nie będzie miał słuchu wysokościowego – to znaczy nie będzie w stanie rozróżnić dźwięków wysokich od niskich, czy jakichś relacji między tymi dźwiękami – to po prostu nie będzie w stanie opanować instrumentu, gdzie to jest absolutna podstawa. Czy na przykład poczucie rytmu.
To kiedyś też była dla mnie oczywista sprawa – byłam przekonana, że każdy umie powtórzyć jakiś rytm, czy umie rozróżnić długości trwania nut. A się okazuje, że to wcale nie jest tak oczywiste. Są ludzie, którzy po prostu na to nie zwracają uwagi, czy nie widzą różnicy między takimi zależnościami.
Myślę, że to się dotyczy też innych dziedzin – trzeba mieć do nich jakieś predyspozycje, o których ja, siedząc troszeczkę w tej bańce muzyki, tutaj głównie klasycznej, nie mam pojęcia. Czy sama takich umiejętności zupełnie nie posiadam. Więc to jest ciekawe, żeby się otworzyć czasem i zobaczyć, co funkcjonuje w innych obszarach.
Konkurencja: „miesiąc do stracenia”
Wojtek: Właśnie, predyspozycja – można by teraz sobie powiedzieć, czy to dobrze, że ktoś ma predyspozycje muzyczne, czy nie. Bo zobacz, jaki to jest paradoks. Jak ktoś się urodzi z predyspozycjami pisarskimi, to może być tak, że nie pisał całe życie i nagle przyszedł mu piękny strumień świadomości i spisał bestseller.
A twoje predyspozycje muzyczne, gdybyś w tym wieku 7 lat nie zaczęła, to nigdy w życiu byś się w wieku 25 nie obudziła i nie wyjęła instrumentu i nie zagrała sama z siebie. Więc można powiedzieć, że fajnie mieć talent muzyczny, ale on jest też bardzo obciążający, bo ile trzeba pracy włożyć, żeby go rozwijać.
Gabriela: Dokładnie, bardzo, bardzo dużo. No i też uwarunkowanie tego, że nas – w takich instrumentach jak skrzypce, fortepian, wiolonczela – ta konkurencja, można dzisiaj powiedzieć, ten poziom umiejętności, jakie osiągają małe dzieci dzisiaj, też dzięki kształceniu, dzięki tej wiedzy pedagogicznej, która jest na coraz lepszym poziomie.
Już dzisiaj są nauczyciele, którzy mają olbrzymie sukcesy pedagogiczne – po prostu wiedzą, jak dzieci uczyć. Są też na przykład rodzice, którzy bardzo inwestują w rozwój dzieci i są bardzo zaangażowani w ten proces. Dzięki temu mamy naprawdę małe dzieci, które grają bardzo trudne utwory, które już zdobywają duże doświadczenie sceniczne.
Ten poziom niesamowicie zwyżkuje. I teraz pytanie: gdzie jest ta granica? Bo jeżeli ktoś w tak konkurencyjnym środowisku, jak właśnie te wspomniane instrumenty, chce zaistnieć, to konieczne jest rozpoczęcie w młodym wieku i tu można powiedzieć, nie ma miesiąca czy roku do stracenia. To jest prawie nie do odbudowania, jeśli mówimy o takim top poziomie, naprawdę najwyższym.
Wojtek: Czy to nie jest trochę obezwładniające i przerażające? Jak my sobie daleko podnosimy tą poprzeczkę?
Gabriela: W pewnym sensie na pewno. Myślę, że trzeba sobie też zadać pytanie: co jest moim celem tak do końca? Czy to jest kwestia na przykład chęci zbudowania kariery, powiedzmy jakiejś konkursowej czy koncertowej, która jest chyba najbardziej, wydaje mi się, obciążająca? Czy to jest bardziej kwestia chęci rozwijania swoich umiejętności – zobaczymy, gdzie to pójdzie, gdzie to się skończy?
Tutaj mówię o takich ekstremalnych przypadkach, gdzie miesiąc czy rok po prostu potrafi zaważyć o danej sytuacji. Można też to w inny sposób rozgrywać, ale trzeba się liczyć z tym, że pewne obszary po jakimś czasie braku aktywności, czy małej aktywności, mogą być już niedostępne – bo po prostu będą lepsi.
Jak radzić sobie z konkurencją?
Wojtek: Jak w tym kompetytywnym rynku się odnajdujesz? Nie masz poczucia: kurczę, tyle wysiłku przez tyle lat włożonego, a teraz może okazać się, że jakiś gówniak zacznie miesiąc wcześniej i co? Lipa.
Gabriela: Na pewno jest to momentami zniechęcające. Z sobą to mi się kojarzy – przepraszam, że ci przerwę – ale to mi się kojarzy z dzisiejszym wyżyłowaniem sportowców. Często się zaczynamy zastanawiać, czemu ten sport służy. Zaczęło się od jakiejś ducha sportowej rywalizacji, a dzisiaj wkładamy jakieś wysiłki, szukamy jakichś wyróżników, żeby wygrać z kimś o jedną dziesiątą sekundy i to decyduje o jakimś medalu. Czemu to tak naprawdę służy?
I czy my w muzyce tej klasycznej nie pójdziemy aż tak daleko? Akurat gdy chodzi o muzykę popularną, jesteśmy od tego wolni – tam mamy inne problemy. Digitalizacja, marketing – tam to poszło w drugą stronę. Ale z kolei ta muzyka klasyczna jest bardzo narażona, z tego co mówisz, na takie ludzkie wypalenie własną presją. Jak ja jeszcze daleko mogę przekroczyć standardy, kanony czy własne możliwości i czemu to wszystko ma służyć de facto?
Gabriela: Dokładnie. To jest pytanie, które każdy sobie w jakimś stopniu zadaje, jeżeli chce się tym zajmować profesjonalnie. Nie jest wcale rzadkie wypalenie zawodowe w zawodzie muzyka. Coraz więcej się o tym teraz na szczęście mówi. Ale takie zniechęcenie do tego, jak trudne to jest środowisko, jak wiele wymaga pracy, a ta praca może absolutnie nie spotkać się z jakimś docenieniem czy uznaniem.
Czy nawet czasem zaprezentowanie tej naszej własnej twórczości jest po prostu bardzo trudne – żeby znaleźć miejsce. Ostatnio się też dużo mówi o takiej grantozie w przypadku w ogóle sztuki, gdzie o funkcjonowaniu danych projektów, czy nawet instytucji, świadczy czy decyduje ilość zdobytych grantów.
Pytanie: jak podejść ten system, żeby z nim wygrać? Bo jest to zagadka. Nieraz projekty o naprawdę niezbyt wielkich walorach wygrywają w tej punktozie, w tym szaleństwie tabelek i rubryczek urzędniczych, a projekty dużo bardziej wartościowe się nie przebijają. I teraz pytanie: dlaczego? Nieraz nawet te wnioski nie są uzasadniane, decyzje nie są w żaden sposób uzasadniane, nie ma skąd wyciągnąć jakichś wniosków, coś spróbować zmienić.
Więc to jest bardzo narażające na wypalenie, na zadawanie sobie pytania: w sumie po co mi to było? Z drugiej strony trudno też działać wbrew sobie, jeżeli ma się jakieś predyspozycje czy umiejętności w danej dziedzinie, czy jest to w jakimś stopniu nasza pasja.
Trudno jest powiedzieć: nie, ja się wypisuję, idę do urzędu pracować od 8 do 16 i będę szczęśliwy. Wydaje mi się, że nie będziemy też szczęśliwi.
Wypalenie zawodowe, pasja versus rutyna i droga do spełnienia
Kiedy pasja staje się pracą
Wojtek: To trochę myślenie o tym, jaką ścieżkę zawodową się wybiera – każdą. Dlaczego, dlaczego daną na przykład ścieżkę? Dlaczego zostałeś prawnikiem? To są pytania, które często zadane po latach przyprawiają o konsternację, bo już się człowiek oderwał od tych swoich wyborów. Tak samo: dlaczego zostałaś muzykiem? Niby oczywiste, ale jakbyś chciała tak odpowiedzieć szczerze, to dużo okoliczności pewnie o tym zdecydowało.
Gabriela: W przypadku czasem nawet myślę też decydują o tym, czy ktoś się decyduje na daną ścieżkę czy nie – czy jakiejś drogi w trakcie po prostu. Pewne wybory, na przykład ktoś zaczyna studia i zapowiada się bardzo dobrze, ale jakieś wybory czy sytuacje po drodze sprawiają, że nie decyduje się na kontynuowanie.
Wojtek: Lepszym motywatorem, powszechnie uznającym, jest to słowo „pasja”, które używasz. Zacznij robić coś z pasji. Ale teraz mówisz: 17 lat, szkoła, rano, południe, reżim teraz filharmoniczny, nauczycielski. To jeszcze czujesz, że masz pasję? Czy to jest jakaś orka na ugorze?
Gabriela: Jeszcze czuję. Jeszcze czuję. Może zobaczymy za kilka lat, ile mi z tego zostanie.
Myślę, że w wielu zawodach chyba o tym można rozmawiać. W każdym, ja mam wrażenie, że w każdym. To jest taki bardzo wyświechtany mit, że musisz mieć tą pasję i ta pasja ci napędza i nie przepracujesz wtedy ani jednego dnia. Ale jak robisz coś na przykład 20 lat, to czy… i można się bardzo łatwo też zafiksować i sfrustrować.
Wojtek: Ja nie odczuwam takiej samej pasji, jak zaczynałem, ale nakładanie na siebie presji, że ja mam czuć się – to tak jakbyś nakładała na siebie presję, że w 20 roku małżeństwa masz się czuć tak jak w trzecim miesiącu relacji. To jest po prostu stwierdzanie, że to jest niemożliwe przecież. Hormony i wszystko.
Więc co to znaczy mieć pasję tak naprawdę do tej muzyki po twoim przygodzie z tym instrumentem? Czym to się różni dzisiaj od tego, co było, nie wiem, jak miałaś 10 lat? Widzisz jakieś różnice?
Swoboda wyboru jako źródło spełnienia
Gabriela: Bardzo duże. Na przykład to, że miałam to szczęście na studiach, że trafiłam na pedagogów, którzy mi pozwalali na bardzo dużo swobody, jeśli chodzi o wybieranie własnej ścieżki. To nie jest wcale takie powszechne, ponieważ są nauczyciele, którzy mają jakieś swoje przekonania, kanony i nie ma za bardzo z nimi dyskusji. Nawet na zasadzie rozwijania swoich umiejętności, czy tego, że mam jakiś pogląd, chcę go skonfrontować z profesorem – nie każdy jest na to otwarty.
Natomiast ja miałam to szczęście, że moi profesorowie mi pozwalali na bardzo dużo swobody, dzięki której mogłam sobie próbować różnych rzeczy, wybierać. I właśnie to jest teraz dla mnie, myślę, najbardziej napędzające do dalszej pracy – że ja absolutnie sama mogę decydować o tym, co gram, kiedy, z kim, gdzie. Gdzie są jakieś projekty, w których chcę wziąć udział, gdzie próbuję, co robię.
Ja akurat bardzo to lubię, że mogę sama o tym decydować. Rzeczywiście jako dziecko jest się prowadzonym przez nauczyciela i tego się nie da w żaden sposób ominąć. Wydaje mi się, że buntowanie się przeciw nauczycielowi, szczególnie takiemu, który jest dobrym metodykiem, wie jak poprowadzić ten proces – to nie ma sensu. Bo jednak to rzemiosło, o którym mówiliśmy, jest konieczne, żeby później dalej móc coś samemu na tej bazie budować.
Ale dla mnie na przykład teraz to jest najbardziej napędzające, że kończąc studia, to już tylko ja mogę decydować o tym, co robię. A też mam bardzo dobry kontakt z profesorami i zawsze o jakąś radę mogę się zwrócić.
Mit motywacji: rutyna ważniejsza od pasji
Wojtek: To w ogóle ciekawe, że my zestawiamy ze sobą hasło „rzemiosło” i „pasja”. Bo to często się wydaje, że to nie ma ze sobą nic wspólnego – że jak robisz coś z pasji, to robisz coś w jakimś stanie uniesienia, ekstatycznego flow, nie ma to nic wspólnego z rzemiosłem. A tu się okazuje, żeby swoją pasję rozwijać, trzeba być jeszcze dobrym rzemieślnikiem.
Gabriela: Bardzo dobrym, tak, dokładnie.
Wojtek: Czy ty przy tej swojej pasji, życiu zawodowym, masz tak zwane wolne chwile, w którym robisz coś innego niż muzykę?
Gabriela: Oczywiście. Myślę, że to jest konieczne do tego, żeby czasem odłożyć ten instrument, żeby zamknąć pewne projekty i po prostu nie myśleć o tym przez chwilę. W moim przypadku akurat nie czuję na razie wielkiej potrzeby, żeby tego było tak bardzo dużo, ale oczywiście też sobie lubię ponarzekać.
Szczególnie jeśli jest bardzo duże zagęszczenie tych projektów – bo to też tak bywa, że nie ma nic albo jest wszystko naraz. Kiedy trzeba zamknąć ilość projektów, które są rozłożone czasowo i nie mam wpływu na ich rozłożenie – na przykład ja bym wolała w inny sposób to poukładać, ale nie mogę, muszę się dostosować do grafików innych ludzi czy projektów.
To wtedy przychodzi taki moment oczywiście czy frustracji, czy jakiegoś zmęczenia dużego – że wiem, jak tą pracę rozplanować, wiem co muszę zrobić, ale już bym wolała inaczej, już bym chciała co innego w tym momencie zrobić. Ale jakoś staram się to tak ułożyć, żeby nie zniechęcić się za bardzo. No bo narzekać sobie też trzeba w końcu.
Czas wolny z instrumentem: przyjemność czy obowiązek?
Wojtek: Pytam dlatego, że w takich, nazwijmy to zawodach klasycznych – chociaż przyjmijmy sobie muzyk też zawód klasyczny – ale w takim stereotypowo pojętym życiu zawodowym jest jakaś granica, gdzie kończysz tą pracę. Na przykład dzisiaj skończę o 17 i przez godzinę pozajmuję się czymś dla siebie. I u was też w tym muzycznym świecie tak to wygląda – tu macie zaplanowane próby, koncert, kończycie koncert i tam zaczyna się czas dla siebie, dla rodziny? Czy to znowu jest trening na instrumencie w czasie wolnym?
Gabriela: Na pewno zależy to od tego, jak sobie to ktoś ułoży. Taki czas bez tej presji, tego bycia z instrumentem jest bardzo potrzebny i myślę, że każdy powinien o to zadbać.
To ćwiczenie jest związane z tym, że my przychodząc na próbę na przykład do filharmonii, musimy przygotować partie swoje – to już jest nasza sprawa, kiedy my to zrobimy i w jaki sposób. To jest przyjęte, że po prostu przychodząc na przykład na próbę z innymi, jesteśmy przygotowani. To jest w bardzo dobrym tonie, jeśli ktoś jest zawsze przygotowany i gotowy na odbycie takiej próby z innymi.
Ale to, ile czasu nam zajmie przygotowanie tej partii, to już jest tylko nasza prywatna sprawa. Jeśli komuś idzie bardzo szybko, to gratulacje, będzie miało dużo czasu. A jeśli komuś idzie wolniej i zależy mu, żeby być dobrze przygotowanym, to będzie poświęcało więcej na to czasu.
Wojtek: Czyli można powiedzieć, że niepłatne nadgodziny. Można tak powiedzieć. De facto w twój czas pracy wliczają się godziny własne z instrumentem.
Gabriela: Tak. To jest prawnie też jakoś rozpracowane, że ten czas poświęcony na pracę własną jest ujęty w tym czasie pracy na przykład w filharmonii. To się nazywa praca artystyczna – to są godziny, które wpisane są w to przygotowanie partii. Tylko nikt nie wymaga tego, żeby spędzić je koniecznie na przykład w filharmonii, tylko można to zrobić w domu, można na przykład już samowolnie to skracać czy wydłużać na zasadzie, ile kto tego potrzebuje.
Wojtek: Ile godzin dziennie ty dzisiaj spędzasz z instrumentem? To się bardzo różni i nigdy nie mam jednoznacznej odpowiedzi na to, bo w zależności od możliwości czasowych, od potrzeby takiej aktualnej na przykład.
Wojtek: A masz jeszcze tak, przepraszam, że wpadam ci w słowo, że po prostu czujesz: chcę dzisiaj pograć. W sensie, że fajnie byłoby sobie pograć. Czy to jest na zasadzie: no muszę przygotować partię, no to gram. Już się nie zastanawiam, czy chcę, czy ja czuję potrzebę, czy to jest mój intymny kontakt z instrumentem, niczym z partnerem, czy to jest po prostu – no muszę.
Motywacja versus rutyna
Gabriela: To się łączy jedno z drugim – że są dni, w których naprawdę na przykład gra się świetnie, chcę coś konkretnego zrobić i jestem z tego zadowolona, że mam na to czas. A są takie dni, gdzie na przykład niekoniecznie dzisiaj mam pełną dyspozycję do tego, żeby ćwiczyć, czy może coś innego bym wolała robić, czy coś się wydarzyło, co bardziej mi na przykład zabiera uwagę. Ale na przykład wiem, że czeka mnie jakiś projekt, muszę się przygotować, bo jak tego nie zrobię dzisiaj, to potem może być ciężko czasowo.
Więc to się ze sobą przeplata. Wydaje mi się, że nawet chyba sportowcy o tym też często mówią, że pasja pasją, czy motywacja słynna, motywacja motywacją, ale też ta rutyna i wprowadzenie takiej obowiązkowości w przygotowaniu po prostu różnych rzeczy jest tutaj chyba bardziej kluczowa niż nawet ta właśnie słynna motywacja.
Wojtek: Może w waszym przypadku zawodowych muzyków jest to o tyle łatwiejsze w myśleniu o tym, że to się nieodłącznie łączy z życiem zawodowym. Natomiast ja na przykład ze swoim terapeutą, jak rozmawialiśmy o mojej muzycznej pasji, zaczęliśmy sobie zestawiać rutynę kontra przyjemność.
W sensie, że ja dzisiaj pogram na gitarze czy na perkusji, bo chcę i czuję, że mnie to napędza. Czy ja pogram, bo mam w głowie, że jak nie pogram, to będę miał przerwę, jak będę miał przerwę, to się nie rozwinę – i czy to jeszcze jest pasja i przyjemność, czy to jest jakiś kolejny obowiązek i rutyna. Czyli drenowanie swoich zasobów de facto. Pod tym kątem może bym wam pozazdrościł, że nie musicie tego analizować, bo tu nie ma o czym się zastanawiać – to jest wasza praca.
Gabriela: Tak, to jest część zawodu. Ale z drugiej strony odlatuje trochę ten fragment takiej faktycznie czystej przyjemności, że sięgam za ten instrument i czuję, że sięgam, bo naprawdę chcę. Czyli trochę tak jak dla niektórych odpalenie Netflixa po pracy. Chociaż to też już można mówić, czy to jest przyjemność, czy to jest nawyk i czy dobry, czy niedobry.
Wojtek: Ciężko wyczuwalna jest ta granica między taką czystą pasją, a takim poczuciem, że ja muszę, albo potrzebuję, albo to jest w moim nawyku. I to też łatwo przejść do opresji – zrobić sobie z tego taki opresyjny styl życia. Czyli mój instrument jest moim oprawcą.
Gabriela: Myślę, że tak. Myślę, że gdyby ktoś zajął się jakąś analizą, na przykład taką bardziej naukową, to do ciekawych wniosków mógłby dojść w takich obszarach.
Pandemia jako punkt zwrotny: „wszystko albo nic”
Wojtek: Czasem na przykład taka konfrontacja własnych oczekiwań z rzeczywistością bywa bardzo bolesna – że każdy z nas ma jakieś plany, czy chęci, czy jakieś ambicje. I teraz pytanie: czy środowisko, w którym jestem, czy ta rzeczywistość jest w stanie nam to zapewnić? Bo często się może okazać, że na przykład nie jest. I pytanie: co wtedy? I robi się smutno. Więc wpływa na ten ogólny obraz takiego zniechęcenia często.
Gabriela: A twoje oczekiwania, a realizacja? Udało się to wszystko spiąć tak, żebyś była zadowolona?
Gabriela: Na ten moment tak. Muszę powiedzieć, że jak zaplanowałam sobie, udało mi się te rzeczy zawodowe w jakimś stopniu tak poprowadzić, żeby na ten moment mi to odpowiadało. Ale też nie mówię, że to już jest koniec poszukiwań, koniec tej ścieżki, szukania ścieżki zawodowej.
Myślę, że mam na razie bardzo taką stabilną sytuację, która pozwala mi na to, żeby patrzeć trochę do przodu, żeby szukać dalej tego, co mogę jeszcze zrobić, co może odpowiadałoby mi nawet jeszcze bardziej. Ale na razie jestem zadowolona z tego, co udało mi się jakoś wypracować.
Wojtek: Można powiedzieć, że jesteś tym szczęśliwym muzykiem, który odnalazł swoje miejsca. To chyba wcale nie jest takie powszechne. Chyba raczej jesteś w mniejszości, bym powiedział. Też tak uważam, tak.
Wojtek: Co zadecydowało twoim zdaniem o tym, że to by się udało? Wiadomo, słowo „udało się” odbiera sprawczość, nie do końca jest dobre, ale czynniki sukcesu, Gabrieli?
Czynniki sukcesu: praca, pokora i „szantaż własny”
Gabriela: Na pewno bardzo duża praca, praca własna. Poświęcenie w pewnym momencie jakby nawet takiego trochę balansu między życiem takim prywatnym, a tym życiem zawodowym – że wszystko było podporządkowane temu zdobywaniu pewnych umiejętności, które mogłyby się później przysłużyć właśnie w tym życiu zawodowym.
Takie trochę postawienie wszystko na jedną kartę. Też duża pokora wobec tego procesu i wyciąganie wniosków z jakichś porażek. Takie na przykład ciągłe wystawianie się w pewnym sensie na ocenę, bo jednak każdy występ publiczny może potencjalnie powodować ocenę. Można powiedzieć, że wystawiamy się na to tak dobrowolnie w pewnym sensie.
Więc też jeżeli już wystawiam się na tą ocenę, to jak sobie radzę ze stresem? Co mogę poprawić? Co mogę jeszcze na przykład zmienić? To już nie było wcale takie łatwe, ale po pewnym czasie zaczęłam zauważać, że z pewnymi czynnikami radzę sobie coraz lepiej, bo one już wystąpiły w przeszłości – na przykład związane ze stresem, jak mogę tym stresem zarządzać.
Paradoksalnie lepiej zaczęło mi się z własnym stresem żyć, kiedy zaakceptowałam, że nie będzie sytuacji, w której ja się go pozbędę. A wręcz jakaś część tego stresu jest całkiem potrzebna w takim wykonawstwie na żywo, ponieważ ona działa tak mobilizująco.
Oczywiście jest pewna cienka granica, gdzie ta mobilizująca właściwość przechodzi w jakąś paraliżującą. Nie można też przeginać i nie można tutaj za wszelką cenę próbować tego osiągnąć. Ale jeśli podejdziemy do tego w miarę racjonalnie, jeśli mamy ludzi, którzy nam będą chcieli pomóc jakoś sobie z tym poradzić, to jest szansa na to, że po prostu uda się nam z tym poradzić.
Myślę, że na pewno bardzo duża ilość pracy tutaj u mnie zaważyła, podejmowanie takich nowych wyzwań i pokora wobec efektów, wobec tego, że nie zawsze się uda i wyciąganie wniosków na przyszłość.
Wojtek: Stawiałaś wszystko na jedną kartę, powiedziałaś. Nie było takiej obawy? Co w sytuacji, kiedy nie pyknie? Czy nie zakładałaś w ogóle tego scenariusza?
Gabriela: U mnie ten moment na studiach się pojawił, kiedy była pandemia. Te odwoływane koncerty bardzo zniechęcały. W pewnym momencie sobie tak powiedziałam, że albo zrobię wszystko, żeby jeszcze poprawić te rzeczy, na przykład w mojej grze, w mojej technice, które są do poprawienia i dojdę do tego sama, albo dam sobie z tym spokój. No ale że opcji B za bardzo nie widziałam, to to był troszeczkę taki jakiś chyba szantaż własny, żeby jednak tutaj się poświęcić i zainwestować na maksa to, co mogę, tak żeby mieć takie poczucie, że zrobiłam, co mogłam.
Natomiast jeżeli by to nie szło w dobrą stronę, czy nie przyniosło pożądanych rezultatów, no to wtedy myślę, że dopiero bym się zastanawiała, co zmieniać. Na szczęście chyba jeszcze nie muszę.
Wojtek: Dzisiaj mówisz o tym z takim spokojem. Ciekaw jestem, czy wtedy tak było spokojnie.
Gabriela: Ojejku, nie wracajmy, może.
Wojtek: To są zawsze bardzo trudne wybory. Szczególnie, kiedy jest to okupione tyloletnią pracą i tyloletnimi wyrzeczeniami. Też jestem bardzo ciekaw, jak się czują ci muzycy, którzy też włożyli 17 lat i podejmują decyzję: nie, to jednak nie. I co dalej? Jakbyś zostawiasz pół życia albo trzy czwarte życia za sobą i co dalej?
Co zostaje, gdy ktoś rezygnuje?
Gabriela: Tak, to jest myślę trudna decyzja. Czasem ona przychodzi jakoś może łatwiej, jeżeli ktoś znajdzie po prostu inne zainteresowanie czy inną drogę. Czy na przykład decyduje się, że w liceum na przykład chce iść na dziedzinę zupełnie niezwiązaną z grą na instrumencie. Często się zdarza, że ktoś kończy tę szkołę drugiego stopnia tak już dla siebie, żeby skończyć, żeby zamknąć jakiś etap i mieć to świadectwo ukończenia, ale niekoniecznie już z takim nastawieniem, że inwestuję na maksa, staram się rozwinąć.
Myślę, że jeżeli ktoś znalazł jakąś dziedzinę inną, to jest mu łatwiej przejść, zostawić. Bo trudno powiedzieć też: zostawiamy te 17 lat gry. To zawsze zostanie w nas, myślę, i tego się nie da tak całkiem wymazać. Ale jeżeli ktoś rezygnuje z jakiegoś powodu, a nie ma za bardzo tej opcji BCD i tak dalej, no to wtedy się robi problem i nie jest łatwo sobie z tym poradzić.
Wojtek: Z drugiej strony można z tego też uczynić zasób, bo można sobie powiedzieć: jeżeli ja dałam radę na dwa fronty w szkole ciągnąć i wypracowałam takie umiejętności, to z czymś innym też sobie poradzę.
Gabriela: Dokładnie. Umówmy się, że zdobycie innych umiejętności niż gra na instrumencie może się okazać dużo prostsze niż zdobycie umiejętności muzycznych. Myślę, że tak, że to też właśnie ta szkoła muzyczna uczy takiej obowiązkowości – tego, że są na przykład te egzaminy, do których się trzeba przygotować, że trzeba tutaj te zajęcia jakoś pogodzić z codziennym grafikiem.
To, że zajęcia z instrumentu odbywają się z reguły jeden na jeden – czyli jest jeden uczeń, mówimy o instrumencie głównym, tym naszym pierwszym – to zawsze są zajęcia tylko z jednego ucznia, z nauczycielem. Mówimy o zespołowych, no to jest wtedy więcej osób, ale to też jest kwestia kilku osób na jednych zajęciach. To jest zupełnie inna relacja niż to, co znamy na przykład ze szkoły, gdzie w klasie jest 35 osób. Myślę, że to też jakoś wpływa na tego młodego człowieka.
Marzenie na przyszłość
Wojtek: Wyglądasz na szczęśliwą ze swoich wyborów, więc możesz być żywą reklamą kształcenia muzycznego. I zbliżając się do końca – standardowe pytanie, jakie zadaję wszystkim swoim gościom: jakie jest twoje największe w tej chwili marzenie związane z tą muzyką?
Gabriela: Ja myślę, że to, żeby to się dalej kręciło. Po prostu, żeby dalej mieć jakieś propozycje współprac fajnych z fajnymi muzykami. Żeby spotykać ludzi, którzy będą pomagać, a nie przeszkadzać w zdobywaniu jakichś celów.
Myślę, że te relacje personalne są bardzo istotne w naszym zawodzie i żeby po prostu trafić w takie dobre środowisko, które będzie właśnie takie wspierające, rozwijające. A co przyniesie przyszłość, jakie projekty, w jakich miejscach – to zobaczymy. Jestem otwarta.
Wojtek: Czyli proste sprawy prowadzące do wielkich efektów, tak możemy powiedzieć. Można tak powiedzieć. Fajnie, fajnie. Tego ci życzę wobec tego. Dziękuję. Trzymam kciuki i może zrobimy za 10 lat update, co się w twoim życiu zawodowym stało. Czy się nie wypaliłaś, czy dalej biegniesz po muzycznej ścieżce. Dzięki za rozmowę.
Gabriela: Dzięki bardzo.
Zakończenie
Wojtek: A tobie, słuchaczu, widzu, również dziękuję za uwagę. Jeżeli ten odcinek ci się podobał, to napisz coś w komentarzu. Co myślisz o świecie muzyki klasycznej i współczesnej? A może grasz na jakimś instrumencie? Daj znać. No i standardowo zapisz się na listy przygodowe, wyślę e-maila o kolejnym odcinku. To wszystko na dzisiaj, dzięki za uwagę, trzymaj się ciepło, cześć, cześć.
Dziękuję za oglądanie!