Podcast jest dostępny do odsłuchu również tutaj: SpotifyApple Podcasts


Twój pies macha ogonem, więc się cieszy. Skacze na gościa, bo go lubi. Szczeka na innego psa, bo jest agresywny. Ciągnie na smyczy, bo się uparł. Każde z tych zdań brzmi jak oczywistość i każde bywa nieprawdziwe.

Agnieszka Świć, behawiorystka znana w internecie jako Pies z głową w dół, mówi, że psia komunikacja to najważniejszy temat do zgłębienia dla każdego, kto ma psa albo dopiero o nim myśli. Nie dlatego, że to ciekawostka, tylko dlatego, że bez niej poruszamy się po omacku: karzemy psa za lęk, cieszymy się jego stresem i dziwimy, że relacja nie wychodzi.

W tej rozmowie przechodzimy od języka psa do jego potrzeb, a potem do decyzji, które podejmujemy przed wzięciem zwierzęcia i po fakcie. Sporo odpowiedzi rozjeżdża się z tym, co powtarzamy sobie o psach od lat.

Najkrócej, czyli co wynika z tej rozmowy

  • Machanie ogonem nie oznacza radości, tylko pobudzenie. Pies, który skacze na gościa i macha ogonem, może mówić „nie zbliżaj się”.
  • Większość problemów, z którymi zgłaszają się opiekunowie, ma u podłoża lęk, a nie agresję czy upór.
  • Psy nie muszą się witać na spacerze. Minięcie się z dystansu bywa pełnowartościową interakcją.
  • Pies w bloku ma się często lepiej niż pies w domu z ogrodem, bo ogród zastępuje spacer, a spacer jest ważniejszy niż metraż.
  • Codzienne wybieganie psa piłką nie uspokaja, tylko przebodźcowuje, bo kortyzol po takiej gonitwie utrzymuje się, jak mówi Agnieszka, nawet trzy dni.
  • Minimum czasu dla psa to około godziny dziennie, licząc wszystko, a bezpieczniej przyjąć dwie.
  • Pies ze schroniska nie będzie wdzięczny za uratowanie. Na relację trzeba sobie zapracować, czasem długo.
  • Lęk jest według Agnieszki dziedziczony genetycznie, więc przed wzięciem szczeniaka warto obejrzeć nie tylko rodziców, ale i dziadków.
  • Gdy pies wyje zostawiony sam albo boi się fajerwerków, wracamy do niego i dajemy wsparcie. Lęku nie da się wzmocnić przytuleniem.

Czy machanie ogonem znaczy, że pies się cieszy?

Nie. To prawdopodobnie najczęściej powtarzany mit o psach i Agnieszka rozbraja go od razu:

Machanie ogonem może być po prostu oznaką pobudzenia. Pies może się bać, może być pobudzony, a ogonem i tak będzie machał.

Klasyczna scena: do domu przychodzą goście, pies szczeka, skacze na osobę i macha ogonem, a opiekun tłumaczy, że pies uwielbia wizyty. Tymczasem dla psa, zwłaszcza takiego po przejściach, obca osoba przekracza próg jego domu. Skok na gościa może znaczyć coś zupełnie innego:

Ej, zatrzymaj się, nie podchodź bliżej, obawiam się ciebie.

To działa też wobec rodziny. Wydaje nam się, że skoro to mama, ciocia czy koleżanka, to pies na pewno się cieszy. Niekoniecznie.

Dopiero rozumiejąc, co pies mówi, można mu realnie pomóc, i to w każdej codziennej sytuacji, od spaceru po wyjazd na wakacje.

Sygnały stresu u psa, które łatwo przeoczyć

Do najczęstszych sygnałów, że pies czuje dyskomfort, Agnieszka zalicza:

  • oblizywanie nosa i oblizywanie fafli,
  • widoczne białko oka, gdy pies lekko odwraca głowę,
  • przestępowanie z łapy na łapę,
  • odwracanie głowy,
  • ziajanie.

Ważne zastrzeżenie: nie chodzi o to, żeby zamknąć psa pod kloszem i nie dopuścić do niego żadnego stresu. Chodzi o to, żeby te sygnały rozpoznawać, bo wtedy da się psu pomóc w wielu sytuacjach.

Dlaczego pies szczeka na inne psy

Wbrew intuicji najczęściej nie z agresji.

Właściwie u podłoża większości problemów, z którymi spotykam się na co dzień, leży lęk.

Pies szczekający na innego psa zwykle nie planuje ataku, tylko stawia barierę: nie zbliżaj się, nie chcę mieć z tobą kontaktu. To komunikat ostrzegawczy. Podobnie z ciągnięciem na smyczy, które w starej szkole karano. Przyczyn może być kilka, a jedną z częstszych jest strach: pies chce jak najszybciej oddalić się od hałasu, innego psa albo osoby. Czasem od samego opiekuna, jeśli to świeżo adoptowany pies, który jeszcze nie czuje się przy nim pewnie.

Czy psy muszą się witać na spacerze?

Kolejny mit. Wielu opiekunom wydaje się, że psy powinny się przywitać przy każdym spotkaniu. Agnieszka porównuje to do sytuacji międzyludzkiej, która natychmiast tłumaczy, o co chodzi:

Psy potrafią wyczytać bardzo dużo o swoim stanie zdrowia z zapachu, z hormonów. To tak, jakbyśmy musieli pokazać obcej osobie wyniki badań krwi, a najlepiej jeszcze stan konta.

Psy komunikują się już z kilkudziesięciu metrów. Obserwują, jak drugi pies się porusza i zbliża, zbierają zapach z dystansu i bardzo często to im w zupełności wystarcza. Minięcie się z daleka bywa pełnowartościową interakcją. Nie chodzi o całkowitą izolację, tylko o kontakty przemyślane zamiast automatycznych.

Czy pies w bloku to dobry pomysł?

Pytanie zadałem wprost, bo wraca w każdej rozmowie z osobami, które psa jeszcze nie mają, a chciałyby. Odpowiedź Agnieszki jest przewrotna:

Pies w bloku jak najbardziej tak, a pies w domu ma niestety te potrzeby często zdecydowanie mniej spełniane.

Opiekunowie mieszkający w blokach po prostu muszą fizycznie wyjść z psem, więc ten pies ma swoje spacery, przynajmniej te trzy dziennie. Nawet jeśli jest to kółko wokół bloku. Psy z domów z ogrodem bardzo często nie wychodzą na spacer w ogóle, bo przecież mają teren.

Tyle że ogród nie zaspokaja tego, co dla psa najważniejsze:

Te psy mają ogród, tylko ogród jest dla nich jak duży kojec. Potrzeba eksploracji nie jest tam zaspokojona w ogóle.

Swobodna eksploracja i swobodny ruch to według Agnieszki nadrzędna potrzeba każdego psa. Chodzenie, rewirowanie, sprawdzanie, oznaczanie, zostawianie zapachów, czyli komunikacja zapachowa z innymi psami. Ogród tego nie daje, bo jest zawsze ten sam.

Jest jeszcze rzecz, którą opiekunowie biorą za zaletę. Pies za płotem uczy się obszczekiwać wszystko, co przechodzi obok. Dla części ludzi to system alarmowy, zwłaszcza na wsi. Dla psa to zależy od rasy. Psy obronne o niższym poziomie pobudzenia poradzą sobie: szczekną, dadzą znać i pójdą spać. Przy rasach z wyższym pobudzeniem jest inaczej:

Jeśli pies cały czas jest na obrotach, bo co chwilę ktoś przechodzi za płotem, przechodnie, psy, wózki, rolki, to poziom kortyzolu utrzymuje się wysoko. Jakość życia takiego psa spada, a długość życia się obniża, bo można powiedzieć, że żyje w przewlekłym stresie.

Zapytałem więc wprost, czy można mieć szczęśliwego psa w kawalerce. Odpowiedź: jak najbardziej, jeśli zapewnimy mu długie spacery. Miejsce spania jest kwestią wtórną wobec tego, co dzieje się w ciągu dnia.

Ile czasu dziennie trzeba poświęcić psu?

Tu nie ma jednej złotej odpowiedzi, bo zależy od wielkości i typu psa. Inne zapotrzebowanie mają rasy mniejsze, inne większe, inne psy pracujące, a inne te hodowane do towarzystwa. Agnieszka podaje jednak punkt odniesienia:

Przyjmijmy jednak, że średnio godzina dziennie to minimum.

W tej godzinie mieści się wszystko, nie sam spacer: wyjście, nakarmienie, wizyty u weterynarza, badania, czasem psi dietetyk, jeśli pojawiają się problemy zdrowotne. Gdy dopytałem, czy godzina nie jest założeniem zbyt optymistycznym wobec wszystkiego, o czym rozmawialiśmy, padło doprecyzowanie: dla bezpieczeństwa przyjmijmy dwie.

Do tego dochodzi rzecz, o której mało kto myśli, planując życie z psem. Sam ruch nie wystarczy.

Dlaczego wybieganie psa piłką to zły pomysł

To był moment, w którym dowiedziałem się, co robiłem źle z wyżlicą z domu rodzinnego. Rzucanie piłki albo kółka, żeby pies się zmęczył i był grzeczniejszy, wydaje się rozsądne. Nie jest.

Sama pogoń za piłką jest dla psa bardzo pobudzająca. To jeden element łańcucha łowieckiego, właśnie pogoń.

Skutkiem są duże wyrzuty kortyzolu, dopaminy i adrenaliny. Jeśli robimy to codziennie, przez dwadzieścia albo trzydzieści minut, pies jest zupełnie przebodźcowany. Agnieszka podaje przy tym liczbę:

Ten kortyzol nawet nie ma szansy opaść, bo utrzymuje się w organizmie nawet do trzech dni.

Czyli wystarczy rzucać piłkę kilka razy w tygodniu, żeby pies funkcjonował w stałym pobudzeniu. Częsty kontrargument opiekunów brzmi, że pies po takim wybieganiu bez problemu idzie spać. Agnieszka odpowiada, że kortyzol i tak tam jest, a konsekwencje wychodzą gdzie indziej: pies gorzej śpi, gorzej się uczy, gorzej zapamiętuje, a w dłuższej perspektywie może się to przekładać nawet na skrócenie życia.

Nie chodzi o to, żeby piłkę spalić. Agnieszka też jej używa, ale jako nagrody, nie jako sposobu na spędzanie czasu.

Pies potrzebuje za to wyzwań umysłowych, a to nie musi oznaczać godziny treningu dziennie. Kilka razy w tygodniu po dziesięć, piętnaście minut to już bardzo dobra ilość.

Czy pies ze schroniska będzie wdzięczny?

To jedno z najtrudniejszych zderzeń z rzeczywistością, jakie przechodzą nowi opiekunowie.

To nie jest tak, że pies po prostu będzie nas kochał, bo go uratowaliśmy. Na tę relację też musimy sobie zapracować.

Psy ze schroniska bywają po przejściach i mierzą się z własnymi wyzwaniami. Często nie wiemy nawet, jaka jest ich historia: czy siedziały na łańcuchu, czy zostały znalezione w lesie i nie miały kontaktu z ludźmi ani z innymi psami. Droga do głębszej relacji potrafi być długa.

Agnieszka dokłada do tego uczciwe zastrzeżenie, którego nie usłyszy się często od osób z branży: nie wszystko da się wypracować. Można zrobić bardzo dużo, ale niektóre psy mają ograniczenia i dochodzi się do sufitu. W takich sytuacjach wsparciem bywa farmakoterapia, o czym niżej.

Jest jeszcze druga strona tej samej monety, czyli popularne hasło „nie kupuj, adoptuj”. Agnieszka woli inną wersję:

Mnie bardziej podoba się „kupuj, adoptuj, rób, co chcesz”. Chodzi o to, żeby nie piętnować drugiej strony.

Powód nie jest ideologiczny, tylko praktyczny. W obu przypadkach można trafić różnie i w żadnym pies nie jest czystą kartą.

Lęk jest dziedziczony, więc obejrzyj rodziców szczeniaka

Przy psie z hodowli pada rada, której wcześniej nie słyszałem w tej formie:

Lęk jest dziedziczony genetycznie, więc jeśli rodzice i dziadkowie nie byli stabilni, byli lękowi, prawdopodobieństwo problemów jest większe.

Stąd zalecenie, żeby przed decyzją obejrzeć mamę, jeśli się da to tatę, a najlepiej także dziadków. Linia dziedziczenia lęku sięga dalej niż jedno pokolenie.

Jaką rasę psa wybrać?

Rasy są bardziej i mniej wymagające, ale nie ma ras bezproblemowych. Agnieszka radzi zignorować internetowe opisy w stylu „przyjacielski, wesoły, rodzinny” i sięgnąć po rys historyczny: do czego dana rasa była hodowana.

Nie czytajmy opisów w rodzaju: husky, przyjacielski i inteligentny albo uparty. To ogromne generalizacje.

Porównanie, którego używa, jest celne: to trochę tak, jakby opisywać narody. Owszem, coś w tym jest, ale w obrębie jednej rasy psy potrafią się różnić skrajnie, podobnie jak rodzeństwo z jednego miotu.

Praktyczne konsekwencje bywają zaskakujące. Labrador i retriever, klasyfikowane w sieci jako psy rodzinne, to psy pracujące, stworzone do współpracy z człowiekiem i przenoszenia ptactwa, więc mają dużą potrzebę pracy. Jork, uchodzący za psa do towarzystwa, był hodowany do polowania na szczury, czyli ma silny popęd łowiecki, a traktowany bywa jak zabawka.

Zamiast pytać, co pies ma mi dać, warto zapytać, jakie ma potrzeby i czy jestem w stanie je zaspokoić.

Małe psy bywają pokrzywdzone

Zapytałem, czym różnią się małe rasy od dużych, bo sam często powtarzam znajomym, że pies musi być duży. Odpowiedź poszła w innym kierunku niż moja zaczepka:

Myślę, że przy mniejszych psiakach czyha bardzo duża pułapka. Bardzo często są pokrzywdzone, bo nie traktujemy ich do końca jak psy.

Małe psy częściej bywają problemowe i więcej szczekają, bo się boją. Ciągle bierzemy je na ręce, nie pozwalamy im decydować o sobie, więc nie budują pewności siebie i nie mają poczucia sprawczości. Traktujemy je trochę jak zabawki i nie oddajemy im ich psiości.

Pierwsze tygodnie ze szczeniakiem: puppy blues i nauka samotności

Filmiki ze szczeniakami są słodkie. Rzeczywistość potrafi przytłoczyć, do tego stopnia, że mówi się o puppy blues, analogicznie do baby blues u mam niemowląt. Pogorszenie nastroju u osoby, która wzięła szczeniaka, bo okazało się, że jest ciężko, jest zjawiskiem realnym.

Na co konkretnie trzeba być gotowym: wychodzenie kilkanaście razy dziennie na siku, gryzienie rąk, nóg i mebli, demolowanie mieszkania, wycie na początku, bo pies został zabrany od mamy i rodzeństwa i nie rozumie, co się dzieje. Pierwsze tygodnie, a realnie pierwsze miesiące, bywają wymagające.

Dobrą praktyką jest wzięcie urlopu na start, ale z gwiazdką, która jest tu najważniejsza. Jeśli spędzimy z psem dwa tygodnie non stop, a potem z dnia na dzień wrócimy do pracy, zafundujemy mu szok. Dlatego naukę zostawania samemu zaczynamy od pierwszego dnia: wyjście na minutę, na dwie, na pięć, wyrzucić śmieci, zrobić małe zakupy. Warto zostawić kamerkę i sprawdzać, jak pies sobie radzi.

Pies wyje, gdy zostaje sam. Wracać czy nie?

W internecie wciąż krąży rada, żeby nie wracać, bo wzmocnimy wycie. Agnieszka mówi jasno, że to nieaktualne:

Jeśli pies wyje i jest to już rozpacz, chcemy do niego wrócić i w cudzysłowie, a czasem dosłownie, przytulić. Chcemy być przy nim i okazać mu bliskość.

Rozróżnienie jest istotne. Co innego, gdy pies wymusza zachowanie, na przykład domaga się jedzenia ze stołu, bo tam faktycznie lepiej zastosować inne metody. Co innego, gdy pies jest w rozpaczy.

Co zrobić, gdy pies boi się fajerwerków?

Ta sama zasada, a rada, którą wciąż można usłyszeć nawet od części lekarzy weterynarii, jest wprost błędna:

Lęku nie da się wzmocnić, więc po prostu dajemy psu wsparcie.

Analogia, której używa Agnieszka, jest przekonująca. Jeśli ktoś boi się pająków, a my mówimy mu, żeby przestał się wygłupiać, ta osoba czuje się wykluczona i zostawiona z problemem sama. Jeśli ją przytulimy albo złapiemy za rękę, poczuje wsparcie. Z psem jest tak samo.

Behawiorysta a weterynarz, czyli kto się czym zajmuje

Najprostszy podział, jaki padł w rozmowie: behawiorysta zajmuje się głową zwierzęcia, weterynarz ciałem. Do tego dochodzi cała warstwa specjalizacji, która wyrosła w ostatnich latach: psi fizjoterapeuci, psi dietetycy, psi osteopaci. Najczęściej są to osoby, które najpierw specjalizowały się w dziedzinie ludzkiej, a potem przeszły na psy.

Sama konsultacja behawioralna wygląda inaczej, niż podpowiada wyobraźnia. To nie jest naprawianie psa przez trenera. To dwie, dwie i pół godziny wywiadu z opiekunem, wcześniej ankieta i nagrania problemowego zachowania. Rozmawia się o diecie, o tym, jak wygląda cały dzień psa, jak wyglądają spacery i zabawa, jaka jest relacja z opiekunem.

Porównuję to do Doktora House’a. Musimy szukać, bo jedno zachowanie może mieć wiele przyczyn.

Co ważne, Agnieszka bardzo często nie wykonuje z psem żadnego ćwiczenia. Pies lękowy może się jej po prostu bać. To praca z człowiekiem, nie z psem, i dlatego przestrzega osoby, które myślą o tym zawodzie, bo nie lubią ludzi, a kochają psy.

Psia farmakoterapia, czyli czy istnieją psi psychiatrzy

Istnieją, choć nazywają się inaczej. Behawiorysta bez wykształcenia medycznego współpracuje z lekarzem weterynarii, który przepisuje leki. Bywa też, że jedna osoba łączy obie role.

Agnieszka świadomie o tym mówi, żeby odczarować temat:

To nie jest wrzucanie psów na nie wiadomo jakie mikstury i robienie z nich zombie, tylko pomoc, która obniża psi lęk i wspiera terapię.

Jeśli pies za bardzo się czegoś boi, nie da się z nim pracować. Obniżenie lęku otwiera drogę do terapii.

Nosework: od czego zacząć i co to właściwie jest

Nosework wziął się od psów detekcyjnych i policyjnych, szukających konkretnych substancji. Jako dziedzina sportu używa najczęściej zapachu cynamonu, pomarańczy i goździka, w postaci olejków albo prawdziwej skórki. Uczymy psa, że ten zapach jest wartościowy, a potem stopniowo ukrywamy próbkę w pomieszczeniu albo na zewnątrz.

Nie jest to obowiązkowe, ale może to robić każdy pies, bo każdy ma rozwinięty węch. Przewaga noseworku nad innymi psimi sportami polega na tym, że pies rozwiązuje łamigłówkę sam:

Uczymy bardzo dużo samodzielności, co wpływa na pewność siebie. Dlatego świetnie sprawdza się u psów lękowych i reaktywnych.

Agnieszka wykorzystuje to w pracy terapeutycznej. Próbkę zapachową można ukryć na człowieku, jeśli pies ma problem z obcymi. Pies w trybie pracy podchodzi do obcej osoby, a to przekłada się później na codzienność. Dochodzi się do tego stopniowo, nie od pierwszego dnia.

Pada też liczba, która porządkuje myślenie o zmęczeniu psa: mówi się, że piętnaście minut węszenia męczy jak godzinny spacer.

Psie sporty i pułapka ego

Polska prężnie się tu rozwija. Konikiem Agnieszki jest obedience, czyli posłuszeństwo sportowe, opisane jako swego rodzaju dziesięciobój: chodzenie przy nodze w idealnej pozycji, omijanie pachołka, skok przez przeszkodę, przenoszenie aportu, zostawanie w miejscu. Ocenia się jakość, nie czas.

Zapytałem, czy psi sport jest dla psa, czy dla człowieka. Odpowiedź była szczera:

W dużej mierze jest to też dla człowieka. Znowu czyha tu pułapka ego.

Z drugiej strony rywalizacja wymusza regularność, a regularny trening oznacza spełnianie psich potrzeb. Zarobku w tym nie ma żadnego: nagrodą bywa saszetka albo worek karmy, a treningi, dojazdy i sprzęt kosztują.

Osobny wątek to wystawy psów, na których ocenia się wyłącznie wygląd. Agnieszka uważa brak regulacji w tym zakresie za błąd, bo przy rozmnażaniu nie patrzy się na zachowanie ani cechy charakteru, co w kolejnych pokoleniach może pogarszać psychikę psów.

Czy pies myśli i czy pies kłamie?

Zapytałem, czym myślenie psa różni się od ludzkiego. Agnieszka zastrzega, że nie jest w psiej głowie, ale:

Psy potrafią manipulować i oszukiwać, więc w jakimś sensie można powiedzieć, że kłamać.

Jej zdaniem psie myśli są prostsze od naszych i nie prowadzą do tak złożonych wniosków, ale to i tak zdecydowanie więcej niż „daj jeść i rzuć piłkę”.

Czy pies jest przyjacielem człowieka?

Termin, który brzmi ładnie i jednocześnie trochę mija się z rzeczywistością. Agnieszka przyznaje, że tworzymy z psem więź i traktujemy go jak członka rodziny, każdy stawiając granicę gdzie indziej, ale zwraca uwagę na ograniczenie: pies nie pomoże nam w ciężkiej chwili tak, jak człowiek, i nie zapłaci za nas rachunków. Wsparcie mentalne to jednak inna sprawa i tu odpowiedź jest twierdząca, łącznie z psami terapeutycznymi. Padła nawet ciekawostka, że na ostatniej olimpiadzie grupa lekkoatletek miała w ekipie psa, który wspierał je mentalnie samą swoją obecnością.

Szukanie w psie wypełnienia luki po relacjach z ludźmi to pułapka, w którą łatwo wpaść, bo na zaufanie psa również trzeba zapracować.

Posiadanie psa czy życie z psem? O języku, który nas zdradza

Ten wątek okazał się jednym z ciekawszych. Agnieszka konsekwentnie mówi „opiekun”, nie „właściciel”, i przyznaje, że bardzo tego pilnuje.

Podczas rozmowy doszliśmy do tego, dlaczego to nie jest czepianie się słów. „Właściciel” jest nacechowany prawami: coś jest moje, nikt nie może w to ingerować. „Opiekun” kieruje uwagę na obowiązki. A skoro tak, to główną rolą człowieka jest służenie psu, nie odwrotnie.

To zresztą wraca w całej rozmowie jako oś: pies nie jest narzędziem do zaspokajania naszych potrzeb, tylko istotą, której potrzeby my zaspokajamy. Odwdzięczyć się może zaufaniem, ale dopiero wtedy, gdy je zbudujemy.

Żałoba po psie, o której wiemy od pierwszego dnia

Najtrudniejszy fragment rozmowy wziął się z porównania psa do dziecka. Statystycznie dzieci przeżywają rodziców. Ze zwierzęciem jest odwrotnie i wiemy o tym od początku:

To chyba najboleśniejsze w posiadaniu zwierzęcia: z góry zakładamy, że będziemy po nim przeżywać żałobę.

Agnieszka sama tego jeszcze nie doświadczyła. W jej pracy ten etap należy raczej do lekarza weterynarii, ale z psimi seniorami wciąż da się pracować: podnosić standard życia, dawać wyzwania umysłowe, robić nosework, tworzyć nowe połączenia neuronalne. Starość staje się wtedy łatwiejsza, a życie odrobinę dłuższe.

Dla części osób strata bywa argumentem, żeby nie brać kolejnego psa. Padła w rozmowie hipoteza, że bierze się to z przywiązania posuniętego bardzo daleko, po którym trudno się odnaleźć.

Obowiązkowy kurs przed wzięciem psa? W Niemczech już jest

Skoro tyle nieporozumień bierze się z nieznajomości psiego języka, w rozmowie pojawił się pomysł systemowy: obowiązkowe podstawowe kursy przy adopcji i przy zakupie psa z hodowli. Proces adopcji i tak jest sformalizowany, więc dałoby się przy nim wymagać ukończenia kursu. W Niemczech taki wymóg istnieje, choć od razu rodzi pytanie o to, co dokładnie znajduje się na takich kursach.

Agnieszka nazywa psią komunikację tematem wciąż raczkującym, dalekim od głównego nurtu. Jej zdaniem to właśnie tam, a nie w kolejnych komendach, leży największy zapas do odrobienia.

Zawód bez regulacji, czyli na co uważać przy wyborze behawiorysty

W Polsce zawód behawiorysty nie jest regulowany. Nie ma rejestru ani wymaganego wykształcenia, więc behawiorystą może nazwać się każdy, kto wypromuje własną markę.

Sama Agnieszka trafiła do tego świata przez antyinspirację, którą nazywa wprost: Cesar Millan, zaklinacz psów z programów National Geographic sprzed kilkunastu lat. To dzięki niemu dowiedziała się, że taki zawód w ogóle istnieje, z natychmiastowym zastrzeżeniem:

Nie polecamy metod tego pana, bo bardzo często korzysta z metod awersyjnych.

Psy przyciskane do ziemi i zaganiane do kąta w montażu wyglądają na spokojne, ale wprawne oko widzi zwierzęta zastraszone i zastygnięte, nie rozluźnione.

Że stare metody wciąż mają się dobrze, pokazuje anegdota z księgarni: w Empiku da się kupić książkę, w której zakonnicy radzą przyciskać psa do ziemi, żeby usiadł.

Droga do zawodu: schronisko, Londyn, psy zaprzęgowe w Szwecji

Za tą wiedzą stoi dość nietypowa ścieżka. Wolontariat w schronisku, praca przy wyprowadzaniu psów w Londynie, praca przy psach zaprzęgowych w Szwecji. To ostatnie doświadczenie było punktem zwrotnym. Same psy traktowano tam w porządku, bez przemocy i wyzysku, ale w środowisku ludzi startujących w wyścigach pokutowała teoria dominacji.

Panowała dość przestarzała teoria dominacji. Niektórzy przyciskali psy do ziemi, czyli stosowali metody, powiedzmy, średniowieczne.

Z tego wzięło się przekonanie, że największy wpływ na dobrostan psów mają ich opiekunowie, a więc pomagać trzeba ludziom.

Sama nazwa Pies z głową w dół to zresztą świadoma gra. Odsyła do jogi, przez co w wyszukiwarce ginie wśród wyników o asanach, ale ma drugie dno: chcemy, żeby pies miał głowę skierowaną w dół i dużo węszył, bo to mu służy.

Czy świadomość w Polsce faktycznie rośnie?

Rośnie, ale wolniej, niż się wydaje osobom siedzącym w temacie. Agnieszka wraca kilka razy do słowa „bańka”: w jej otoczeniu ludzie wiedzą sporo o psich emocjach, ale gdy rolka wybije się poza tę bańkę, komentarze o psie na łańcuchu pojawiają się natychmiast.

Zaskakująco dużo jest też hejtu wewnątrz samej branży psiej, choć wydawałoby się, że poprawa dobrostanu zwierząt to temat, o który trudno się kłócić. Świat psi dzieli się na ultrapozytywistów, ultraawersyjnych i całą gamę odcieni szarości pomiędzy, którym w spolaryzowanym społeczeństwie jest najtrudniej.

Najczęstsze pytania o życie z psem

Ile żyje pies? Agnieszka podaje kilkanaście lat, przy czym duże rasy żyją zwykle krócej niż małe. Agnieszka zwraca uwagę, że decydując się na psa, z góry godzimy się na to, że go przeżyjemy.

Czy pies może zostawać sam w domu? Tak, ale trzeba go tego nauczyć od pierwszego dnia, zaczynając od wyjść na minutę czy dwie i stopniowo je wydłużając. Jeśli pies zostawiony sam wpada w rozpacz i wyje, wracamy do niego, bo lęku nie da się w ten sposób wzmocnić.

Czy nosework męczy psa bardziej niż spacer? Agnieszka przywołuje regułę, że piętnaście minut węszenia męczy psa tak jak godzinny spacer. Nosework działa na mózg: pies rozwiązuje łamigłówkę węchową samodzielnie, co buduje jego pewność siebie i pomaga psom lękowym.

Czy pies potrafi kłamać? W pewnym sensie tak. Psy są w stanie manipulować i oszukiwać. Ich procesy myślowe są prostsze niż nasze, ale to zdecydowanie coś więcej niż „daj jeść i rzuć piłkę”.

Czy behawiorysta musi mieć wykształcenie? W Polsce zawód nie jest regulowany, nie ma rejestru ani wymaganego wykształcenia. Dlatego przed wyborem specjalisty warto sprawdzić, gdzie i czego się uczył.

Czy przed wzięciem psa powinien być obowiązkowy kurs? W Niemczech taki wymóg istnieje i Agnieszka uważa, że w Polsce dałoby się go wpiąć w sformalizowany proces adopcji. Otwarte zostaje pytanie, co dokładnie miałoby się na takim kursie znaleźć.

Posłuchaj całej rozmowy

Ten artykuł oddaje ustalenia z rozmowy. Nie odda samej rozmowy, która trwa godzinę i dwadzieścia trzy minuty.

Nie znajdziesz tu momentu, w którym orientuję się na żywo, że przez całe dzieciństwo robiłem ze swoją wyżlicą dokładnie to, czego robić nie należało. Ani tego, jak Agnieszka nazywa samą siebie babą z internetu, zanim powie coś, co przewraca kolejne przyzwyczajenie opiekunów. Ani historii o książce, którą wciąż można kupić w Empiku, gdzie zakonnicy radzą przyciskać psa do ziemi.

W tekście zostają zdania. W odcinku słychać, jak ktoś do nich dochodzi.

Odcinek jest też dostępny w Spotify i Apple Podcasts.

Spis treści odcinka

  • 01:14 Skąd nazwa Pies z głową w dół
  • 02:16 Droga do zawodu: schronisko, Londyn, psy zaprzęgowe w Szwecji
  • 04:03 Czy świadomość psia w Polsce rośnie
  • 08:36 Dlaczego psy są coraz mniejsze
  • 09:46 Małe psy bywają pokrzywdzone
  • 11:09 Mit wdzięcznego psa ze schroniska
  • 13:13 Farmakoterapia i psi psychiatrzy
  • 14:20 Behawiorysta a weterynarz
  • 15:45 Cesar Millan jako antyinspiracja
  • 18:38 Zawód bez regulacji
  • 19:16 Na czym polega praca behawiorysty
  • 23:41 Psia komunikacja i machanie ogonem
  • 26:28 Sygnały stresu u psa
  • 28:53 Obowiązkowe kursy dla opiekunów
  • 32:12 Odpowiedzialność i dlaczego lepiej straszyć
  • 32:58 Nie kupuj, adoptuj czy rób, co chcesz
  • 33:30 Lęk dziedziczony genetycznie
  • 34:15 Dlaczego pies szczeka na inne psy
  • 36:28 Oczekiwania i pakiet, z którym przychodzi pies
  • 38:08 Szczeniak i puppy blues
  • 39:07 Urlop na start i nauka samotności
  • 39:58 Pies wyje zostawiony sam. Wracać czy nie
  • 40:50 Gdy pies boi się fajerwerków
  • 42:29 Jaką rasę psa wybrać
  • 47:29 Pies w bloku czy dom z ogrodem
  • 50:32 Ile czasu dziennie potrzebuje pies
  • 52:27 Wyzwania umysłowe i pułapka piłki
  • 55:42 Co człowiek czerpie z relacji z psem
  • 58:25 Czy psy muszą się witać na spacerze
  • 01:00:09 Czy pies myśli i czy kłamie
  • 01:02:16 Czy pies jest przyjacielem człowieka
  • 01:03:12 Psy terapeutyczne
  • 01:04:14 Posiadanie psa czy opieka nad psem
  • 01:06:30 Żałoba po psie
  • 01:08:51 Nosework od podstaw
  • 01:13:55 Psie sporty i pułapka ego
  • 01:15:45 Wystawy psów i hodowla bez oceny charakteru
  • 01:18:28 Hejt w branży psiej
  • 01:21:17 Psie marzenie Agnieszki

O gościni

Agnieszka Świć, behawiorystka psia, w internecie znana jako Pies z głową w dół. Od około czterech lat prowadzi konto na Instagramie, wcześniej stronę po angielsku. Zaczynała jako wolontariuszka w schronisku, pracowała przy wyprowadzaniu psów w Londynie oraz przy psach zaprzęgowych w Szwecji. Prowadzi konsultacje behawioralne, trenuje psie sporty, a w pracy terapeutycznej wykorzystuje nosework.

A ty jak to widzisz?

Ciekawi mnie jedno: ile z tego, co tu przeczytałeś, było dla ciebie zaskoczeniem, a ile wiedziałeś od dawna? I czy po tej rozmowie spojrzysz inaczej na machanie ogonem u własnego psa? Napisz w komentarzu.

Listy Przygodowe

Chcesz więcej takich rozmów? Zapisz się na Listy Przygodowe, a powiadomienie o kolejnym odcinku dostaniesz na maila, bez przebijania się przez setki rolek.


Pełna transkrypcja odcinka

Poniżej zredagowany zapis rozmowy z Agnieszką Świć, podzielony na sekcje tematyczne. Redakcja objęła składnię i powtórzenia typowe dla mowy; sens wypowiedzi pozostał bez zmian.

Skąd nazwa Pies z głową w dół

Wojtek: Cześć, dzień dobry, z tej strony Wojtek Wawrzak, a to kolejny odcinek podcastu „Przygoda Życie”. Dzisiaj moim i twoim gościem jest Agnieszka Świć, znana w internecie jako Pies z głową w dół.

Agnieszka: Cześć, dzień dobry. Zgadza się.

Wojtek: Zacznijmy od tego, skąd ta nazwa. Dlaczego pies z głową w dół? Wpisałem ją sobie dzisiaj, chciałem cię jeszcze na szybko znaleźć, i większość wyników wyskoczyła o jodze, a nie o psach.

Agnieszka: Zaczynałam od strony po angielsku i tam też bawiłam się w łamigłówkę językową, było „from to the dogs”. Szukałam czegoś bardziej oryginalnego niż łapki, psy i szkolenie psów. No i padło na psa z głową w dół, bo to ma dwuznaczne znaczenie: powiązane z jogą, ale możemy je też odnieść do psów. Chcemy, żeby pies miał głowę skierowaną w dół i dużo węszył, bo to ma dla niego bardzo pozytywne efekty.

Wojtek: To już pewnie zahaczyłaś o nosework?

Agnieszka: Nosework, tak.

Wojtek: O tym jeszcze pogadamy. Powiedziałaś, że myślałaś nad nazwą. Kiedy? Ile już lat trwa ta twoja psia przygoda?

Agnieszka: Na Instagramie około czterech lat. Dokładnie nie wiem, musielibyśmy sprawdzić, ale myślę, że działam tam mniej więcej od czterech lat.

Droga do zawodu: schronisko, Londyn, psy zaprzęgowe

Wojtek: I skąd to się wzięło?

Agnieszka: To się wiąże z całą moją ścieżką i z tym, skąd w ogóle wziął się pomysł na pomaganie opiekunom. Psia droga prowadziła mnie przez różne miejsca. Zaczynałam w schronisku jako wolontariuszka, pracowałam przy wyprowadzaniu psów w Londynie, byłam też w Szwecji przy psach zaprzęgowych. Kilka miejsc, różne środowiska, a najbardziej brakowało mi w nich zrozumienia tych psów i chęci pomagania im. Bliższego przyjrzenia się im i ich emocjom.

Przy psach zaprzęgowych zwierzęta były traktowane w porządku, nie było przemocy ani wyzysku, trenowano je do wyścigów. Ale w środowisku osób, które w tych wyścigach startowały, panowała dość przestarzała teoria dominacji. Niektórzy przyciskali psy do ziemi, czyli stosowali metody, powiedzmy, średniowieczne.

Właśnie tam, choć nie tylko tam, po raz kolejny zobaczyłam, co mogę zmienić i jak mogę poprawić dobrostan psów. Największy wpływ mają opiekunowie. Stąd wzięła się chęć pomagania ludziom i szerzenia tej wiedzy, żeby pomagać zarówno psom, jak i opiekunom.

Czy psia świadomość w Polsce rośnie

Wojtek: Dobrostan psi. Dla wielu osób z tradycyjnej szkoły to brzmi jak „co ta dziewczyna wygaduje, pies ma być na wsi, na łańcuchu, a tu jakiś dobrostan, emocje”. Ale kiedy obserwujesz to na przestrzeni lat, świadomość zwierzęca, nazwijmy to tak, i psia strasznie w Polsce skoczyła do góry.

Agnieszka: Zgadza się, chociaż takie komentarze dostawałam jeszcze dwa miesiące temu. Jeśli któraś rolka się wybije i trafi do szerszego grona, poza naszą bańkę, do trochę innego typu osób, to takie głosy jak najbardziej się pojawiają. Że pies powinien być tylko na łańcuchu i że wszystko, co robimy w tym nowoczesnym świecie, to przesada.

Mnie się wydaje, że to już dawno nieprawda i że żyjemy w innych czasach, ale to kwestia tego, że siedzimy w swojej bańce. Wydaje nam się, że świadomość niesamowicie wzrosła, bo wzrosła, też to zauważam. Myślę jednak, że jest jeszcze bardzo wiele do zrobienia i że tych ludzi można cały czas inspirować, pokazywać im, że można inaczej. Że pies też ma emocje, też czuje, że fajnie jest coś dla niego zrobić i żeby spacer był dla psa, a nie tylko na siku.

Wojtek: A ty zawsze tak emocjonalnie postrzegałaś psa, czy pojawiło się to na jakimś etapie życia? Mówiłaś, że pierwsza przygoda to schronisko, ale co cię tam zaprowadziło? Nie każdy przeciętny Polak stwierdza, że pójdzie zobaczyć, jak jest w schronisku.

Agnieszka: Potrzeba bycia ze zwierzętami była zawsze. Nie lubię tak mówić, że zwierzęta były zawsze w moim życiu i jakoś mnie do nich ciągnęło, ale w zasadzie tak właśnie było. Od dziecka miałam wszelkiego rodzaju zwierzaki: chomiki, świnki morskie, koty. Co ciekawe, psa w domu rodzinnym nigdy nie było, rodzice nie wyrażali zgody, więc pies pojawił się dopiero później. Dopóki go nie miałam, na każde urodziny moim życzeniem było: chcę mieć psa, chcę mieć psa, chcę mieć psa. Nie potrafię tego inaczej wytłumaczyć. To po prostu zawsze ze mną było i zawsze wiedziałam, że tego psa będę mieć.

Wojtek: Czyli trochę jak z uczuciem do drugiego człowieka. Często nie potrafimy nazwać dlaczego, ale czujemy wewnętrznie, że coś nas do tej osoby ciągnie. W twoim przypadku do psiaków. Dlaczego akurat psy, a nie koty, chomiki, żółwie czy delfiny? Co jest w psach wyjątkowego?

Agnieszka: Z jednej strony nie potrafię tego wytłumaczyć, bo wszystkie inne zwierzaki w życiu miałam, a psa nie, a i tak ciągnęło mnie właśnie do psów. Teraz, z perspektywy opiekunki, widzę sporą różnicę. Psy są w jakimś sensie dużo bardziej podobne do ludzi. Od razu uwaga: nie chodzi mi o to, żeby psa uczłowieczać i stawiać na równi z człowiekiem. Może to złe użycie słów, ale psy są bardzo inteligentne, bardzo emocjonalne i jesteśmy w stanie nawiązać z nimi dość głęboką więź, głębszą niż z innymi zwierzakami. Myślę, że to jest naprawdę wyjątkowe.

Wojtek: W społecznym przekonaniu o zwierzętach domowych jest chyba dokładnie to, o czym mówisz: że więź z psem jest najbliższa, że najbardziej czujesz, że to wręcz członek rodziny, a przy innych zwierzętach tak nie jest. Czyli potwierdzasz tę społeczną tezę.

Agnieszka: Tak, zdecydowanie potwierdzam. Stąd popularność tych zwierząt jako zwierząt domowych.

Wojtek: Skoro zajmujesz się tym już cztery lata instagramowo, a pewnie nieinstagramowo dużo dłużej, to widzisz jakieś fale zainteresowania psami? Kiedyś było ich więcej, mniej? To coś rosnącego czy malejącego? Coraz częściej chcemy mieć psa jako towarzysza życia, czy coraz rzadziej?

Agnieszka: Myślę, że coraz więcej. Statystyki też to potwierdzają. Dość duży boom był w okresie pandemii, wtedy również kursy online cieszyły się bardzo dużą popularnością. Ale ludzie cały czas chcą mieć psa, więc ta popularność moim zdaniem rośnie.

Mały pies czy duży

Wojtek: Kiedy myślę o swoim psie z przeszłości i porównuję to z dzieciństwem, gdy chodziłem z nim na spacery po parkach, to z reguły widziałem, że ludzie mają większe psy. A dziś idzie to chyba w kierunku miniaturyzacji. Nie masz wrażenia, że tych małych piesków jest coraz więcej?

Agnieszka: Myślę, że mniejszy pies jest łatwiejszy i tańszy w utrzymaniu, więc aspekt ekonomiczny ma tu znaczenie. Statystycznie pewnie tak jest. Aczkolwiek większe psy jak najbardziej mam na zajęciach, więc to zależy też od człowieka i od tego, co jesteśmy w stanie tym psiakom zapewnić.

Wojtek: A oprócz względów stricte ekonomicznych są jakieś wyczuwalne różnice dla przeciętnego zwierzofila? Czym mały pies różni się od większego? Pytam, bo sam często mówię znajomym, którzy chcieliby małego pieska: mały pies to nie pies, pies musi być duży i potężny, wtedy można go nazywać psem. Jak to jest? Czym różnią się rasy mniejsze i większe, jeśli chodzi o więź i emocjonalność? Czy to w ogóle od tego nie zależy?

Agnieszka: Myślę, że przy mniejszych psiakach czyha bardzo duża pułapka. Bardzo często są pokrzywdzone, bo nie traktujemy ich do końca jak psy. Dlatego często bywają problemowe i więcej szczekają, bo agresja najczęściej wynika z lęku, a one się po prostu boją. Przez to, że nie traktujemy ich poważnie, cały czas bierzemy je na ręce, nie pozwalamy im decydować o sobie ani podejmować decyzji, nie mają siły sprawczej i nie mogą budować pewności siebie. To wszystko bierze się z tego, że traktujemy je trochę jak zabawki i nie oddajemy im ich psiości.

Wojtek: Taki serialowy wizerunek pieska w torebce wyelegantowanej pani albo pieska jedzącego z nią przy stole, siedzącego na podwyższeniu. Kojarzymy to z fanaberią, zabawką, zapełniaczem samotności. W ogóle motywacje do posiadania psów są chyba najróżniejsze. Ty pracujesz pewnie z ludźmi świadomymi, którzy decydują się na to w jakimś celu i mają to przepracowane, ale zjawisko traktowania psa jak zabawki, że dzisiaj go biorę ze schroniska czy kupuję, a jak za trzy dni mi się znudzi, to już nie jest mój pies, chyba nadal występuje.

Mit wdzięcznego psa ze schroniska

Agnieszka: Tak, i tu widać kolejny problem: bierzemy psa ze schroniska i oczekujemy, że będzie nam wdzięczny za to, że daliśmy mu dom, że go uratowaliśmy. A nie zawsze tak jest. Te psiaki często są po przejściach, zmagają się z różnymi wyzwaniami i bardzo często droga do głębszej relacji jest długa. To nie jest tak, że pies po prostu będzie nas kochał, bo go uratowaliśmy. Na tę relację też musimy sobie zapracować.

Znowu porównałabym to do relacji z człowiekiem. Po pierwsze, nie z każdym się dobrze dogadamy. Nie każdy będzie kompatybilny pod względem potrzeb i tego, co jesteśmy w stanie zapewnić. A jeśli mamy psa po przejściach, nie możemy oczekiwać, że od razu pojawi się otwartość i przyjacielskość i że będzie naszym nieodłącznym przyjacielem. To kolejna pułapka czyhająca na ludzi, którzy chcą dobrze: chcą adoptować, dać dom, zaopiekować się. Nie zawsze będzie to proste.

Często wiąże się to z długim procesem przyzwyczajania psa do bycia w domu i do przebywania na zewnątrz. Nierzadko w ogóle nie znamy jego historii. Czy siedział na łańcuchu, czy został znaleziony w lesie i nie miał kontaktu ani z ludźmi, ani z innymi psami. Odpracowanie tego zajmuje czas.

Warto też powiedzieć rzecz, której nie chcę zaczarowywać: nie wszystko da się wypracować. Nie jest tak, że spotkasz się z behawiorystą i nagle wszystko się odmieni. Da się wypracować bardzo dużo, ale niektóre psy mają swoje ograniczenia i dochodzimy do sufitu.

Możemy się wtedy wspomóc farmakoterapią. Często o tym mówię i uważam, że warto to propagować, bo to jest w porządku. To nie jest wrzucanie psów na nie wiadomo jakie mikstury i robienie z nich zombie, tylko pomoc, która obniża psi lęk i wspiera terapię. Jeśli pies za bardzo się czegoś boi, nic z nim nie wypracujemy. Kiedy obniżymy ten lęk, praca staje się możliwa.

Farmakoterapia i psi psychiatrzy

Wojtek: Farmakoterapia, czyli leki.

Agnieszka: Tak.

Wojtek: Czyli chcesz mi powiedzieć, że są psi psychiatrzy.

Agnieszka: Tym zajmuje się behawiorysta we współpracy z lekarzem weterynarii, który przepisuje leki. Często jedna osoba jest i tym, i tym, czyli lekarzem weterynarii i behawiorystą. Jeśli behawiorysta nie ma wykształcenia medycznego, tak jak ja, to współpracuje z lekarzem i on się tym zajmuje.

Wojtek: Czyli można powiedzieć, że behawiorysta zwierzęcy to lekarz od głowy zwierząt, a weterynarz od ciała.

Agnieszka: Zdecydowanie.

Wojtek: Od jakiego czasu w Polsce albo na świecie w ogóle mówi się o takim zawodzie? Bo kojarzy się to trochę szarlatańsko. Albo z gatunku „to dzisiejsze zepsute pokolenie, co oni w tej bogatej Europie wyprawiają”. Pamiętam, jak miałem sześć, siedem lat i w mieszkaniu obok był olbrzymi pies, a pani zawsze mówiła, że ma alergię albo astmę, i coś tam mu wdrażała. To był rok dziewięćdziesiąty ósmy, dziewiąty. Wtedy wydawało się to nawet trochę śmieszne: co ta pani wygaduje, pies i astma, alergia, jakieś leki, odklejone od czapy. A dziś patrzymy na to zupełnie inaczej.

Agnieszka: Zdecydowanie. Mamy dziś psich fizjoterapeutów, psich dietetyków, psich osteopatów, specjalistów w wielu dziedzinach stricte pod psy. Najczęściej są to osoby, które specjalizowały się najpierw w dziedzinie ludzkiej, a potem przerzuciły się na psią.

Wojtek: A co sprawiło, że zajęłaś się akurat behawiorystyką psią? Nie kusiło cię nigdy, przy tej miłości do zwierząt, żeby zająć się weterynarią?

Cesar Millan i zawód bez regulacji

Agnieszka: Jako dziecko tak, przechodziło mi to przez myśl. Później nie wiem dokładnie, jak ta droga wyglądała, ale mogę powiedzieć, że moją inspiracją, a właściwie małą antyinspiracją, jest Cesar Millan. Ten popularny zaklinacz psów, którego program leciał na National Geographic kilkanaście lat temu. To dzięki niemu dowiedziałam się, że taki zawód w ogóle istnieje.

Od razu zastrzeżenie: nie polecamy metod tego pana, bo bardzo często korzysta z metod awersyjnych. Przyciska psy do ziemi, zagania je do kąta, a potem w montażu te psy mniej więcej dobrze się zachowują. Wprawne oko widzi jednak, że są zastraszone i zastygnięte w swoich reakcjach, a nie rozluźnione. Był jednak dla mnie inspiracją w tym sensie, że można coś takiego robić. Zasiał ziarenko: kurczę, ja też bym tak chciała.

Kilkanaście lat temu zaczęłam szukać, czy są na rynku jakieś kursy. To było mniej więcej w 2012 albo 2013 roku, kiedy po raz pierwszy wyszukałam ten termin. Od tego czasu dużo się zmieniło, dziś jest sporo szkół, które takie szkolenia oferują. Są nawet kierunki na studiach. Rok po tym, jak poszłam na studia, na Uniwersytecie Przyrodniczym w Lublinie, gdzie studiowałam, otworzyła się behawiorystyka. Przez chwilę żałowałam, że na nią nie poszłam, zastanawiałam się nad drugim kierunkiem albo rezygnacją z mojego.

Znam jednak osoby stamtąd i wiem, że brzydko mówiąc nie były to dobre studia. Bardzo dużo było o hodowli świń, krów, o paszach, a z samego treningu psów praktycznie nic. Jeden semestr dotyczył raczej tresury i obroży elektrycznych. Program też nie był dobry. Myślę, że się zmienił, bo to ponad dziesięć lat temu, ale nie wiem, jak jest teraz. Na pewno warto porządnie sprawdzić miejsce, w którym chcemy się uczyć.

Wojtek: To chyba jest z każdą dziedziną. Kiedy robi się na nią popularność, nagle pojawia się dużo dziwnych osób, które bez większych kwalifikacji chcą być guru i pomagać. Bo chyba nie jest tak, że ten zawód jest w Polsce regulowany? Nie trzeba się wpisywać do żadnego rejestru ani mieć formalnego wykształcenia.

Agnieszka: Tak, zgadza się.

Wojtek: Czyli każdy, kto potrafi wypromować swoją markę, może stwierdzić, że jest zaklinaczem psów. Swoją drogą, dwa ciekawe słowa: zaklinanie i tresura. Kojarzą się pejoratywnie albo agresywnie. Zaklinanie to robienie cudów, jakiejś magii, i to raczej czarnej, a tresura kojarzy się z wojskiem albo z cyrkiem. Domyślam się, że twoja praca niewiele ma wspólnego z jednym i drugim. Odczarujmy więc, na czym polega praca behawiorysty. Przychodzi do ciebie człowiek z psem, który sprawia problemy wychowawcze, i ty masz go naprawić?

Na czym polega praca behawiorysty

Agnieszka: Mniej więcej tak. Jeśli to trudniejszy przypadek, na przykład pies ze schroniska, robimy głębszy wywiad. Spotykamy się na jakieś dwie, dwie i pół godziny. Zwykle proszę wcześniej o wypełnienie ankiety i przygotowanie filmów z problemowym zachowaniem.

W wywiadzie poruszamy temat diety i tego, jak wygląda cały dzień psa. Jeśli pojawia się zachowanie problemowe, szukamy jego przyczyny, więc nie patrzymy wyłącznie na samo zachowanie. Przyglądamy się emocjom psa i jego ogólnemu dobrostanowi: jak wyglądają spacery, jak wygląda zabawa, jaka jest relacja z opiekunem. Patrzymy na problem holistycznie, a nie wycinkowo.

Wojtek: To brzmi jak żmudne zadanie, którego nie da się wykonać w dzień czy dwa. Trochę jak praca psychoterapeutyczna.

Agnieszka: Porównuję to do Doktora House’a. Musimy szukać, bo jedno zachowanie może mieć wiele przyczyn. To wnikliwe szukanie jest głównym celem spotkania, a potem ustalamy plan działania w zależności od tego, czego dana para potrzebuje.

Wojtek: Utrudnieniem jest chyba to, że nie mamy do dyspozycji narządu mowy. W badaniach psychologicznych czy psychoterapeutycznych w dużej mierze mamy element mówiony, a tutaj zostaje ci tylko obserwacja zachowania zwierzęcia. Jak masz się domyślić, z czego wynikają pewne zachowania i co pies czuje? Uczymy się tego z podręczników, z doświadczenia, czy to jakaś naturalna, wrodzona empatia wobec zwierząt?

Agnieszka: Są tu dwa aspekty. O psiej komunikacji zaraz powiemy więcej, bo to bardzo ciekawy temat. Wracając do tego, skąd bierze się problem: ogromna jest tu rola opiekuna, a moja polega na tym, żeby z nim rozmawiać.

To bywa barierą dla osób, które chcą być behawiorystą albo trenerem psów. Spotkałam się ze zdaniami, że ktoś nie lubi ludzi, za to kocha psy i chce wykonywać ten zawód. Uwaga: to tak naprawdę praca z ludźmi. Najczęściej w ogóle nie wykonuję z psem żadnego ćwiczenia, nawet na zajęciach behawioralnych. Często pies lękowy po prostu się mnie boi. Przez te dwie i pół godziny rozmawiam z opiekunem i staramy się dojść do tego, skąd problem się bierze. Wychodzimy na spacer, patrzymy, jak pies się zachowuje.

Duża jest rola opiekuna, żeby wnikliwie obserwować psa i wiedzieć, czego mógł się wystraszyć. Weźmy ciągnięcie na smyczy, dość powszechny problem. W starej szkole ciągnęło się psa z powrotem albo karało za złe zachowanie. W nowoczesnym podejściu szukamy przyczyny, a tych może być kilka. Pies może się czegoś bać i dlatego ciągnie, chce jak najszybciej odejść od hałasu, innego psa albo jakiejś osoby. Czasem nawet od opiekuna, jeśli to pies świeżo po adopcji, który nie czuje się przy nim pewnie i chce się oddalić, a jest na sznurku, więc ciągnie.

Musimy się temu wnikliwie przyjrzeć, więc cała historia psa jest ważna. Skąd się u tych opiekunów wziął, czy jest adoptowany, czy cokolwiek wiemy o tej adopcji. Staramy się znaleźć jak najwięcej elementów.

Wojtek: Czyli narząd mowy jednak mamy, tylko nie mówi pies, lecz opiekun w jego imieniu.

Psia komunikacja i sygnały stresu

Agnieszka: W dużej mierze tak, ale jeśli chodzi o mowę ciała, mowę psią, to psy mówią nam bardzo dużo i mówią właściwie cały czas. Psia komunikacja jest tu bardzo ważnym elementem. Jeśli macie psa albo myślicie o tym, żeby go mieć, postawiłabym w tym miejscu ogromny wykrzyknik: zainteresujcie się tym tematem. To wciąż temat raczkujący, daleki od głównego nurtu, a jeden niuans potrafi odmienić całe patrzenie na psa.

Podam kilka przykładów. Jeśli pies macha ogonem, to w potocznej wiedzy znaczy, że się cieszy. Tak powie pewnie dziewięćdziesiąt procent osób. W mojej bańce ludzie wiedzą trochę więcej, ale to wciąż malutka bańka, a mówimy przecież o opiekunach psów. Tymczasem machanie ogonem może być po prostu oznaką pobudzenia. Pies może się bać, może być pobudzony, a ogon i tak będzie machał.

Weźmy sytuację, w której do domu przychodzą goście. Pies szczeka, skacze na tę osobę, a opiekunowie mówią: uwielbia, kiedy ktoś przychodzi, przecież skacze i macha ogonem. Niekoniecznie jest to radość. Psy po przejściach często się obawiają, kiedy ktoś przychodzi, bo to obca osoba przekraczająca próg ich domu. Pies nie czuje się komfortowo, a skok może być sygnałem: „Ej, zatrzymaj się, nie podchodź bliżej, obawiam się ciebie”.

Ten sam skok można więc interpretować różnie. Jeśli pies wita nas, swoich ludzi, z dużo większą pewnością możemy założyć, że się cieszy i chce, żeby go pogłaskać. Ale przy obcej osobie, nawet przy naszej rodzinie, kiedy wydaje nam się, że przecież to moja mama, ciocia czy koleżanka, więc pies na pewno się cieszy, nie zawsze tak jest. Ostrzegam, żeby przyjrzeć się temu wnikliwiej.

Warto też poczytać o sygnałach stresu, bo psy bardzo często komunikują nam nimi dyskomfort. Nie chodzi o to, żeby zamknąć psa pod kloszem i nie dopuścić do niego żadnego stresu. Chodzi o to, że kiedy nauczymy się te sygnały rozpoznawać, będziemy mogli mu pomóc w wielu sytuacjach.

Do najczęstszych zaliczymy oblizywanie nosa i fafli, widoczne białko oka, czyli pies przekręca głowę i pojawia się biała część oka, przestępowanie z łapy na łapę, odwracanie głowy i ziajanie.

Jeśli ktoś w ogóle o tym nie słyszał, to psia komunikacja jest moim zdaniem najważniejszym tematem do zgłębienia, bo dopiero wtedy możemy psu naprawdę pomóc. Nie tylko w treningu, gdzie uczymy podstawowych komend, ale przede wszystkim w sytuacjach życiowych. Kiedy ktoś do nas przychodzi, kiedy idziemy na spacer, spotykamy inne psy, jedziemy w gości, w podróż, na wakacje. W każdej z nich znajomość mowy ciała naszego psa bardzo ułatwia wspólne życie.

Obowiązkowe kursy dla opiekunów

Wojtek: Zdajesz sobie sprawę, że zachęcasz teraz do czegoś, czego znaczna część dorosłych ludzi nie robi wobec innych ludzi, a co dopiero wobec psów. Trochę z tego wynika, że obcowanie z psem może być rodzajem uwrażliwienia, a nawet terapii międzyludzkiej. Może się okazać, że kontakt z psem pozwoli nam wypracować mechanizmy, które przydadzą się potem w relacjach z ludźmi. Bo wszystko, co mówisz, sprowadza się do empatii, obserwacji, wyczuwania mowy ciała i nastrojów, a przede wszystkim do niedopowiadania sobie czegoś, czego nie ma.

Kiedy pies skacze na mamę czy ciocię, bardzo wygodnie jest nam przyjąć, że się cieszy. Sami mu mówimy, co czuje. Z dzieckiem trochę trudniej, bo jeśli powiemy, że jest szczęśliwe, a ono płacze, ciężko będzie tego dowieść. Myślę więc, że twoja rola jest podwójnie trudna. Jak skłonić ludzi, którzy zaniedbują relacje międzyludzkie, do poświęcenia takiej uwagi relacji z psem, którego wciąż kojarzymy jako służebnego wobec nas, a nie jako partnera? Czujesz te wyzwania?

Agnieszka: Zdecydowanie jest to trudne. Często łapię się na myśli, że fajnie byłoby, gdyby podstawowe kursy były obowiązkowe dla kogoś, kto bierze psa. Nie byłoby to trudne do zorganizowania, bo adopcja i tak jest procesem formalnym, więc można by przy niej wymagać zaliczenia kursu. Tak samo przy braniu psa z hodowli, a to razem zdecydowana większość. Zostają pseudohodowle i psy wiejskie, wzięte od babci czy cioci, ale to już mniejszy procent. Formalnie dałoby się to więc załatwić. Wiem, że w Niemczech taki wymóg istnieje i takie kursy są, choć od razu rodzi się pytanie, co dokładnie się na nich znajduje.

Podstawowe komendy są oczywiście super i jestem zwolenniczką tego, żeby wypracować z psem podstawy, dzięki którym nasze życie będzie łatwiejsze. Żebyśmy mogli spuścić go ze smyczy, ale mieć nad nim kontrolę. Chcemy dać mu wolność i spełnić jedną z jego najważniejszych potrzeb, czyli eksplorację i swobodny ruch, ale chcemy też dbać o bezpieczeństwo, jego i innych.

Często pojawiają się głosy przeciwników, że ludzie spuszczają psy i nie potrafią ich odwołać. Absolutnie się z tym zgadzam. Jestem za tym, żeby puszczać psy luzem, ale najpierw uczymy przywołania i obserwujemy, co pies robi. Nie puszczamy go, żeby potem patrzeć w telefon, a pies robi, co chce, bo taki obrazek też widuje się często.

Można to zresztą porównać do praktyki mindfulness: jesteśmy skupieni na psie, więc znowu wchodzi empatia i obserwacja. Jesteśmy bardziej obecni. Dajemy psu czas, który jest tylko dla niego, i w jakimś sensie jest to poświęcenie. Jest to wyzwanie i oddajemy psu część naszego czasu. Myślę jednak, że to się spłaca z nawiązką.

Wojtek: Dobrze, że dodajesz, że się spłaca, bo po tym fragmencie naszej rozmowy można by pomyśleć: „Boże, po co ja mam brać tego psa? Ona opowiada takie rzeczy, że z dzieckiem mam już tych pieluch wystarczająco, ciągle wyznaczanie granic, rozmowy, uczenie, a tu z psem niemal jak z małym dzieckiem albo gorzej, bo jeszcze nic mi nie powie”. Tak może to zabrzmieć dla osób, które nas słuchają i nie miały kontaktu z psami. Pomyślą: Jezus Maria, tego się nie da ogarnąć, to za duża odpowiedzialność.

Z drugiej strony może właśnie słowo odpowiedzialność jest tu kluczowe. Może wciąż brakuje nam świadomości przy decyzji o psie. Kiedy decydujemy się na dziecko, też często powielamy pewne schematy, i decyzja o psie bywa takim samym powieleniem: będzie fajnie mieć psa. A potem okazuje się, że zderzenie z rzeczywistością jest dramatyczne.

Odpowiedzialność, oczekiwania i loteria

Agnieszka: Słowo odpowiedzialność jest tu bardzo ważne i nie da się go pominąć. Jestem z tej opcji, że wolę trochę postraszyć, niż mówić: jasne, weź sobie psa i wszystko będzie super. Bo ma to mnóstwo plusów, ale może też przynieść mnóstwo wyzwań. Czasem mniej, czasem więcej, i nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć.

Wolę straszyć zwłaszcza osoby, które dopiero zastanawiają się nad psem. Często wydaje nam się, że będzie kolorowo i różowo, a to pewnego rodzaju loteria.

Przy psach po adopcji dochodzi jeszcze jedno. W Polsce bardzo popularne jest hasło „nie kupuj, adoptuj”, a mnie bardziej podoba się „kupuj, adoptuj, rób, co chcesz”. Chodzi o to, żeby nie piętnować drugiej strony, bo kiedy ktoś chce wziąć psa z hodowli, od razu słyszy: jak to, nie chcesz adoptować? Nie wartościowałabym, że jedno jest lepsze, a drugie gorsze. W obu przypadkach możemy różnie trafić.

Nie jest też tak, że pies z dobrej hodowli jest czystą kartą, nawet jeśli rodzice są wspaniali. I tu ważna gwiazdka: bardzo istotne jest, żeby poobserwować rodziców szczeniaka, a jeśli mamy taką możliwość, to i dziadków. Lęk jest dziedziczony genetycznie, więc jeśli rodzice i dziadkowie nie byli stabilni, byli lękowi, prawdopodobieństwo problemów jest większe. Linia dziedziczenia sięga w tym wypadku dalej niż jedno pokolenie.

Właściwie u podłoża większości problemów, z którymi spotykam się na co dzień, leży lęk. Pies się czegoś boi, a my musimy to potem odpracować. Kiedy szczeka na innego psa, wydaje nam się, że jest agresywny, że chce go zagryźć. A najczęściej mówi tym szczekaniem: nie zbliżaj się, nie podchodź, nie chcę mieć z tobą kontaktu. To ostrzeżenie i stawianie bariery, a nie zapowiedź poważniejszych kroków. Oczywiście takie zdarzenia też są możliwe, nie twierdzę, że nigdy nic się nie wydarzy, ale najczęściej podłożem jest lęk.

Wojtek: Po prostu trzeba być gotowym na wyzwania. Mówiłaś, że nie jesteś zwolenniczką nadmiernego humanizowania psa, stawiania go na równi z człowiekiem. A jednak cała ta narracja prowadzi nas do tego, że to bardzo podobna loteria co z dzieckiem. Młodzi rodzice też mówią: jedno dziecko śpi, drugie nie śpi, jedno krzyczy, drugie mniej. Od czego to zależy? Każdy rodzic, który decyduje się na potomstwo, raczej nie projektuje sobie, jak to będzie wyglądać, bo gdyby zaprojektował, byłby bardzo rozczarowany. Jest raczej gotowy na wyzwania.

Może więc problem osób decydujących się na psa polega właśnie na tym, że sobie projektują. Bierzemy sobie psa, używając twojego słowa, choć ciekawe, co to w ogóle znaczy „wziąć sobie psa”. Czy to dobre myślenie, że sobie kogoś bierzemy? Najczęściej ten pies ma nam coś zapełnić, spełnić zaprojektowaną wizję lepszego życia. A może się okazać, że przynajmniej na początku życie będzie trudniejsze i bardziej stresujące. Może to jest główna rada dla osób, które o psie myślą: nie projektować sobie, jak to cudowne doświadczenie będzie wyglądać, bo może wcale takie nie być.

Agnieszka: Oczekiwania to bardzo ważne słowo. Mierzymy się z nimi w każdej dziedzinie, ale rozmawiamy o psach, więc powiem, jak to wygląda u mnie. Na konsultacje przychodzą osoby, które mówią: pies koleżanki nie ma problemów, kiedy weźmie go do knajpy, dlaczego mój tak nie potrafi?

Zderzamy się z tym, co dostajemy w pakiecie. Tak to nazywam: każdy pies ma jakiś pakiet, jakieś plusy i minusy, i trochę nie wiemy, co wylosujemy. Tak samo przy adopcji, jak i przy hodowli. To nie jest czysta karta, nie wiemy, z czym przyjdzie nam się mierzyć.

Jasne, trafiają się psy zupełnie bezproblemowe: słuchają się, nie uciekają, nie zjadają śmieci, nie mają lęku separacyjnego, są cudowne i wspaniałe. Ja z racji zawodu spotykam raczej te, które mają jakiś problem, bo dlatego właśnie opiekunowie się do mnie zgłaszają.

Wracając do oczekiwań: jeśli założymy sobie, że pies będzie taki i taki, a trafia się inny, to co wtedy? To ważne pytanie, które trzeba sobie zadać przed wzięciem psa. Chcę takiego psa, a dostaję innego, i co wtedy? Czy jestem w stanie pokonywać te trudności i piszę się na to, że będę z tym psem?

Szczeniak, puppy blues i nauka samotności

Agnieszka: Początki bywają wymagające i dotyczy to zarówno psa ze schroniska, jak i szczeniaka. Czasem oglądamy te słodkie filmiki ze szczeniaczkami, gdzie wszystko jest wspaniałe i cudowne, a rzeczywistość potrafi przytłoczyć. Mówi się nawet o puppy blues, tak jak o mamach niemowląt. Po wzięciu szczeniaka może pojawić się dłuższe pogorszenie nastroju, bo okazuje się, że jest ciężko.

Trzeba wychodzić kilkanaście razy dziennie na siku, żeby jak najszybciej nauczyć psa załatwiać się na zewnątrz. Szczeniaki dużo gryzą i demolują mieszkanie: gryzą nas po rękach, po nogach, obgryzają meble. Często na początku wyją, bo zabieramy je od mamy i rodzeństwa, więc nagle nie wiedzą, co się dzieje. Pierwsze tygodnie, a właściwie pierwsze miesiące, bywają wymagające.

Dobrą praktyką, jeśli ktoś ma taką możliwość, jest wzięcie urlopu na ten czas, przynajmniej dwóch tygodni. Tylko znowu gwiazdka: nie przyzwyczajajmy psa do tego, że jesteśmy w domu przez dwa tygodnie, a potem urlop się kończy, wracamy do pracy i pies zostaje od razu na cały dzień sam.

Jeśli bierzecie taki urlop, od pierwszego dnia przyzwyczajajcie psa do samotności. Wychodzimy na minutkę, na dwie, na pięć, wyrzucić śmieci, zrobić małe zakupy. Najlepiej zostawić kamerkę, nagrywać psa i patrzeć, czy sobie radzi, czy jest dramat. Jeśli jest dramat, wracamy do niego od razu.

Powiem od razu o powszechnym błędzie. Jeśli pies płacze przy nauce zostawania samemu, wracamy do niego. W internecie wciąż można znaleźć przestarzałe rady, że nie wolno wracać, bo skoro wył, a my wróciliśmy, to wzmocniliśmy to zachowanie i pies się nauczy, że warto wyć. Nie do końca tak jest.

Co innego, gdy pies czegoś od nas wymusza, na przykład chce coś ze stołu. Wtedy rzeczywiście lepiej zastosować inne metody. Ale jeśli wyje i jest to już rozpacz, chcemy do niego wrócić i w cudzysłowie, a czasem dosłownie, przytulić. Chcemy być przy nim i okazać mu bliskość.

Fajerwerki i wsparcie w lęku

Agnieszka: Podobnie z fajerwerkami. Nawet od niektórych lekarzy weterynarii wciąż można usłyszeć radę: nie głaszcz go, bo wzmocnisz lęk. Chcę uwrażliwić, że to nieprawda. Lęku nie da się wzmocnić, więc po prostu dajemy psu wsparcie. Pokazujemy mu, że jesteśmy z nim w tej trudnej sytuacji i że jesteśmy obok.

Porównajmy to do lęku u ludzi. Jeśli ktoś boi się pająków, a my mówimy mu: dobra, przestań, co ty się wygłupiasz, czyli ignorujemy jego strach, to nic tej osobie nie pomaga. Czuje się wykluczona i zostawiona z problemem sama. A kiedy ją przytulimy, dotkniemy ramienia, złapiemy za rękę, poczuje się lepiej, bo będzie wiedziała, że ma w nas wsparcie. Że ktoś ją widzi.

Wojtek: Nawiedzona wariatka. Coś z tymi psami jak z jakimiś wydmuszkami, a przecież trzeba przez kolano pasem i będzie się dobrze zachowywać. Nie wiem, naprawdę nie wiem, skąd ty się urwałaś, to ten zepsuty świat zachodnioeuropejski, tak nie można.

Dobrze, ale powiedzieliśmy sobie, żeby nie projektować, jaki będzie pies. Z drugiej strony w internecie krąży dużo filmików i haseł w rodzaju „wybierz rasę pod swoje życie”. Czy wybór rasy faktycznie ma znaczenie dla spodziewanych efektów?

Wybór rasy

Agnieszka: I tak, i nie. Są rasy bardziej wymagające i trochę mniej wymagające, ale nie mogę powiedzieć, że są rasy bezproblemowe. Mamy grupę psów do towarzystwa, które hodowano właśnie po to, żeby były towarzyszem.

Jeśli chcemy wybrać psa, bardzo ważne jest przeczytać rys historyczny rasy, czyli do czego dane psy były hodowane. Nie czytajmy opisów w rodzaju: husky, przyjacielski i inteligentny albo uparty. To ogromne generalizacje.

Lubię porównanie do ras ludzkich. My, Polacy, jesteśmy na przykład marudni i roszczeniowi. W jakimś sensie to prawda, ale znowu jest to ogromna generalizacja, a przecież w obrębie własnej nacji różnimy się bardzo. Dlatego uważam, że to trafne porównanie: w obrębie jednej rasy możemy mieć absolutnie różne psy. Nawet rodzeństwo z jednego miotu bywa zupełnie inne, tak samo jak my ze swoim rodzeństwem mamy tych samych rodziców, a możemy się skrajnie różnić. To trochę loteria.

Skupmy się raczej na tym, do czego dana rasa była hodowana. Czy pies może mieć silniejszy instynkt łowiecki, jakie potrzeby będzie miał większe, czy pojawi się potrzeba noszenia, jak u retrieverów, czy będzie chciał się kąpać. Jeśli wchodzi instynkt łowiecki, trzeba bardziej uważać w lesie albo na osiedlowe koty.

Patrzmy więc na to, do czego pies został stworzony, a nie na opisy: przyjacielski, wesoły, rodzinny. Bardzo przed tym ostrzegam, bo nie da się powiedzieć, że pies jest rodzinny. To częsty mit. Labradory czy retrievery w internetowych opisach są klasyfikowane jako psy rodzinne, a przecież to psy pracujące, stworzone do współpracy z człowiekiem i do przynoszenia ptactwa. Mają dużą potrzebę pracy z człowiekiem, więc znowu musimy poświęcić czas i zapewnić im trening oraz wyzwania umysłowe.

Dotyczy to zwłaszcza psów stworzonych do pracy, a uwaga: większość z nich była. Nawet jork, uważany za psa do towarzystwa, powstał do polowania na szczury. Ma więc dość silny popęd łowiecki i potrzebę pracy z człowiekiem, a bywa traktowany, brzydko mówiąc, jak zabawka. Warto poczytać o historii ras.

Wojtek: Czyli znowu odchodzimy od pytania, co ten pies ma mi dać, czyli być rodzinny, towarzyski, wesoły, przywiązany, w stronę pytania, jakie ma potrzeby i co ja, jako opiekun, mam zaspokoić. Czy będzie chciał polować, dużo biegać, czy leżeć na kanapie, choć takich psów pewnie nie ma. Pies nie jest moim narzędziem do zaspokajania moich potrzeb, tylko ja jestem po to, żeby zaspokajać jego.

To pewnie nie zachęca przeciętnego człowieka do wzięcia psa, bo traktujemy go często jako coś, co posiadamy i co ma nam coś dać. Ma być dla nas fajne, a nie my mamy zaspokajać jego potrzeby. Ja na przykład najbardziej przywiązany jestem do wyżłów, bo w moim domu rodzinnym była wyżlica. Pamiętam wszystkie związane z tym wyzwania: ona po prostu potrzebowała latać, tropić i biegać jak szalona, i nie dało się tego zwalczyć. Kto wybiera taką rasę, nie ma przebacz.

Agnieszka: Bardzo często kierujemy się wyglądem, a powinniśmy potrzebami psa.

Wojtek: Czyli dobór rasy służy raczej ograniczeniu wyobrażeń o tym, jak z tym psem będzie. Chciałbym jeszcze poruszyć temat, który często pada w rozmowach z osobami, które psa nie mają, a chciałyby. Mieszkam w bloku, a mówi się, że psa mogę mieć, dopiero jak będę miał dom, bo w bloku będę go męczył. Można by pójść nawet szerzej: skoro psy tworzono do konkretnych zadań, to branie ich jako towarzysza życia w domu samo w sobie jest męczeniem. Ale jak to jest z tym blokiem? Można mieć psa w bloku czy nie można?

Pies w bloku czy dom z ogrodem

Agnieszka: Tu może cię zaskoczę, bo powiem przewrotnie. Pies w bloku jak najbardziej tak, a pies w domu ma niestety te potrzeby często zdecydowanie mniej spełniane.

Wynika to najczęściej z tego, że opiekunowie mieszkający w blokach po prostu muszą fizycznie z psem wyjść. Mają więc spacery, przynajmniej te trzy dziennie, nawet jeśli jest to kółko wokół bloku. Psy z domów z ogrodem najczęściej nie wychodzą na spacer w ogóle.

Wiem, jak jest w mojej bańce, gdzie są osoby, którym bardzo zależy i chcą dać psom jak najwięcej. Ale gdzieś pomiędzy jest prawdziwe życie i to, co widzę na co dzień w najbliższym otoczeniu. Te psy mają ogród, tylko ogród jest dla nich jak duży kojec. Potrzeba eksploracji nie jest tam zaspokojona w ogóle.

Psy w domach z ogrodem bardzo często cierpią więc bardziej. Główna psia potrzeba to swobodna eksploracja i swobodny ruch: żeby mogły chodzić, rewirować, sprawdzać, oznaczać, zostawiać zapachy, żeby mogła się wydarzyć psia komunikacja zapachowa. To dla każdego psa potrzeba nadrzędna. Psy, które po prostu leżą na podwórku, są najczęściej mniej szczęśliwe niż te żyjące w blokach.

Dochodzi do tego niepożądane zachowanie: pies uczy się obszczekiwać wszystko, co przechodzi za płotem. Dla części opiekunów to plus, bo działa jak wczesny system ostrzegania, zwłaszcza na wsi. Dla psa nie zawsze jest korzystne. Zależy od rasy. Psy bardziej obronne, o niższym poziomie pobudzenia, poradzą sobie: jest zagrożenie, szczeknę, dam znać i pójdę spać.

Co innego przy rasach, gdzie pobudzenie jest dużo wyższe. Jeśli pies cały czas jest na obrotach, bo co chwilę ktoś przechodzi za płotem, przechodnie, psy, wózki, rolki, to poziom kortyzolu utrzymuje się wysoko. Jakość życia takiego psa spada, a długość życia się obniża, bo można powiedzieć, że żyje w przewlekłym stresie.

Wojtek: Czyli można mieć szczęśliwego psa w kawalerce.

Agnieszka: Jak najbardziej. W skrócie: jeśli zapewnimy mu długie spacery.

Wojtek: Czyli miejsce spania jest zupełnie wtórne wobec tego, co dzieje się w ciągu dnia. Ile więc czasu dziennie trzeba psu poświęcić, żeby był szczęśliwy, mieszkając w tej kawalerce?

Ile czasu potrzebuje pies

Agnieszka: To też zależy i nie ma tu jednej złotej odpowiedzi. Mniejsze rasy mają inne zapotrzebowanie, większe inne, średnie jeszcze inne. Znaczenie ma też, czy to pies pracujący, czy z ras towarzyszących.

Przyjmijmy jednak, że średnio godzina dziennie to minimum. Nie chodzi o to, że nagle muszą to być trzy godziny i że spacer ma trwać trzy godziny. Liczę tu wszystko: nakarmienie psa, wizyty u weterynarza, badania. O tym też trzeba pamiętać i wpisać sobie w kalendarz, bo problemy zdrowotne często wychodzą na pierwszy plan.

Dochodzi jeszcze psi dietetyk, kiedy pies ma kłopoty z brzuchem, a te mogą wpływać na zachowanie. Często przychodzą do mnie osoby z jakimś problemem, a okazuje się, że to nie jest praca dla mnie, tylko właśnie dla dietetyka. Pies źle się czuje, źle trawi, ma alergie albo wzdęcia i z tego powodu zjada na przykład śmieci.

Wojtek: Czy w obliczu tego wszystkiego godzina nie jest optymistycznym założeniem? Narozmawialiśmy się, ile trzeba psu poświęcić uwagi i empatii, a potem wychodzi, że godzina dziennie i tyle.

Agnieszka: Dla bezpieczeństwa możemy powiedzieć, że dwie. Tak jak mówię, zawsze zależy to od konkretnego psa.

Wojtek: Bo wzięcie psa wiąże się, jak powiedziałaś, ze spacerami, weterynarzem i karmieniem.

Pułapka piłki

Agnieszka: Dodałabym jeszcze jedną ważną rzecz: każdy pies powinien mieć wyzwania umysłowe. Zakładam, że wszyscy słuchacze wychodzą z psem na spacery i dają mu się wybiegać, ale tu znowu gwiazdka. Nie chcemy wybiegiwać psa piłką, a to wciąż popularny sposób na spędzanie z nim czasu na dworze: rzucamy piłkę kilkanaście albo i kilkadziesiąt razy. I teraz baba z internetu powie mądrości, że to nie do końca dobre dla psa.

Nie mówię, żeby piłki zupełnie nie używać, zakazać jej i spalić, bo ja też jej używam. Używam jej jednak bardziej jako nagrody. Już tłumaczę dlaczego.

Sama pogoń za piłką jest dla psa bardzo pobudzająca. To jeden element łańcucha łowieckiego, właśnie pogoń. Kiedy rzucamy piłkę, mamy pogoń, pogoń i jeszcze raz pogoń. Idą za tym duże wyrzuty kortyzolu, dopaminy i adrenaliny. Jeśli robimy to codziennie na każdym spacerze, często przez dwadzieścia, trzydzieści minut, pies jest zupełnie przebodźcowany, a kortyzol utrzymuje się na wysokim poziomie.

Robiąc to codziennie albo prawie codziennie, nie dajemy mu nawet szansy opaść, bo utrzymuje się w organizmie nawet do trzech dni. Wystarczy więc kilka razy w tygodniu, żeby pies był stale pobudzony, a to wpływa potem na różne inne aspekty życia.

Często słyszę kontrargument: mój pies bez problemu potem idzie spać. Powiedzmy, że w porządku, ale kortyzol i tak tam jest, więc może się to odbić na zdrowiu. Pies może gorzej spać, gorzej się uczyć, gorzej zapamiętywać. W jakimś sensie możemy w ten sposób nawet skracać mu życie.

Wojtek: To już wiem, co robiłem źle ze swoją wyżlicą. Choć wtedy to było moje przekonanie, a właściwie przekonanie moich rodziców: skoro to pies myśliwski i chcemy mu stworzyć dobre warunki, to trzeba mu dużo rzucać patyków, żeby biegał i się zmęczył. Zmęczony jest grzeczniejszy. A faktycznie, tak jak mówisz, on był coraz bardziej pobudzony z każdym dniem. I sam się dopominał, żeby rzucać mu to kółko.

Agnieszka: Bo to uzależnia. Tak jak cukier.

Wojtek: Albo seriale. To był po prostu pies petarda. Może po części spowodowaliśmy to sami, naszym sposobem radzenia sobie z problemem, bo w latach dziewięćdziesiątych podejście do dbałości o psy było zupełnie inne niż dzisiaj, zwłaszcza z tymi wszystkimi dietetykami i lekarzami. Ten rynek rozwinął się może pięć, dziesięć lat temu.

Krótko mówiąc, trudny temat z tymi psami. Ale wszystkie te trudności, o których mówisz, czym nam się rewanżują? Dlaczego wciąż chcemy mieć psy? Co nam to przynosi? Może to znowu złe słowo, bo gdybyśmy powiedzieli, że matka rodzi dziecko i myśli, co jej ono przyniesie, byłoby to z góry skazane na niepowodzenie. O psach jednak tak myślimy, więc co człowiek czerpie z tej inwestycji?

Co człowiek czerpie z relacji z psem

Agnieszka: Myślę, że chodzi o relację i o głębię, którą jesteśmy w stanie z psem wytworzyć. A także o łatwość wejścia w tę relację w porównaniu z wejściem w głębszą relację z człowiekiem. Ta z człowiekiem jest na pewno bardziej skomplikowana, i nie mówię tu nawet o relacji partnerskiej, tylko o przyjaźni czy zwykłej znajomości. Z psem jest łatwiej.

Oczywiście trudności jest wiele, mówiliśmy o nich, a dziś wiemy znacznie więcej i rozumiemy, że fajnie byłoby robić to i to, zamiast tylko wyjść i rzucić piłkę. Ale wejście w tę więź jest łatwiejsze i to jest kuszące. Jesteśmy istotami bardzo społecznymi, więc szukamy więzi na różnych płaszczyznach. Gdybym miała powiedzieć jedną rzecz, to właśnie ta łatwość: pies jest przy nas i na nas czeka, więc mamy poczucie, że ktoś tam dla nas jest.

Wojtek: Czy to nie jest trochę zwodnicze? Czy nie bywa niebezpieczne dla nas samych, jeśli będziemy tak to postrzegać? Że pies wypełni nam samotniczą lukę i zawsze będzie czekał. Od razu przypomina mi się legendarny pan Zbyszek, który bije psa, a pies i tak do niego wraca i cieszy się, że przychodzi. To już trochę toksyczne. Czyli z szukaniem więzi z psem też można przesadzić. Co on miałby nam zastąpić?

Agnieszka: To pułapka, w którą łatwo wpaść. Tak jak mówiłam, na tę relację musimy zapracować, żeby pies nam zaufał. Wraca więc to, o czym była mowa: poznanie psiej komunikacji i psich potrzeb, żeby zaspokajać je na spacerze. Co jeszcze możemy psu zaoferować oprócz samego wyjścia i rzucania piłki?

Wtedy odwdzięcza się prawdziwą, głębszą relacją i zaufaniem. Kiedy widzi, że odczytujemy jego sygnały, zaczyna nam ufać bardziej, bo wie, że nie wpakowujemy go w trudne sytuacje.

Czy psy muszą się witać

Agnieszka: Powiem jeszcze o dość ważnym aspekcie. Psy w kontakcie z innymi psami na spacerze bardzo często są w te relacje wpychane, bo wielu osobom wydaje się, że przecież muszą się przywitać. A tak nie jest. Psy nie do końca chcą się witać z każdym napotkanym psem i to kolejny spory mit.

Znowu gwiazdka: nie mówię, żeby wsadzić psa pod klosz i nie spotykać go z żadnymi psami, bo to już przechył w drugą stronę. Nie chodzi o to, żeby pies nie miał kontaktów, tylko żeby były przemyślane, a nie polegały na spotykaniu się z każdym psem na spacerze. Dla wielu psów takie spotkania są stresujące.

Możemy to porównać do ludzkich spotkań. My też nie mamy ochoty rozmawiać z każdą napotkaną na ulicy osobą. Do tego psy potrafią wyczytać bardzo dużo o swoim stanie zdrowia z zapachu, z hormonów. To tak, jakbyśmy musieli pokazać obcej osobie wyniki badań krwi, a najlepiej jeszcze stan konta. Bywa to niekomfortowe i nie mamy ochoty dzielić się od razu wszystkimi informacjami.

Podobnie jest z psami, kiedy spotykają się bezpośrednio. One komunikują się już z kilkudziesięciu metrów. Obserwują się nawzajem, patrzą, jak drugi pies się porusza i zbliża, czy węszy, czasem są w stanie zebrać zapach z dużej odległości. Bardzo często to im w zupełności wystarcza, czyli minięcie się z dystansu zamiast bezpośredniego spotkania. Nie wyskakujemy od razu z badaniami krwi.

Znowu przydaje się tu psia komunikacja, żebyśmy potrafili odczytać, czy pies chce tego kontaktu, czy nie. Niuansów jest sporo.

Czy pies myśli i czy kłamie

Wojtek: Czyli pies mówi, a z tego wynika, że i myśli?

Agnieszka: Tak.

Wojtek: Czym to się różni od myślenia człowieka? Nie miałem tego w głowie, ale wywołałaś to u mnie. Mamy psy, które oceniają czyjś stan zdrowia z dziesięciu metrów. Ludzie chyba tego nie robią, raczej myślą w kategoriach: po co mam się zbliżać do tej starszej pani, która się nie umyła. W sumie podobne. Ale idąc dalej: pies myśli, tylko czy tak samo jak człowiek, czy w sposób uproszczony? Są jakieś badania na ten temat?

Agnieszka: Na pewno jest to inne myślenie. Myślę, że wciąż nie wiemy wielu rzeczy nawet o samych ludziach.

Wojtek: Przepraszam, że ci przerwałem. Mówiłaś o psiej komunikacji i o tym, że chcemy odczytać, co pies myśli, choćby w uproszczeniu. Chyba nie jesteśmy w stanie w pełni tego zrobić, a właśnie to mnie najbardziej intryguje. My jako ludzie myślimy: chcę dzisiaj zrobić to i to. A pies idący na spacer? Co on może sobie myśleć? Że chce dziś pobiegać? Że chce przynieść kaczkę swojemu opiekunowi? Czym różni się myślenie ludzkie od psiego?

Agnieszka: Nie jestem w psiej głowie, więc nie powiem w stu procentach, co pies sobie myśli. Sądzę, że te myśli są uproszczone i nie prowadzą do tak skomplikowanych wniosków jak nasze. Ale psy potrafią manipulować i oszukiwać, więc w jakimś sensie można powiedzieć, że kłamać. Te procesy są więc dość złożone. Prostsze niż nasze, ale to zdecydowanie nie jest tylko „daj mi jeść i rzuć mi piłkę”. Może tam dochodzić do rzeczy bardziej zaawansowanych.

Wojtek: Czyli coś więcej niż podstawowa potrzeba fizyczna.

Agnieszka: Myślę, że tak.

Wojtek: Czyli mamy psiego myśliciela, który nam nie powie, co myśli, więc jest podwójnie trudno. Choć z drugiej strony ludzie też rzadko mówią szczerze, co myślą, więc paradoksalnie bywa prościej. Jeszcze jedno pytanie, trochę wytrychowe, bo często się to powtarza: pies jest moim przyjacielem. Wierzysz w ten koncept, czy to trochę zakłamywanie rzeczywistości?

Czy pies jest przyjacielem

Agnieszka: Znowu gwiazdka. W jakimś sensie możemy tak mówić, bo tworzymy z psem więź i często traktujemy go jak członka rodziny, jedni bardziej, drudzy mniej. Każdy ma tę granicę gdzie indziej. To piękny termin, ale nie możemy na psa liczyć tak jak na człowieka. On nie pomoże nam w ciężkiej chwili, choć da wsparcie, więc to bardzo ważny aspekt. W samym terminie łatwo się jednak trochę zgubić.

Wojtek: Z drugiej strony to, czy udzieli nam wsparcia, zależy chyba od sytuacji, bo są przecież psy szkolone do pomagania osobom z niepełnosprawnościami.

Agnieszka: Tak, psy terapeutyczne. Miałam na myśli raczej wsparcie fizyczne, nie mentalne. Nie zapłaci za nas rachunków, o to mi chodziło. Jeśli chodzi o wsparcie mentalne, to jak najbardziej. Taka ciekawostka: na ostatniej olimpiadzie grupa lekkoatletek miała w swoim zespole psa, który wspierał je właśnie mentalnie.

Wojtek: Na czym polegało to wsparcie?

Agnieszka: Na tym, że po prostu tam był.

Wojtek: Czyli rozładowywał napięcie?

Agnieszka: Tak.

Wojtek: To chyba duża rola, mówi się przecież o regulacji emocjonalnej człowieka przez kontakt z psem. A czy terapia z psami w ogóle funkcjonuje? Wiem, że jest hipoterapia.

Agnieszka: Tak, terapia z psami jak najbardziej istnieje.

Wojtek: Czyli można nie mieć psa na własność, nie lubię tego pojęcia, ale tak się mówi, i chodzić do ośrodka, gdzie przez terapię z psem będziemy się leczyć.

Agnieszka: Tak, w tej terapii psy jak najbardziej występują.

Właściciel czy opiekun

Wojtek: Skonfrontuję się z tobą, bo słowo „przyjaciel” średnio mi leży. A jak ty masz z terminem „posiadać psa”? Kiedy przygotowywałem się do rozmowy, myślałem w kategoriach tytułu i przyszło mi do głowy „posiadanie psa”. Potem pomyślałem: posiadać. Kiedy posiadamy rzecz, sprawujemy nad nią pełną kontrolę. Lepszym słowem wydaje mi się „życie z psem”. A ty jak na to patrzysz? Posiadasz psa czy co z nim robisz?

Agnieszka: Ja też bardzo nie lubię określenia „posiadać psa”, choć w zdaniu trudno użyć czegoś innego, ciężko znaleźć zamiennik. Jeśli chodzi o słowo „właściciel”, zawsze mówię „opiekun”. Przywiązuję do tego dużą uważność, gdzie tylko mogę, i raczej mi się nie zdarza pomylić. Nie twierdzę, że tamto jest błędem, ale nie lubię terminu, w którym jest się właścicielem i posiada się psa. Nawet „mam psa” znaczy przecież, że coś mam, znowu jakąś rzecz. Wolę mówić, że jestem jego opiekunką. Mówi się też „przewodnik” albo właśnie „przyjaciel”, a często pojawiają się terminy w rodzaju mama, tata, psia mama. Każdy widzi to na trochę innym poziomie.

Wojtek: Myślę sobie, że słowo „właściciel” jest bardzo nacechowane tym, jakie my mamy prawa. Kiedy coś posiadamy na własność, mamy prawo, żeby nikt w to nie ingerował, bo jest nasze. „Opiekun” kieruje z kolei na obowiązki. To ładnie rezonuje: posiadamy tego psa, ale naszą główną rolą jest służenie jemu, a nie odwrotnie.

To znowu analogia do posiadania dziecka. Może dlatego często mówi się, że osoby, które z jakichś względów nie mogą albo nie chcą mieć dzieci, decydują się na zwierzę. Analogia jest spora: dlaczego się decydujemy i jaka jest nasza rola. Chyba żadna matka nie mówi, że jest właścicielką swojego dziecka, bo od razu brzmi to absurdalnie.

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że statystycznie jest duża szansa, że dzieci przeżyją swoich rodziców, a bardzo mała, żeby zwierzę przeżyło swojego opiekuna. To chyba najboleśniejsze w posiadaniu zwierzęcia: z góry zakładamy, że będziemy po nim przeżywać żałobę. Ile razy zdarzyło ci się to w życiu?

Żałoba po psie

Agnieszka: Muszę powiedzieć, że jeszcze tego nie doświadczyłam. Nie mam tego za sobą.

Wojtek: Ale pomagasz to przetrwać swoim, no właśnie, klientom czy pacjentom? Bo to znowu na granicy. Chociaż nie, bo ty jako behawiorystka skupiasz się raczej na więzi z żyjącym psem niż na rozstaniu.

Agnieszka: Tak, na tym etapie wkracza raczej lekarz weterynarii, bo najczęściej zaczynają się choroby, więc kontaktu z nim jest wtedy więcej. Nie pracujemy już nad poprawą. Oczywiście z psimi seniorami jak najbardziej możemy pracować i podnosić im standard życia przez zaspokajanie wszystkich psich potrzeb, przez wyzwania umysłowe czy nawet nosework, o którym wspomnieliśmy. Tworzymy wtedy nowe połączenia neuronalne, więc podciągamy funkcjonowanie mózgu i sprawiamy, że starość jest przyjemniejsza i łatwiejsza. Trochę też w ten sposób przedłużamy życie. Przy psich staruszkach mogę pomóc właśnie tak.

Wojtek: A jaka jest średnia życia psa?

Agnieszka: Zależy od wielkości, bo duże rasy żyją krócej.

Wojtek: Ale jest jakaś granica, powyżej której raczej nie?

Agnieszka: Kilkanaście lat, mniej więcej.

Wojtek: To bywa obezwładniający argument, używany najczęściej przez osoby, które miały już chociaż jednego psa. Poczucie straty jest tak duże, że nie chcą otwierać kolejnego etapu, bo to za ciężkie. Ale ten ból wynika chyba też z tego, że idziemy za daleko w przywiązaniu. Potem bardzo trudno się odnaleźć, kiedy mieliśmy jednego najwierniejszego przyjaciela i nagle go nie ma.

Agnieszka: W jakimś sensie na pewno.

Nosework od podstaw

Wojtek: Pogadajmy jeszcze o noseworku. Powiedz mi, czy to podstawa podstaw, którą powinien mieć każdy pies, czy raczej poziom wyżej w tej piramidzie?

Agnieszka: Myślę, że gdzieś obok. Nie powiedziałabym, że to konieczność, ale każdy pies może to robić. Zależy więc od opiekuna. Tak jak wspominałam, fajnie, żeby pies miał wyzwania umysłowe, nawet jeśli będą to podstawowe sztuczki czy komendy. Uważam, że naprawdę warto, żeby je znał, bo dzięki temu łatwiej nam razem żyć: możemy odwołać go od czegoś, zabronić mu rzeczy, której nie chcemy, choćby zjadania śmieci.

Nosework jest przy tym czymś dodatkowym, ale może go robić każdy pies, bo każdy ma rozwinięty węch. Ma wiele plusów, bo znowu tworzymy nowe połączenia neuronalne, mózg pracuje, a pies dostaje wyzwania.

To, co wyróżnia nosework spośród innych psich sportów, a jestem prywatnie fanką psich sportów i sama je ze swoim psem trenuję, to budowanie łamigłówki dla psa. Mamy ring, na zewnątrz albo w pomieszczeniu, ukrywamy wybraną próbkę zapachową i możemy nauczyć psa wyszukiwania czego tylko chcemy. A on musi rozwiązać tę węchową łamigłówkę sam. Uczymy więc bardzo dużo samodzielności, co wpływa na pewność siebie. Dlatego świetnie sprawdza się u psów lękowych i reaktywnych.

Sama łączę to w swojej pracy terapeutycznej, bo nosework pozwala przełamywać lęki. Próbkę zapachową możemy ukryć na człowieku, kiedy pies ma problem z oswajaniem się z obcymi. Dochodzimy do tego stopniowo, nie od pierwszego dnia, ale jeśli pies w trybie pracy podchodzi do obcych osób, na których ukryto zapach, przekłada się to potem na codzienność. Oswajamy go w bezpiecznych, trochę kloszowych warunkach, bo wie, że nic mu nie grozi, a potem przenosimy to na życie.

Nosework może więc być puzzlem w behawioralnej układance, ale nie musi. Może być czysto sportowy albo hobbystyczny, jako zajęcie kilka razy w tygodniu. Mówi się też, że piętnaście minut węszenia męczy tak jak godzinny spacer.

Ta aktywność umysłowa jest bardzo ważna, podobnie jak swobodna eksploracja. Porównajmy to do siebie: kiedy nie mamy pracy i siedzimy cały dzień, po prostu się nudzimy. Mierzymy się dziś ze zbyt dużym komfortem i unikamy dyskomfortu, a u psów podobnie pojawia się nuda. Nic się w ich życiu nie dzieje, są trzy krótkie spacerki i tyle, żadnych wyzwań ani trudności do pokonania. A psy lubią zdobywać i odnosić sukcesy, więc trening, zwykły albo węchowy, może tę potrzebę zaspokoić. Warto o tym pamiętać, zastanawiając się, czy chcemy zaprosić psa do swojego życia i poświęcić na to trochę czasu.

Dobra wiadomość jest taka, że nie musi to być godzinny trening codziennie. Dziesięć, piętnaście minut kilka razy w tygodniu, noseworku albo innego treningu, to już bardzo dobra ilość.

Wojtek: Skojarzył mi się ten nosework z nauką języków. Piętnaście minut nauki obcego języka, a człowiek czuje się jak po godzinie wysiłku. Rozumiem, że chodzi o rozpoznawanie zapachów i wyszukiwanie ich w otoczeniu. Czyli psy, które widzimy na przykład na lotniskach, to pewna odmiana noseworku? Są szkolone na rozpoznawanie próbek jedzenia czy substancji narkotycznych.

Agnieszka: Tak. Nosework wziął się właśnie od psów detekcyjnych i policyjnych, które miały wyszukiwać daną substancję. Jako dziedzina sportu używa najczęściej zapachu cynamonu, pomarańczy i goździka, w postaci olejków albo prawdziwego cynamonu czy skórki pomarańczy. Uczymy psa, że ten zapach jest super i że warto go znaleźć, a potem stopniowo ukrywamy go w pomieszczeniu, a pies go wyszukuje.

Psie sporty i wystawy

Wojtek: Powiedziałaś jeszcze o psim sporcie. To mnie bardzo zaintrygowało. Co to jest psi sport?

Agnieszka: Psich sportów mamy sporo i Polska prężnie się tu rozwija. Jest obedience, czyli posłuszeństwo sportowe, i akurat to mój konik. Uwielbiam ten sport najbardziej, choć jest najmniej spektakularny, więc i najmniej popularny.

To taki dziesięciobój. Pies idzie przy nodze w idealnej pozycji, z zadartą głową, a my prowadzimy go po torze: w prawo, w lewo, zawracamy, stajemy, przyspieszamy, zwalniamy. Ocenia się właśnie to, jak dobrze pies idzie przy nodze.

Wojtek: Czyli nie czas przejścia, tylko jakość?

Agnieszka: Jakość. Do tego omijanie pachołka, skok przez przeszkodę, przenoszenie aportu, zostawanie w miejscu. Różne dziedziny, ale na dość wysokim stopniu skomplikowania.

Wojtek: Czy to już nie trochę cyrk?

Agnieszka: Nie, nie powiedziałabym.

Wojtek: Trochę mnie to zbija z tropu, bo mówimy „psi sport”, więc wychodzilibyśmy z założenia, że to sport dla psa. Że on rywalizuje i dzięki temu dobrze się czuje. A może jednak jest to dla człowieka, który z tym psem startuje?

Agnieszka: W dużej mierze jest to też dla człowieka. Znowu czyha tu pułapka ego: chcemy zdobywać medale, ciągle jeździmy. To narzędzie, którego można używać dobrze, źle albo gdzieś pomiędzy.

Wojtek: Ale to coś innego niż wystawy psów?

Agnieszka: Tak, bo na wystawach oceniamy wyłącznie wygląd. I tu znowu: przy rozmnażaniu psów w ogóle nie patrzy się na ich zachowanie ani cechy charakteru, bo nie ma takiego wymogu. Uważam to za błąd i za brak regulacji. Rozmnażanie psów lękowych, przy patrzeniu tylko na wygląd, może prowadzić do pogorszenia zachowania w kolejnych pokoleniach.

Psie sporty też bywają pułapką, jeśli robimy je w sposób eksploatujący psa. Trzeba uważać i robić to dobrze, tak żeby pies chciał pracować. W mojej bańce spotykam osoby, które trenują również dla psa. Te psy mają z tego frajdę, cieszą się. Do tego dochodzi regularność, bo bardzo łatwo z niej wypaść.

Możemy więc traktować psie sporty jako coś w jakimś sensie dla człowieka, ale dzięki rywalizacji, mniejszej czy większej, zachowujemy regularność i ćwiczymy z psem systematycznie. Spełniamy przy tym najważniejsze potrzeby. Żeby zresztą pies dobrze pracował, musimy zapewnić mu wszystkie pozostałe: spacer, dobrej jakości jedzenie, bardzo często suplementy, bardzo często psiego fizjoterapeutę. Wciąż więc jest bardzo dużo o psie, a dopiero potem mamy trening. Jasne, można to robić źle i takie sytuacje na pewno się zdarzają.

Mnie na przykład bardzo szokuje, że w Empiku wciąż można kupić książkę, w której, żeby było ciekawiej, zakonnicy piszą o tresurze psa. Radzą, żeby przycisnąć psa do ziemi, docisnąć mu pupę, żeby usiadł. I to są rady z pierwszych stron. Operujemy więc wciąż między dwoma światami: ultrapozytywnymi i ultraawersyjnymi, a pomiędzy nimi są różne odcienie szarości.

Wojtek: I pewnie najtrudniej mają właśnie te odcienie szarości, znając nasze spolaryzowane społeczeństwo.

Hejt w branży psiej

Agnieszka: Hejtu w bańce psiarzy też jest dużo. Zaskakująco dużo. Mnie też się obrywa, może nie codziennie, ale jednak. A wydawałoby się, że to przyjemny temat, bo chodzi o poprawę dobrostanu psów. Przepychanek w tej branży jest sporo.

Wojtek: To może budzić natychmiastowy opór: kto dba o mój dobrostan, a ja mam tu rozmawiać o dobrostanie psa. Taki odruch pojawia się od razu.

Chciałem jeszcze zapytać o sport. Czy to są zawody, na których się zarabia? Czy to już zawodnicy jak w jakiejś lidze?

Agnieszka: Nie, absolutnie nie ma z tego żadnych korzyści finansowych. Czasami można wygrać saszetkę karmy, czasami medal, a czasami nawet medalu nie ma. Różne sporty mają różną popularność, niektóre są bardziej medialne i nagrody bywają większe, ale duża nagroda to duży worek karmy. Finansowo zupełnie się to nie opłaca, bo regularne treningi z trenerem kosztują, dochodzą dojazdy na treningi i zawody oraz sprzęt.

Wojtek: Czyli na szczęście nie jesteśmy jeszcze na etapie, na którym można zrobić z psa atletę do komercyjnej eksploatacji. A wyścigi psów to też sport? Bo kojarzę charty, które się ścigają, podobnie jak konie.

Agnieszka: Tak, są takie zawody, gdzie psy biegną po torze.

Wojtek: To też zalicza się do sportu?

Agnieszka: Tak.

Wojtek: Czy jest jakaś organizacja, która sprawuje nad tym pieczę i decyduje, co jest sportem, a co nie? Bo za chwilę można powiedzieć, że sportem są walki psów, które kojarzą się ze środowiskiem dresiarskim, a to chyba jednak sportem nie jest.

Agnieszka: To zależy od konkretnego sportu, bo nad niektórymi pieczę trzyma związek kynologiczny, a nad innymi nie.

Wojtek: Czyli podobnie jak w sportach ludzkich: jak się panowie umówią, że chcą się bić w garażach, to się umówią. Więc jeśli ktoś ma nieodpowiedzialne podejście do psów i umówi się, że będzie je na siebie szczuł, to wciąż poważny problem w Polsce.

Agnieszka: Słyszałam, ale nie wiem, jak to dokładnie wygląda.

Wojtek: W latach dziewięćdziesiątych na osiedlach chodziły takie legendy: kto ma psa, który groźnie wygląda i gryzie się z innymi na śmierć. Zawsze wydawało mi się to miejską legendą. Nie potwierdzisz?

Agnieszka: Nie, nie mam danych.

Psie marzenie

Wojtek: Chyba omówiliśmy wszystko, co mi przyszło do głowy. Zapytam cię jeszcze standardowo, tak jak wszystkich moich gości. Zajmujesz się psami, choć wiemy już, że nie tylko psami, ale ten inny temat zostawimy na kiedy indziej. Twoje psie marzenie? Jakieś cele, które chciałabyś zrealizować w swoim behawioralnym świecie?

Agnieszka: Myślę, że nie mam, dlatego że robię to, co zawsze chciałam. To marzenie jest spełnione.

Wojtek: Czyli codzienność satysfakcjonująca. Brzmi aż zbyt pięknie, żeby było prawdziwe, choć na tle wszystkiego, o czym rozmawialiśmy, masz mnóstwo wyzwań i chyba jeszcze mnóstwo do przepracowania. Mam wrażenie, że w Polsce wciąż jesteśmy na początku świadomego myślenia o psach. Z drugiej strony pewnie trzeba będzie poszukać balansu, żeby nie pójść za daleko i żeby nie stało się to niezdrową psią obsesją.

Agnieszka: Myślę, że ta świadomość rośnie. Widzę to na przestrzeni tych kilku lat na Instagramie, po tym, jak wyglądały komentarze parę lat temu, a jak wyglądają teraz. Hejt jest trochę innym zjawiskiem, ale świadomość tego, że część ludzi widzi już w psiej komunikacji, co się w niej wydarza, rośnie. Widzę tę zmianę.

Wojtek: Życzę ci, żebyś widziała coraz lepszą zmianę i żeby w psim świecie było jak najpiękniej. Dzięki za rozmowę.

Agnieszka: Dziękuję pięknie.

Wojtek: Wam, słuchaczom, również dziękuję za uwagę. Jeżeli masz przemyślenia na temat psiego świata i życia z psem albo chcesz nam zwrócić uwagę, że coś powiedzieliśmy źle, daj znać w komentarzu. Zapisz się na Listy Przygodowe, wyślę ci powiadomienie o kolejnym odcinku na maila, żebyś nie musiał przebijać się przez kolejne setki rolek. Do usłyszenia, do zobaczenia.