Podcast jest dostępny do odsłuchu również tutaj: SpotifyApple Podcasts


Kupiłeś mieszkanie, chcesz mieć ładnie i wiesz, co ci się podoba. Po co ci ktoś, kto weźmie za to pieniądze? To pytanie zadałem wprost, a odpowiedź okazała się ciekawsza niż samo „warto” albo „nie warto”.

Joanna Sędzicka, architekt wnętrz z Łodzi, prowadzi pracownię pod hasłem „projekty wnętrz do bycia sobą”. W rozmowie mówi, że jej praca polega na tym, żeby wyrazić klienta, nie siebie, i że nie każdy jej potrzebuje. Po drodze rozbiera na części całą współpracę: od rozmowy przed umową, przez ankietę i rzuty, po rysunki dla ekipy i moment, w którym wykonawca oznajmia, że „tak się nie da”. Na końcu padają liczby, ze wszystkimi zastrzeżeniami, jakie do liczb należą.

Zaczynamy jednak od pytania, które Asia zadaje klientom i które zatrzymało mnie na dłużej: jak chcesz się czuć w swoim domu?

Najkrócej, czyli co wynika z tej rozmowy

  • Architekt wnętrz ma wyrazić klienta, nie siebie. Projekt jest udany, gdy człowiek mówi: „w czymś takim chcę żyć, to jest moje”.
  • Nie każdy potrzebuje architekta. Jeśli chcesz położyć panele, pomalować ściany na biało i żyć, zrób tak. Architekt jest dla tych, którzy oczekują od mieszkania czegoś więcej.
  • Zawód architekta wnętrz nie ma w Polsce regulacji. Możesz nim zostać w momencie, w którym zechcesz. Asia uważa, że warto byłoby to zmienić.
  • Pytanie „jak chcesz się czuć w domu” jest trudne, dlatego Asia zadaje je okrężnie, pytając na przykład o pracę. Kto wraca z pracy wykończony, potrzebuje innego wnętrza niż ten, kogo dom ma napędzać.
  • Najgorsze wnętrze to takie, które zaczyna wkurzać: hałas za oknem, zabrane światło, kant łóżka rano. Projekt naprawia tylko część z tego, bo na warunki poza mieszkaniem nie ma wpływu.
  • U Asi współpraca zaczyna się przed umową, od rozmowy o tym, czego klient naprawdę potrzebuje. Potem ankieta, rzuty najlepiej na jej własnych pomiarach, wizualizacje z produktami dostępnymi w sprzedaży i rysunki dla wykonawcy.
  • O budżecie rozmawia się na początku, a gdy lista nie mieści się w kwocie, wybór jest prosty i brutalny: blat kamienny teraz, kanapa później.
  • Kupno mieszkania jest zwykle droższe niż jego wykończenie, a konkretna kwota za metr zależy od układu i standardu. Liczby z tej rozmowy to stan na lipiec 2025.
  • Własna pracownia nie była marzeniem. Asia rzuciła etat w środku pandemii, nie umie delegować i marzy o pracy, która nie kosztuje życia prywatnego.

Po co mi architekt, skoro wiem, co mi się podoba?

Zapytałem, czego ludzie właściwie szukają, gdy przychodzą do architekta wnętrz. Odpowiedź: bardzo różnych rzeczy. Jedni chcą efektu, który Asia opisuje słowami swoich klientów:

My chcemy, żeby tutaj się mieszkało, żeby to było tak, że jak każdy wejdzie, to powie: wow, tutaj tak można mieszkać.

Inni przychodzą z odwrotnym problemem. Podoba im się wszystko, mają wielką tablicę inspiracji na Pintereście i nie wiedzą, jak to połączyć. Chcą to zobaczyć. Wizualizacja bywa wtedy ulgą: aha, czyli tak to będzie, to mi się podoba.

Jest jeszcze trzecia grupa, którą przeraża liczba decyzji. Gdzie ma być gniazdko, panele winylowe czy laminowane, płytki za 300 złotych za metr czy trzeba szukać czegoś za 100, czy to wszystko spina się z budżetem. Architekt bierze na siebie porządkowanie tych decyzji, a nie tylko wybór koloru ścian.

Efekt „wow” mnie zatrzymał, bo brzmi jak urządzanie mieszkania dla innych. Asia widzi to inaczej: to potrzeba wyrażenia siebie przez mieszkanie, żeby od progu było widać, że zwracamy uwagę na estetykę. A na moje pytanie o granicę między kreatywnością a próżnością odpowiada bez uników:

Ja myślę sobie, że zawsze, kiedy zależy nam na efekcie estetycznym, to jakiś element próżności się pojawia. Tak samo jak chcesz kupić sobie jakieś fajne, fancy ubrania.

Nie każdy potrzebuje architekta

Ktoś, kto nas słucha, może powiedzieć: zepsute pokolenie, mieszkanie służy do mieszkania, o czym tu mówić. Zapytałem Asię, czy spotyka się z takimi reakcjami. Często. I nie zamierza nikogo przekonywać:

Można po prostu przyjść, położyć panele, pomalować ściany na biało, wstawić meble, no i żyć. I to jest okej, jeśli komuś to odpowiada, oczekuje tyle i tak chce, no to tak zrób. […] Ale jeśli oczekujesz czegoś więcej, to pomyśl, bo może warto się nad tym pochylić. Ten czas i te pieniądze i tak poświęcisz, tylko pytanie, z jakim efektem i co z tego będziesz miał potem dla siebie.

Sama ma znajomych, którzy sprzedali mieszkanie i dom, żeby ruszyć w świat. Są szczęśliwi, uwolnili się od kredytu, a domem jest dla nich świat. „Oni mnie nie potrzebują. Nie każdy mnie potrzebuje”, mówi bez żalu. Przypomniało mi to wers z płyty zespołu Hey: dom to nie miejsce, lecz stan.

Asia dodaje do tego rachunek, o którym rzadko się mówi przy pięknych wizualizacjach. Jeśli kredyt cię dojechał i zarabiasz po nocach, żeby go spłacić, to czy dom jest jeszcze bezpiecznym miejscem, czy już trochę więzieniem? Tacy ludzie mogliby mieć w mieszkaniu wodotryski i same ikony designu, a i tak nie czuliby się tam dobrze.

Czy architektem wnętrz może nazwać się każdy?

Tak. Architekci kubaturowi, czyli ci projektujący budynki, muszą mieć uprawnienia i wpis do izby, i dopiero na tej podstawie mogą składać projekty w urzędzie. Architekci wnętrz takich regulacji nie mają.

Na razie jest tak, że właściwie możesz być architektem wnętrz w momencie, kiedy chcesz.

Zapytałem, czy gdybym się uparł, mógłbym jutro otworzyć stronę internetową i napisać, że jestem architektem wnętrz. Właściwie tak. Asia mówi, że w branży rozmawia się o usystematyzowaniu zawodu, bo wykształcenie i poziom wiedzy bywają bardzo różne, a weryfikacja chroniłaby klientów przed ludźmi bez kompetencji. Dla klienta wniosek jest prosty: pytaj, gdzie i czego twój architekt się uczył, bo dyplom nie jest wymogiem.

Dróg do zawodu jest kilka: politechnika, Akademia Sztuk Pięknych, uczelnie prywatne, coraz więcej kursów. Asia chwali swoje studia na politechnice za wiedzę techniczną: o instalacjach, o tym, z czego zbudowana jest ściana i jakie ma warstwy. Nie na każdych studiach to jest.

Inżynier czy artysta?

Skoro politechnika, to inżynier. Ale wizjonerstwo, kreacja i ASP to świat sztuki. Kim więc jest architekt wnętrz? Kimś, kto łączy, bo nie ma innego wyjścia. Musi spiąć elektrykę, instalacje, spadek w podłodze prysznica, rozmieszczenie włączników, coraz częściej systemy inteligentne, czasem przesunięcie otworu w ścianie nośnej po rozmowie z konstruktorem. A jednocześnie:

Po to się do ciebie przychodzi, bo ktoś chce mieć estetycznie w tym domu, ktoś chce mieć ładnie, chce mieć w jakiś sposób wyjątkowo, inaczej niż wszyscy. I też musisz być tym artystą.

Na jej politechnice było malarstwo na zaliczenie: studenci uczelni technicznej chodzili z wielkimi teczkami, obładowani farbami i pędzlami. Czy czuje się artystką? Bardzo małymi momentami. Większość pracy to układanka z wytycznych klienta, budżetu i tego, co w mieszkaniu może się wydarzyć za dziesięć czy piętnaście lat, żeby zaplanować je tak, by te zmiany były możliwe.

Wyrażamy klienta, nie siebie

Sztuka kojarzy się z wyrażaniem emocji i siebie. Tu jest odwrotnie:

My bardzo często musimy wyrazić klienta, nie siebie. Więc często jest tak, że nasze potrzeby, że tak powiem, wizjonerskie […] to my to sobie możemy wsadzić w buty, bo przychodzi do nas ktoś, kto chce coś zupełnie innego.

Skojarzyło mi się to z muzyką pisaną do filmu albo reklamy: bierzesz coś od drugiej osoby, przetwarzasz przez siebie i oddajesz tak, żeby ten ktoś czuł, że to jego. Asia nazywa to projektem zrobionym z sukcesem: klient mówi „w czymś takim chcę żyć, chcę tam mieszkać, to jest moje”.

Nie znaczy to, że zrobi cokolwiek dla kogokolwiek. Nie odnajduje się we wnętrzach glamour, bardzo ozdobnych, i kilka razy odmówiła: nie czuję tego, nie umiem. Dlatego radzi najpierw dopasować stylistykę architekta do własnej, żeby nie było zaskoczenia „ale ja chciałam coś innego”, a dopiero potem sprawdzać, czy potrafi oddać to, co klient ma w głowie.

Najlepsze projekty wychodzą jej z relacji, w których od początku jest zaufanie: można usiąść, pogadać, powiedzieć „nie podoba mi się” bez obaw. Trudniej z klientami niedostępnymi, u których powierzchowna warstwa relacji jest w porządku, a w środku dzieje się dużo rzeczy niewypowiedzianych. Tego wciąż się uczy.

Skandynawski to nie IKEA

Portfolio Asi jest kolorowe, „tam się coś dzieje”, więc nie przyciąga osób szukających totalnego minimalizmu. Zapytałem, czy „skandynawski” to dobre określenie tego ascetycznego stylu. Boi się jednego skojarzenia:

Zawsze boję się tego skojarzenia: skandynawskie równa się IKEA. […] Dla mnie szwedzki, skandynawski styl na przykład to jest taki bardziej surowy, taki, w którym bardzo się ukierunkowujemy na naturalne materiały, na dobrą ich jakość, i staramy się wbudować głównie te elementy, które spełniają jakąś funkcję, ewentualnie budzą sentyment.

To szwedzka filozofia lagom: wszystko w ilości takiej, ile potrzeba, nic ponadto. Stół z naturalnego materiału jest przyjemny, bo pobudza zmysły poza wzrokiem, trochę tak, jakbyśmy byli na zewnątrz. Gdy skupiamy się wyłącznie na estetyce, nasycamy tylko oczy, a czasami wprawne oko wyłapie, że materiał nie jest naturalny, i czuć w tym fałsz.

Czy wnętrze wpływa na zdrowie, nie tylko na nastrój?

Kiedyś na wydarzeniu na Pustyni Błędowskiej słuchałem człowieka, który urządza wnętrza wyłącznie w prawdziwym drewnie. Twierdził, że są podobno badania, według których w kontakcie z materiałami imitującymi drewno czujemy się gorzej, i to fizycznie. Zapytałem więc Asię, czy sposób urządzenia wnętrza to kwestia przyjemności głowy, czy także ciała.

Ja myślę, że to jest ze sobą bardzo połączone, bo zauważ, że jeżeli mamy jakiś stres, coś nas denerwuje, to bardzo szybko ten stres odkłada się w naszym ciele. Jedni mają napięcia mięśni karku, inni mają to gdzieś w brzuchu. […] Tego się nie da oddzielić.

Czy wnętrze potrafi ukoić? Jej zdaniem zdecydowanie. Przywołuje miejsca stworzone po to, żeby uspokajać, na przykład salony balijskiego masażu: przyciemnione światło od razu wprowadza senny nastrój, chropowate materiały kojarzą się z podróżą, wilgotność powietrza wpływa na to, jak się czujemy, i na kondycję skóry. Zależności jest dużo i warto o nich myśleć, projektując własny dom.

Jak chcesz się czuć w domu?

To pytanie Asia stara się zadawać klientom, choć nie każdy na pierwszej rozmowie jest gotowy na nie odpowiedzieć. Dlatego ma pytania pomocnicze, na przykład o pracę. Ktoś mówi: praca jest tak stresująca, że po powrocie padam, chcę tylko pufkę pod nogi i oparcie dla głowy. To już jest odpowiedź:

Aha, dobra, czyli ty potrzebujesz miękkiej kanapy, która się zapadnie, tego podnóżka, żeby się wyciągnąć, albo narożnika. No to pewnie jeszcze fajnie by ci było dotknąć czegoś miłego, mięciutkiego, żeby ta tkanina na kanapie była jakaś fajna.

Po miesiącach, a czasem latach, Asia pisze do klientów z pytaniem, jak im się żyje, bo dopiero wtedy naprawdę to wiedzą. Póki co wszyscy odpowiadają, że dobrze, ale każdego takiego maila wysyła z lekkim „o matko”.

Pytanie „jak chcesz się czuć w swoim mieszkaniu” wydało mi się chwilą zatrzymania, podobną do pytań, które w jednym z poprzednich odcinków zadawała dietetyczka Monika Ciesielska: kiedy czujesz się głodna i co wtedy czujesz? Prawie zawsze jesteśmy w jakimś wnętrzu, bo do tego dążymy, a skonfrontowani z pytaniem o samopoczucie odpowiadamy: muszę zjeść obiad, obejrzeć wiadomości, iść spać, jak ja mam się czuć? Tymczasem można na to mieć wpływ. Wnętrze, które ma napędzać i pobudzać, i wnętrze do kanapowego życia, w którym czujesz się jak w gniazdku, to dwa zupełnie różne projekty.

Praca z domu w najmniejszym pokoju

Częsty przypadek: ktoś kupuje 60 albo 70 metrów i od początku wiadomo, że w jednym pokoiku ma być praca. Asia zaczyna wtedy od pytania:

Czy na pewno chcesz przynajmniej jedną trzecią życia spędzać w tym jednym małym pokoiku, jak sobie kupiłeś 70 metrów mieszkania?

Zdarzało jej się przenosić pracę do salonu, bo okazywało się na przykład, że po pracy ktoś jeszcze gra na komputerze i właściwie całe życie spędzałby na ośmiu metrach kwadratowych. Jeden z takich projektów jest w realizacji.

Mnie z kolei chodzi po głowie praca przy kuchennym blacie, na barowym zydlu. Asia oceniła to trzeźwo: za długo bym tam nie wysiedział, ale może właśnie o to chodzi. Chwila na sprawdzenie maila przy kawie to inna potrzeba niż ośmiogodzinny dzień pracy, i dobrze to wiedzieć, zanim wydasz pieniądze na urządzenie czegoś.

Kiedy wnętrze zaczyna wkurzać

Przestrzeń, w której żyjemy, często ignorujemy. Jest bezbarwnym tłem, i dopóki nam to pasuje, jest w porządku. Najgorzej, kiedy zaczyna wkurzać:

Najgorzej jest wtedy, kiedy zaczyna nas coś wkurzać. Na przykład hałas za oknem. Albo wycięli nam drzewa i stawiają obok coś innego. Albo rano wstajemy i pierwsze, co robimy, to uderzamy się kolanem o kant łóżka.

Powiedziałem, że to trochę jak mieszkanie na ringu: wstajesz i od razu masz potyczkę. Asia: gorsze niż wstanie lewą nogą. Momenty, w których wnętrze zaczyna na nas negatywnie wpływać, to sygnał, że trzeba coś z tym zrobić.

Zimą miała projekt mieszkania złożonego z dwóch połączonych lokali. Deweloper wybudował obok budynek, którego mieszkańcy się nie spodziewali. Zabrał całe światło z części dziennej, zaburzył poczucie intymności, skasował widok na drzewa. W nowym układzie sypialnia zamieniła się miejscami z częścią dzienną, bo była teraz najlepiej nasłonecznionym miejscem. Wnętrze wyszło bardzo ładne i inwestorom się podobało, a jednak wyprowadzili się, bo czynniki zewnętrzne okazały się ważniejsze.

Naprawianie takich rzeczy projektem wnętrza wydało mi się kopaniem się z koniem. Asia porównała to do plasterka na złamanie. Z drugiej strony wyremontowanie jednego mieszkania to inna decyzja ekonomiczna niż kupno drugiego, przeprowadzka i remont w nowym miejscu. Trzeba to wyważyć.

Odpowiedzialność za czyjąś codzienność

Ktoś powierza ci komfort swojej codzienności. Czy to nie przytłacza? Przytłacza, potrafi. Dlatego tak ważny jest wywiad z klientem i jego gotowość do rozmowy:

Komuś się sprawdzają na przykład szafki z tip-onem, mówią, że super, w ogóle nie chcą uchwytów, chcą minimalistycznie, a ktoś mówi, że nie, po prostu nie. I teraz klient się pyta, czy to się sprawdza. No to zależy, bo niektórym się sprawdza, niektórym nie, a tobie się sprawdzi, jak sądzisz? Bo to działa tak i tak. I teraz pomyśl, masz chwilę, zastanów się.

Brzmi trochę jak psychoterapia: kolejne pytania, drążenie, czasem nieprzyjemne, ale z satysfakcjonującym efektem na końcu. Asia potwierdza, że im więcej wydrążą i im bardziej powkurzają się na siebie po drodze, tym z reguły wychodzi lepiej.

Chwile zwątpienia miewa jak każdy. Najczęściej wtedy, gdy pracy jest tak dużo, że nie ma czasu na nic innego: praca, jedzenie, czasami trening, spanie. Stara się to przeorganizować, żeby takich momentów było jak najmniej.

Nigdy nie chciałam mieć firmy

Dziewczynka z czwartej klasy, która wiedziała, że będzie architektem, nie wyobrażała sobie jednego:

Ja chyba nigdy nie chciałam mieć swojej firmy. Nigdy o tym nie myślałam, że otworzę swoją działalność. To wyszło dopiero gdzieś potem, w trakcie, że może jednak tak byłoby najlepiej.

Nie pochodzi z rodziny przedsiębiorczej: rodzice pracowali, kolej rzeczy była taka, że kończysz studia i idziesz do pracy. Nie wyszło, bo charakterologicznie nie potrafiła oddawać komuś całego wpływu na swoją zawodową część życia. Pracownie architektoniczne to zwykle małe firmy, w których szeregowy pracownik ma mały wpływ na cokolwiek. Dziś sama napędza pieniądze, które zarabia, klientów, których obsługuje, i organizację pracy, i to jest uczucie, którego nie dało się przewidzieć.

Nie umiem delegować

Rynek architektury wnętrz to w większości działalności jednoosobowe, czasem z drobnym wsparciem dwóch czy trzech osób. Są też pracownie wieloosobowe, gdzie na projekt patrzy kilka par oczu, i Asia uważa to za wartościowe. Dlaczego więc tak wielu pracuje samotnie?

Po części z ekonomii. Otworzenie stanowiska to komputer na tyle mocny, żeby udźwignął programy, licencje, wzorniki. Tysiące złotych, zanim nowa osoba cokolwiek zrobi. Ale ważniejsza jest druga przyczyna:

Boisz się komuś zaufać na tyle, że ten ktoś zrobi to tak samo dobrze jak ty. […] Ja nie umiem delegować. Ja to wiem. […] Pracuję nad tym, zobaczymy.

Nazwałem jej styl wypieszczonym dzieckiem, którego nie chce oddać na wychowanie. Zgodziła się. To trochę jak zespół muzyczny, który zatrudnia kogoś do skomponowania nowej płyty. „Kto inny będzie śpiewał”, dodała.

Rzucić pracę w środku pandemii

Najpierw mała pracownia architektoniczna, gdzie nauczyła się bardzo dużo i za którą jest wdzięczna. Potem chciała zobaczyć, jak pracuje się w większej, wręcz korporacyjnej firmie, i poszła do dewelopera. Praca była w porządku, ale nie widziała tam dla siebie pola do rozwoju. Odeszła szybko i postanowiła:

To jest taki moment, że właściwie jak nie spróbuję teraz, to chyba już nie spróbuję. […] Bo czym człowiek jest starszy, tym takie decyzje trochę trudniej przychodzą. Wtedy nie mamy dzieci, więc kredyt gdzieś tam spoko, to się spłaca. […] Odpowiadam tylko i wyłącznie za siebie, więc jest na to moment, żeby spróbować.

Był rok 2020, środek pandemii. Z tyłu głowy miała też myśl, może naiwną i być może dopisaną już po fakcie, że jeśli nauczy się prowadzić firmę w trudnym okresie, to w łatwiejszych czasach będzie łatwiej. Zaraz potem przyszła wojna w Ukrainie: ceny materiałów skakały z dnia na dzień, dostępność była tragedią, klienci nie wiedzieli, czy kupować mieszkania, czy wyjeżdżać. Dziś ocenia, że rynek jest dla niej lepszy, a ona spokojniejsza o nowe tematy. Jak sama mówi, całe szczęście, że wtedy nie była tego wszystkiego świadoma.

Plan B, C do Z

Czy jest usatysfakcjonowana miejscem, w którym jest? Nigdy. Zawsze coś wymyśla i musi coś jeszcze zrobić. Ilość pracy bywa tak duża, że wie, że nie może tak żyć, więc musi to wymyślić inaczej. Pytanie o siebie za pięć lat uważa za najtrudniejsze: im jest starsza, tym trudniej odpowiedzieć, bo pojawia się więcej możliwości, a powstają zawody, o których dziewczynka z podstawówki nie miała pojęcia.

Przypomniały mi się słowa perkusisty Oskara Podolskiego z jednego z odcinków. Chciał grać na bębnach, a wszyscy pytali o plan B. Nie miał. Asia dopuszcza inną wersję:

Ja dopuszczam plan B, C do Z, myślę. Naprawdę tak ciężko powiedzieć, co życie może przynieść. Ja długi czas nawet nie wiedziałam, czy na pewno będę żyć w Polsce.

Łatwo dostosowuje się do nowych warunków i ma w sobie przeświadczenie, że sobie poradzi, choć niekoniecznie „dalej”, może w innym kierunku, może z zawracaniem po drodze. Przez pięć lat firmy nabrała pokory. Nauczyli jej ludzie, z którymi pracuje: czasem naprawdę chcesz jak najlepiej, a oni chcieli czegoś innego, i ostatecznie trzeba spełnić to, czego chcieli. Powiedziałem, że to jak usłyszeć od kogoś, że twoje dziecko jest głupie. „Jak to? Moje dziecko?”, zaśmiała się. Na tym polega ta praca.

Współpraca z architektem od A do Z

To był wątek, który chciałem odczarować najbardziej. Kupiłem mieszkanie, chcę mieć ładnie, i co dalej? Trzeba się odezwać. A potem, jeszcze przed umową i przed wysłaniem oferty, porozmawiać:

Bardzo lubię jeszcze przed podpisaniem umowy, przed decyzją o tej współpracy, nawet przed wysłaniem jakiejkolwiek oferty, porozmawiać z kimś, czego on naprawdę ode mnie potrzebuje, czy on w ogóle chce tych wizualizacji, a może nie chce.

Zażartowałem, że męczy ludzi, a oni jeszcze płacą. Jej argument: nie poświęć godziny na spotkanie przed, a potem męcz się kilka miesięcy, bo tyle trwa współpraca, a z niektórymi lata, gdy czeka się, aż dom się wybuduje. Po rozmowie idzie oferta, negocjacje, umowa i termin startu, bo prace nie zaczynają się od ręki. Bywało, że klienci czekali dziewięć miesięcy; teraz stara się skracać ten czas.

Ankieta, Excel i sprzeczności klienta

Projekt zaczyna się od ankiety, formularza w stylu ankiety Google. Asia pyta o naprawdę różne rzeczy i prosi, żeby przy tym, czego klient nie wie, tak właśnie napisać. Czasem ktoś był już w salonie łazienkowym i wie, że chce te płytki i żadne inne. Po co proponować mu inne, jeśli spełniają jego marzenie? Chyba że przy inspiracjach okazuje się, że tylko mu się wydawało, że je chce, bo nic się z nimi nie łączy. Wtedy rozmawiają.

Wypełnioną ankietę sprowadza do nudnego Excela, bo to jest mega nudna robota. Artysta i Excel. Potem spotkanie:

Ja mówię: no tak, bo tu jest napisane coś takiego, a tutaj coś zupełnie innego, bo naprawdę tak bywa. No to mówię: jak w końcu, czy tak, czy tak? […] A to zazwyczaj wywołuje śmiech: tak, my to napisaliśmy, no ale chodziło o coś innego.

Rzuty i układy funkcjonalne

Gdy Asia czuje, że wie, czego klient chce i jak to widzi, zaczyna rysować. Pierwsze są rzuty, czyli układy funkcjonalne. W mieszkaniach od dewelopera mebelki na rzutach są zwykle za małe, więc rysuje je od nowa w prawdziwych wymiarach i sprawdza: czy wyspa się zmieści, stół okrągły czy prostokątny, kanapa czy narożnik, kuchnia w literę C czy w U po dostawieniu ścianki.

Podstawą są pomiary, najlepiej jej własne, nie rysunek od dewelopera:

Zdarzyło mi się, że kuchnia na długość różniła się o 10 centymetrów względem projektu. Trzeba to zmierzyć.

Układy idą do klienta, są omawiane, łączy się z nich elementy, które się podobają, a czasem trzeba zrobić coś zupełnie innego. Do końca tego etapu jest miejsce na poprawki i spotkania.

Wizualizacje z konkretnymi produktami

Czasem konkretny produkt jest w głowie od razu. Asia opowiada o umywalce wąskiej z jednej strony i szerokiej z drugiej, która idealnie mieści się za drzwiami łazienki. Skąd wie, że taka istnieje? Doświadczenie. Kiedy indziej szuka, bo stoły mają 120, 140 albo 180 centymetrów i któryś się zmieści, ale wtedy kanapa będzie mniejsza.

Gdy układ jest docelowy, przychodzi etap wizualny: całość ubrana w 3D, w konkretne produkty, tkaniny i elementy wyposażenia, wyrenderowana i pokazana wraz z zestawieniem:

Jeżeli klient widzi jakąś kanapę, to my już wiemy, co to jest za kanapa. To nie jest jakiś randomowy model z jakiejś chmury, tylko jest gotowy.

Dostępny w sprzedaży, dopowiadam. Tak, dokładnie. Z cenami, bo każdy stół i każdą kanapę można kupić za dwa, trzy, pięć albo pięćdziesiąt tysięcy.

Budżet: blat kamienny albo kanapa

O budżecie rozmawia się na samym początku. Często Asia już wtedy widzi, że założona kwota nie pozwoli spełnić całej listy, i mówi to od razu:

Jest taki budżet, ale wam zależy na blacie kamiennym i on się tutaj nie zmieści, więc w takim razie co robimy? Czy staramy się uszczypnąć z innych miejsc, żeby ten blat kamienny mimo wszystko się zmieścił? Czy jednak akceptujecie, że to będzie wyżej? I na przykład tej kanapy nie kupicie od razu.

To brutalne, przyznaje, i czasem sama się dziwi, że ludzie jej za to płacą. Tak samo jak ja się dziwiłem. Ale albo tak, albo tak, nie da się inaczej.

Zapytałem przekornie, czy to wszystko jest naprawdę potrzebne, czy nabija kiesę. To zależy od oczekiwań z początku. Jeśli chcesz, żeby ktoś wybrał ci panele i białą farbę, a dwa gniazdka w pokoju ci wystarczą, to tego nie potrzebujesz. Dlatego rozmowa przed umową: po co wciskać komuś projekt elektryki i oświetlenia, jeśli mówi, że nie chce zmian w instalacji.

Wizualizacje to jeszcze nie koniec. Na ich podstawie powstają rysunki, czyli przełożenie tego, co widać, na język zrozumiały dla wykonawcy.

Nadzory i koordynator remontu

Klient ma projekt. Robi to sam z ekipą, czy Asia przychodzi na budowę i mówi „panie Mieciu, to nie tak”? To już nadzory, etap po projektowaniu, dostępny w zależności od potrzeb. Sama bardzo lubi polecać coś, co powstało niedawno:

To jest drobna grupa zawodowa, coś nowego, co powstało całkiem niedawno. To są osoby, które zadbają ci kompleksowo o tę realizację, bo ich zakres pracy może być taki, że to oni podpiszą umowę z wykonawcą, oni będą pilnować harmonogramu płatności, oni będą zamawiać te wszystkie rzeczy. Ty właściwie możesz tylko opłacać poszczególne zamówienia.

Uważam ten etap za najbardziej newralgiczny w całym urządzaniu mieszkania. Można mieć piękny projekt i nie być w stanie dogadać się z wykonawcą ani go zdyscyplinować, a najwięcej problemów rodzi się w rozmowach z ludźmi, którzy przy tym pracują. Asia zgadza się: ludzie są zawsze największym czynnikiem ryzyka.

Co zrobić, gdy wykonawca mówi „tak się nie da”

Przychodzi pan i mówi: co ta pani Asia wymyśliła, tego się nie da. Miała jedną taką sytuację. Projekt był zrobiony jak zawsze, ale wykonawca nie był z jej polecenia:

Przyszedł pan i powiedział, że się nie da. I mega duża krzywda to była dla inwestorki tego projektu, bo całkowicie podważył jej zaufanie wobec mnie. I tak zostało, łącznie z tym, że ona chyba zmieniła płytki, bo pan powiedział, że formatu 20 na 20 się nie da położyć, że on woli 60 na 60. Wolał, bo się szybciej kładło.

Skojarzyło mi się to z oceną usługi prawnika: kto decyduje, czy została wykonana należycie? Jeśli wykonawca mówi, że się nie da, to w oczach klienta to architekt dał ciała. „Papier przyjmie wszystko”, kwituje Asia i zaznacza, że słyszy to rzadko, był ten jeden przypadek. Ma bazę ekip, które rozumieją jej rysunki techniczne, wykonują je estetycznie i rozmawiają z klientem jak partnerzy, nie jak strony sporu. To argument za tym, żeby wykonawcę brać z polecenia architekta, a nie z ogłoszenia.

Ile kosztuje urządzenie 50 metrów? Stan na lipiec 2025

Rozmowę nagraliśmy w lipcu 2025 roku, więc wszystko, co niżej, to stan na tamten moment. Ceny materiałów i robocizny od tego czasu mogły się zmienić.

Najpierw pytanie, co jest droższe: kupno mieszkania czy jego urządzenie. Kupno, chyba że chcesz wodotrysków: kamiennych blatów i wszystkiego w naturalnych materiałach, które z natury są droższe. A ile trzeba mieć na 50 metrów? To zależy. Na tych metrach może być salon z kuchnią, łazienka i sypialnia, a może być też pokój dziecka i osobne WC, i to całkowicie zmienia wycenę. Asia podaje jednak orientacyjne założenie dla wykończenia w dobrym standardzie, takim, który przetrwa do kolejnego remontu, z częścią mebli na zamówienie od stolarza, a nie z IKEA:

Warto jest sobie założyć około 5 tysięcy na metr kwadratowy. […] Mówię już o wykonawcy, o materiałach, o wyposażeniu, zasłonach nawet łącznie i stolarzu. Więc to taki komplet, bezpieczne założenie.

Sporo, przyznaje. Da się zrobić mieszkanie za 3 albo 3,5 tysiąca za metr, tylko wtedy kupisz panele, których ona nie poleci, bo boi się o ich stan za dwa miesiące. Jeśli klient oczekuje, że zmieści się w trzech tysiącach, nie podejmuje współpracy, bo mówią o czymś zupełnie innym.

Ostrzega też przed pułapką „jeszcze tysiąc”. Na pewnym etapie remontu tysiąc w tę czy w tamtą przestaje mieć znaczenie. Tylko że zestawienie ma kilkaset pozycji, a dołożony tysiąc w dziesięciu miejscach to już inna kwota.

Co daje satysfakcję

Po wszystkich newralgicznych obszarach zapytałem, co ją w tym raduje. Efekt końcowy i zadowolenie. Jeśli ktoś spełnił swoje marzenie, fajnie mu się żyje i poleca ją dalej, bo to biznes oparty na poleceniach, to znaczy, że zrobiła dobrą robotę. Często odwiedza gotowe mieszkania:

Widzę, jak coś, co ja wymyśliłam, zaistniało w świecie.

Słowo stało się ciałem, powiedziałem. Raczej obraz? Nie, słowo, bo wszystko zaczyna się od ankiety. Czy spełnia ludzkie marzenia? Trochę, ale ludzie spełniają je sami, a ona pomaga, bo to zawsze praca zespołowa. Na tyle, na ile klient pozwoli, na tyle dobry będzie efekt. Z mojej branży znam to samo: klientom wydaje się, że skoro płacą prawnikowi, to nie muszą nic robić. Z architektem tak samo nie działa.

Marzenie: praca, która nie kosztuje życia prywatnego

Od czasu rozmowy z Adamem Lewartowskim pytam gości o marzenie i życzę, żeby się spełniło, bo to technika afirmacji. Marzenie Asi:

Chciałabym, żeby udało mi się tak poukładać moją pracę, żeby nie kosztowała mnie czasami poświęcenia mojego życia prywatnego. To jest moje olbrzymie marzenie.

Work-life balance? Nie wierzy w niego, ale można dążyć. Poczuje, że jest wyważone, gdy nie będzie miała momentów, w których praca ją drażni, bo jest jej za dużo. Czy to możliwe? Ma nadzieję. W hasło „uczyń pasję swoją pracą i nie przepracujesz ani dnia” nie wierzy tak samo jak ja. Jej problem jest konkretny: miewa dni, w których siedzi przy komputerze kilkanaście godzin, a między kilkunastoma a kilkoma godzinami jest ogromna przestrzeń do zagospodarowania. Zejście z tych kilkunastu będzie już bardzo satysfakcjonujące.

Droga do zawodu: czwarta klasa i „Podaj cegłę”

Na stronie Asi przeczytałem, że architektura wnętrz to spełnienie dziecięcego marzenia. Zapytałem, jak dziecko wpada na taki pomysł. Nie wie. Jedni chcieli być strażakami, fryzjerkami, piosenkarzami, a ona wymyśliła, że będzie architektem. Pamięta scenkę z czwartej klasy, gdy wypaliła z tym na lekcji, a pani dopytała: od budynków czy od wnętrz? Jeszcze nie wiem, ale chyba od wnętrz.

Potem, jak zaczęłam iść w tym kierunku zawodowym, to się okazało, że ja wolę myśleć o pudełku w środku niż na zewnątrz. Że to, co jest bliżej tego człowieka, jest dla mnie ważniejsze.

Była dobra z przedmiotów ścisłych i miała plastyczne predyspozycje, a w latach dziewięćdziesiątych bycie artystą uchodziło za średni pomysł na życie. Wypadkową była architektura. Pomogła telewizja: program „Podaj cegłę”, w którym dwie panie przychodziły z odjechanymi wizjami, „taka Dorota Szelągowska, tylko lat dziewięćdziesiątych”. Potem weszły Simsy, a każdy architekt przyzna, że w nie grał.

Wybór trzeba było potwierdzić wcześnie. Egzamin na politechnikę czy ASP zdawało się wtedy z rysunku, z perspektywy i głębi, więc już w liceum chodziła na kursy; czy tak jest do dziś, sama nie wie. Czy przez siedem lat do matury nie miała innego pomysłu? Trochę klapki na oczy, mówi, po części dlatego, że rodzinne wyzwania nie zostawiały czasu na głębsze zastanowienie. Poszła w to i się przyjęło, bo lubi to robić. Odkryła zajawkę, nie wiedząc, co za nią stoi, i za nią podążyła.

Architekt czy architektka?

Na początek zapytałem o formę. W nazwie działalności Asia ma „architekt”, taki też ma tytuł zawodowy. Nie ma nic przeciwko feminatywom i uważa, że „architektka” jest w porządku, choć trudna do wymówienia. Wybór był praktyczny:

Przyjęłam tę nazwę męską, architekt, bo uznałam, że mało kto będzie szukał architektki. […] Tak samo jak wpisujesz „znany lekarz”, a nie „znana lekarka”. Nie szukasz prawniczki, tylko prawnika. Czy to będzie kobieta, czy mężczyzna. Ważne, żebyśmy się dogadali.

Potraktowaliśmy to jako rozgrzewkę i nie drążyliśmy, choć to ciekawy temat na osobną rozmowę.

Najczęstsze pytania o współpracę z architektem wnętrz

Czy każdy może nazwać się architektem wnętrz? Tak. Zawód nie ma w Polsce regulacji, w odróżnieniu od architektów projektujących budynki, którzy potrzebują uprawnień i wpisu do izby. Przed wyborem architekta warto zapytać, gdzie i czego się uczył.

Po co mi architekt, jeśli wiem, co mi się podoba? Wiedzieć, co się podoba, to nie to samo, co umieć to połączyć, dopasować do wymiarów i budżetu oraz przełożyć na rysunki dla ekipy. Architekt porządkuje setki decyzji, od układu pomieszczeń po miejsce gniazdka.

Czy każdy potrzebuje architekta wnętrz? Nie. Jeśli chcesz położyć panele, pomalować ściany i wstawić meble, zrób to. Architekt jest dla osób, które oczekują od mieszkania czegoś więcej i chcą świadomie wydać pieniądze, które i tak poświęcą.

Jak wygląda współpraca z architektem wnętrz krok po kroku? U Joanny Sędzickiej: rozmowa przed ofertą, oferta i umowa, termin startu, ankieta, spotkanie nad jej wynikami, rzuty i układy funkcjonalne najlepiej na pomiarach architekta, wizualizacje 3D z konkretnymi produktami i cenami, rysunki dla wykonawcy, a na końcu opcjonalnie nadzory albo koordynator remontu.

Czy wizualizacje pokazują prawdziwe produkty? U Joanny Sędzickiej tak. Każda kanapa czy stół na wizualizacji to konkretny model dostępny w sprzedaży, z zestawieniem i ceną, więc klient od razu wie, co kupuje.

Kim jest koordynator remontu? To nowa grupa zawodowa. Zakres pracy koordynatora może obejmować umowę z wykonawcą, pilnowanie harmonogramu płatności i zamawianie materiałów, a klient wtedy tylko opłaca zamówienia.

Co zrobić, gdy wykonawca mówi, że „tak się nie da”? Sprawdzić, komu się nie da. W jedynym takim przypadku u Joanny Sędzickiej wykonawca wolał większe płytki, bo szybciej się kładły. Najbezpieczniej brać ekipę z polecenia architekta, która rozumie jego rysunki techniczne.

Co jest droższe: kupno mieszkania czy jego wykończenie? Zwykle kupno, chyba że wykańczasz mieszkanie w kamieniu i naturalnych materiałach. Koszt wykończenia zależy od układu i standardu; kwoty z tej rozmowy dotyczą lipca 2025.

Ile trwa współpraca z architektem wnętrz? Kilka miesięcy, a przy budowie domu nawet lata, bo architekt wraca domierzyć i dorysować, gdy budynek stoi. Na start projektu bywało, że czekało się do dziewięciu miesięcy.

Posłuchaj całej rozmowy

Ten artykuł zbiera ustalenia z rozmowy. Nie odda samej rozmowy, która trwa godzinę i szesnaście minut.

Nie usłyszysz tu, jak Asia przyznaje, że męczy klientów, a oni jeszcze płacą, i kwituje to słowem „skandal”. Ani tego, jak wspólnie odgrywamy dotkniętego artystę, który słyszy od klienta, że mu się nie podoba. Ani jak brzmi wers Meli Koteluk o łajbie, która buja cały czas, kiedy próbujesz złapać równowagę.

W tekście zostają zdania. W odcinku słychać, jak ktoś do nich dochodzi.

Odcinek jest też dostępny w Spotify i Apple Podcasts.

Spis treści odcinka

  • 01:03 Architekt czy architektka
  • 02:32 Czwarta klasa podstawówki i decyzja na całe życie
  • 08:14 Jak zostać architektem wnętrz
  • 09:20 Zawód, który może wykonywać każdy
  • 10:44 Inżynier czy artysta
  • 13:30 Wyrażamy klienta, nie siebie
  • 17:50 Po co ludzie przychodzą do architekta
  • 21:56 Skandynawski to nie IKEA
  • 23:27 Czy materiały wpływają na zdrowie
  • 26:00 Jak chcesz się czuć w domu?
  • 31:06 Nie każdy potrzebuje architekta
  • 35:52 Kiedy wnętrze zaczyna wkurzać
  • 39:03 Odpowiedzialność za czyjąś codzienność
  • 41:14 Nigdy nie chciałam mieć firmy
  • 42:58 Pracownie jednoosobowe i delegowanie
  • 48:05 Rzucić pracę w środku pandemii
  • 50:48 Plan B, C do Z i pokora
  • 55:04 Współpraca z architektem od A do Z
  • 57:11 Ankieta, Excel i sprzeczności klienta
  • 59:11 Rzuty i układy funkcjonalne
  • 01:01:32 Wizualizacje z konkretnymi produktami
  • 01:03:06 Budżet: blat kamienny albo kanapa
  • 01:05:33 Nadzory i koordynator remontu
  • 01:07:07 „Tak się nie da”
  • 01:08:18 Ile kosztuje urządzenie 50 metrów (stan na lipiec 2025)
  • 01:11:53 Co daje satysfakcję
  • 01:13:28 Marzenie Asi

O gościni

Joanna Sędzicka, architekt wnętrz z Łodzi. Prowadzi pracownię Sędzicka Architekt pod hasłem „projekty wnętrz do bycia sobą” i jest obecna na Instagramie. Zawód wybrała w czwartej klasie podstawówki, studiowała architekturę wnętrz na politechnice, pracowała w małej pracowni architektonicznej i u dewelopera, a w 2020 roku, w środku pandemii, założyła własną firmę. Projektuje wnętrza kolorowe, w których „coś się dzieje”, i odmawia projektów glamour.

A ty jak to widzisz?

Ciekawi mnie jedno: czy kiedykolwiek zadałeś sobie pytanie, jak chcesz się czuć w swoim domu, zanim kupiłeś do niego pierwszy mebel? I czy po tej rozmowie inaczej patrzysz na zdanie wykonawcy, że „tak się nie da”? Napisz w komentarzu.

Listy Przygodowe

Chcesz więcej takich rozmów? Zapisz się na Listy Przygodowe, a powiadomienie o kolejnym odcinku dostaniesz na maila, bez przebijania się przez setki rolek.


Pełna transkrypcja odcinka

Poniżej zredagowany zapis rozmowy z Joanną Sędzicką, podzielony na sekcje tematyczne. Redakcja objęła składnię i powtórzenia typowe dla mowy; sens wypowiedzi pozostał bez zmian.

Architekt czy architektka

Wojtek: Cześć, dzień dobry. Z tej strony Wojtek Wawrzak. To kolejny odcinek podcastu „Przygoda Życie”. Dzisiaj moim, twoim gościem jest Joanna Sędzicka. Dzień dobry. Joanna czy Asiu?

Asia: Może być Asiu.

Wojtek: Czy dowolnie?

Asia: Może być Asiu. Już się troszeczkę znamy, więc może być Asiu. Dzień dobry i dziękuję ci za zaproszenie.

Wojtek: Bardzo mi miło, że chciałaś ze mną porozmawiać. Porozmawiamy o architekturze wnętrz, ale jak już ustaliliśmy, czy Asia, czy Joanna, to jeszcze zapytam: architekt czy architektka?

Asia: Wiesz, ja w swojej nazwie działalności mam „architekt”. Taki mam tytuł zawodowy i tak sobie przyjęłam. Natomiast nie mam nic przeciwko używaniu feminatywów i architektka też jest okej.

Wojtek: Choć dość ciężka do wymówienia.

Asia: Ciężka do wymówienia. I wiesz co, ja przyjęłam tę nazwę męską, architekt, bo uznałam, że mało kto będzie szukał architektki, kiedy ludzie będą szukać.

Wojtek: Czyli jednak takie trochę nasze zakorzenione społecznie, że mniej poważnie brzmi architektka.

Asia: Nie, po prostu nikt nie będzie szukał architektki. Szukasz zawodu architekt i tyle, nie zastanawiasz się. Tak samo jak wpisujesz „znany lekarz”, a nie „znana lekarka”. Niestety tak jest. Nie szukasz prawniczki, tylko prawnika. Czy to będzie kobieta, czy mężczyzna. Ważne, żebyśmy się dogadali.

Czwarta klasa podstawówki i decyzja na całe życie

Wojtek: Potraktujmy to jako rozgrzewkę i nie drążmy. To w ogóle ciekawy temat, związany z feminatywami i z tym, co to robi odbiorcy. Natomiast my dzisiaj o architekturze wnętrz. Ale zanim o samej architekturze wnętrz, to trochę o twojej historii, bo ja na twojej stronie przeczytałem, że ta architektura wnętrz to jest spełnienie twojego dziecięcego marzenia. I tak sobie pomyślałem: fajnie to brzmi, ale jak to jest, że jakieś dziecko dziesięcio-, dwunastoletnie myśli sobie: ja będę architektem wnętrz?

Musisz o tym opowiedzieć, bo to jest coś, o czym zawsze się chyba marzy. W sensie ja zawsze zazdrościłem tym osobom, które mówiły: ja na pewnym etapie swojego życia wiedziałem, że chcę być kimś, w twoim przypadku architektem wnętrz, jestem i nie zakładałem planu B. No ale jak to dziecko wpada na to, że chce się architekturą wnętrz zajmować?

Asia: Ja nie wiem. Po prostu jedni chcieli być strażakami, fryzjerkami, nie wiem, piosenkarzami i tak dalej. A ja wymyśliłam, że będę architektem. Pamiętam nawet taką scenkę z jakiejś czwartej klasy podstawówki, kiedy była rozmowa, dzieci opowiadały, co i jak. Ja wypaliłam wtedy z tym architektem. No i pani mnie pyta: ale czy od budynków, czy od wnętrz? Wtedy powiedziałam, że jeszcze tego nie wiem, ale chyba od wnętrz. I tak mi zostało, bo potem, jak zaczęłam iść w tym kierunku zawodowym, to się okazało, że ja wolę myśleć o pudełku w środku niż na zewnątrz. Że to, co jest bliżej tego człowieka, jest dla mnie ważniejsze.

Wojtek: Czwarta klasa podstawówki, czyli jakieś 11 lat.

Asia: Tak. Nie wiem, skąd to się wzięło.

Wojtek: Były w domu jakieś plastyczne wzorce? Czy tak po prostu spadło na ciebie?

Asia: Nie, to była może z jednej strony taka trochę wynikowa, bo ja zawsze byłam okej z przedmiotów ścisłych i to nie stanowiło dla mnie zupełnie żadnego wyzwania. Z drugiej strony miałam te plastyczne predyspozycje. I wiesz, w tych latach dziewięćdziesiątych, dwutysięcznych, kiedy ja dorastałam, to bycie artystą było takie, że to jest raczej średni pomysł na życie. Wszyscy dookoła tak mówili, ja też sobie to przyjęłam, że rzeczywiście tak jest. I myślałam, co dalej mogę z tym zrobić. Jedenastoletnie dziecko w ogóle się zastanawia, co, że tak powiem, zrobić. No i wypadkowo wyszła ta architektura.

W międzyczasie pojawiały się pierwsze programy w telewizji, które były poświęcone czy wnętrzom, czy kubaturze. Pamiętam taki program, nazywał się chyba „Podaj cegłę”. Tam były takie dwie panie. Nie znasz?

Wojtek: Nie, bo ja nigdy nie marzyłem, żeby być architektem wnętrz.

Asia: Ale nie znasz „Podaj cegłę”, no jak? Tam były takie dwie panie, które przychodziły i miały takie odjechane wizje, coś tam robiły. Taka Dorota Szelągowska, tylko lat dziewięćdziesiątych. Mi się podobało to, co ona robiła. Oczywiście ja potem przestawiałam meble w domu i tak dalej. I tak poszło.

Wojtek: No ale jako to dziecko już coś przy tym dłubałaś faktycznie? Robiłaś jakieś rysunki, szkice?

Asia: Nie, nie szczególnie. Ja dużo rysowałam, ogólnie jako dziecko, dużo takich obrazów plastycznych jest u mnie w domu z mojego dzieciństwa. Trochę ten program „Podaj cegłę”, potem weszły Simsy, to każdy architekt ci powie, że grał w Simsy. Więc tak. Ale to nie było tak, że ja nie wiadomo co rysowałam, planowałam i tworzyłam szalone wizje wnętrzarskie w wieku dziecięcym. Nie, tylko miałam jakiś taki pomysł i potem za nim poszłam.

Wojtek: Potem, czyli przez gimnazjum i przez liceum, cały czas miałaś to w głowie, że chcesz być tą architektką wnętrz.

Asia: Tak, ale wiesz, u nas jest tak, że właściwie już w liceum musisz się dosyć mocno na to zdecydować, bo musisz chodzić na kursy rysunku, żeby potem zdać egzamin czy na ASP, czy na Politechnikę, bo to właśnie są egzaminy z rysunku. Znaczy nie wiem, jak teraz, kiedyś były. I na tyle istotne na tych egzaminach z rysunku jest pojęcie perspektywy, pojęcie głębi, zwracania uwagi odbiorcy na poszczególne elementy, że właściwie bez kursu ciężko się dostać dalej na studia. Więc dosyć wcześnie musisz zacząć iść w tym kierunku. To nie jest tak, że tylko podchodzisz do matury i idziesz dalej, tylko wcześniej musisz się zacząć przygotowywać. I wiesz, jak to jest. Zaczynasz poświęcać ten czas, więc potem to idzie. Idziesz dalej w to.

Wojtek: Ale naprawdę nie miałaś nigdy na przestrzeni tych siedmiu lat do matury myśli pod tytułem „inny pomysł”? Czy to jest faktycznie takie fajne? Czy ja dobrze wybieram? Byłaś tak ukierunkowana, po prostu klapki na oczy i architektura wnętrz?

Asia: Trochę tak, wiesz, ale to trochę też jest związane życiowo, że miałam takich innych osobistych wyzwań, że tak powiem, rodzinnych i tak dalej, że ja może nawet nie miałam czasu, żeby się nad tym głębiej zastanowić. Natomiast szczęście mam takie, że poszłam w to i że to się przyjęło, bo to jest coś, co ja ogólnie lubię robić. Oczywiście mierzę się z różnymi wyzwaniami dnia codziennego, wiadomo, jak każdy, ale nie mam tak, że to jest dla mnie uciążliwe, że to mnie nie interesuje, że nie zwracam uwagi na tę architekturę. To jest dla mnie ważne.

Wojtek: Czyli odkryłaś organicznie zajawkę, nie wiedząc, co za tym stoi, i podążyłaś za tą miłością.

Asia: Totalnie nie wiedząc.

Wojtek: To jest taka trochę romantyczna miłość, można by powiedzieć.

Asia: Trochę tak.

Jak zostać architektem wnętrz

Wojtek: Skoczyłaś na głęboką wodę i proszę, zadziałało. A powiedz mi, jak to kształcenie architektów wnętrz w Polsce wygląda? Czyli ktoś, kto czuje tę zajawkę tak jak ty i chce być architektem wnętrz, musi się dostać gdzie? Powiedziałaś, że na Politechnice studiowałaś. To jest jedyna opcja w Polsce, żeby zostać architektką wnętrz?

Asia: Nie, nie. Zwłaszcza teraz, bo teraz dużo jest kursów, mniejszych, większych, które pozwalają ci zawód architekta wnętrz robić. Ja sobie chwalę studia na Politechnice, bo dużo było różnych zagadnień technicznych. Dużo było też wiedzy o budynkach, o instalacjach w tych budynkach, o tym, z czego zbudowana jest ściana, jakie ma warstwy, co tam się dzieje i tak dalej. Więc uważam, że to jest mega ważne, mega istotne i nie na każdych studiach to jest. Ale można też iść czy na Akademię Sztuk Pięknych, czy na prywatne uczelnie, które też realizują takie programy. Także możliwości jest naprawdę dużo w tym momencie.

Wojtek: Czyli zawodowy architekt wnętrz to ktoś, kto ma dyplom, ale niekoniecznie dyplom uniwersytetu, tylko jakieś szkolenia podyplomowe czy coś w tym stylu.

Zawód, który może wykonywać każdy

Asia: Dokładnie, bo architekci kubaturowi muszą mieć uprawnienia i muszą mieć swój wpis do izby, i dopiero na tej podstawie mogą projektować i te projekty składać w urzędzie, żeby dostać odpowiednie pozwolenia. Natomiast my takich regulacji póki co nie mamy. Mówi się troszeczkę o tym, żeby to jednak jakoś usystematyzować, dlatego że mamy różne wykształcenia i różne poziomy wiedzy, i warto by było być może jakoś tę wiedzę zacząć sprawdzać i weryfikować, żeby trochę ustrzec potem klientów przed ludźmi, którzy niekoniecznie mają odpowiednie kompetencje. No ale na razie tego nie ma. Na razie jest tak, że właściwie możesz być architektem wnętrz w momencie, kiedy chcesz.

Wojtek: Czyli jakbym się uparł, to mógłbym jutro otworzyć swoją stronę internetową i powiedzieć, że jestem architektem wnętrz.

Asia: No właściwie tak.

Wojtek: Czyli trochę jak chyba z coachingiem w Polsce, w kontrze do psychoterapii czy psychologii. To nie wpływa trochę na postrzeganie tego zawodu przez przeciętnego konsumenta, przeciętnego użytkownika? Kim tak naprawdę jest ten architekt wnętrz, skoro nie musi mieć żadnych uprawnień?

Asia: „Przecież ja wykończyłam trzy mieszkania, bo pierwsze jakieś dawno, teraz niedawno też zrobiłam. Fajnie wyszło, wszyscy mówią, że jest okej, no więc co, zaprojektowałam, jestem architektem wnętrz”.

Wojtek: Wizjonerem wręcz.

Asia: Wizjonerem.

Inżynier czy artysta

Wojtek: To jest w ogóle też ciekawe zderzenie tego, o czym mówisz w kontekście wykształcenia technicznego, bo jeżeli Politechnika, to rozumiem, że jesteś inżynierem. A z drugiej strony wizjonerstwo i kreacja. Jeszcze wspomniałaś o ASP, czyli o szkole sztuki. Inżynier czy artysta? Kto to jest?

Asia: Taki ktoś, kto to wszystko łączy, nie ma innego wyjścia, bo musisz spiąć wszystkie tematy związane z technicznymi zagadnieniami mieszkania. Czy elektrykę, czy instalację, czy możesz zrobić prysznic ze spadkiem w podłodze, czy to ci się może nie zmieści, bo nie będzie tego spadku, bo coś się wydarzy. Musisz zaplanować, gdzie będą jakie włączniki światła. Teraz też dużo wchodzi systemów inteligentnych, więc też trzeba o tym umieć porozmawiać z instalatorem, z fachowcami, z konstruktorem. Czasami przesuwamy jakieś otwory w ścianach nośnych i też potrzebujemy tej rozmowy z nimi. A z drugiej strony po to się do ciebie przychodzi, bo ktoś chce mieć estetycznie w tym domu, ktoś chce mieć ładnie, chce mieć w jakiś sposób wyjątkowo, inaczej niż wszyscy. I też musisz być tym artystą.

I u nas na Politechnice to był taki fajny kierunek, że mieliśmy malarstwo. Na Politechnice, uczelni technicznej, chodziliśmy z takimi wielkimi teczkami, obładowani farbami, pędzlami, i to było malarstwo na zaliczenie.

Wojtek: Czyli jednak da się połączyć świat wiedzy technicznej, inżynieryjnej ze światem kultury i sztuki. Mnie się przypomina takie hasło jak sztuka użytkowa. Czujesz się też twórcą, artystą w tym wszystkim, co robisz?

Asia: Bardzo małymi momentami tak, ale jednak najwięcej jest pracy takiej stricte technicznej, układania układanki z tych wszystkich wytycznych klienta pod to, żeby zaprojektować mu jakiś kawałek jego życia, i po to, żeby to wszystko do siebie pasowało. Potem wchodzą jeszcze kwestie budżetu, żeby to wszystko odpowiednio spiąć, żeby wydobyć maksymalny potencjał. Czasami myślimy o tym, co się w tym wnętrzu wydarzy nawet za 10–15 lat. Jakie potencjalne zmiany mogą być potrzebne dalej i jak już teraz zaplanować to mieszkanie czy dom, żeby te zmiany były możliwe.

Wojtek: Brzmi jak olbrzymie wyzwanie, dlatego że jak myślimy sobie o sztukach typowo artystycznych, to bardziej myślimy o wyrażaniu emocji.

Asia: I wyrażaniu siebie, nie?

Wojtek: Wyrażaniu siebie. A tutaj czuję, że bardziej kładziesz nacisk na to, żeby to było funkcjonalne, żeby spięło się w budżecie, żeby dało się to realnie wdrożyć i żeby miało jakiś walor użytkowy.

Wyrażamy klienta, nie siebie

Asia: Tak, i powiem więcej: tak jak o tym wyrażaniu siebie wspominałeś, to my bardzo często musimy wyrazić klienta, nie siebie. Więc często jest tak, że nasze potrzeby, że tak powiem, wizjonerskie, czy coś by się bardzo chciało zrobić, to my to sobie możemy wsadzić w buty, bo przychodzi do nas ktoś, kto chce coś zupełnie innego, i uważam, że nie możemy mu wciskać na siłę tego, co my byśmy chcieli zrobić, tam, gdzie my byśmy chcieli zamieszkać. Tylko trzeba spojrzeć na to, gdzie ten człowiek chce żyć ze swoją rodziną.

Wojtek: Ja jestem bardzo osadzony w świecie muzycznym i tak mi się to kojarzy z zatrudnianiem muzyków albo do przygotowania muzyki filmowej, albo wręcz do przygotowania muzyki komercyjnej do jakiegoś festiwalu, wystąpienia, reklamy. Twoje wyrażanie siebie bardziej jest nakierowane na wyrażenie siebie poprzez kontakt z drugą osobą, czyli wzięcie czegoś od niej, przetworzenie przez siebie, ale zrobienie tego tak, żeby ten ktoś czuł, że to jest jego.

Asia: Dokładnie. I to jest właśnie projekt zrobiony z sukcesem, kiedy ten ktoś mówi: „Oj tak, ja właśnie w czymś takim chcę żyć, chcę tam mieszkać, to jest moje”.

Wojtek: Nie jest w tym też jednocześnie dużo psychologii?

Asia: No, nie chciałabym może tak powiedzieć.

Wojtek: To jest takie silne posunięcie empatii, zastanowienie się. Artyści z reguły mówią: doceniamy naszych odbiorców, jasne, ale my przede wszystkim myślimy o sobie, jak im się podoba, fajnie, a u ciebie to rozumowanie jest odwrócone. Czy najpierw myślisz o tym kimś i musisz go tak zbadać, tak dotrzeć do jego potrzeb, emocji, gustów, żeby ten projekt był tak naprawdę wyrażeniem jego?

Asia: Tak, ale tutaj bym jeszcze dodała, że to też nie jest tak, że przyjdzie do mnie ktokolwiek i ja zrobię cokolwiek. Tylko muszę jakoś poruszać się w tej stylistyce, która jest jemu też bliska. Czyli ja na przykład nie odnajduję się w projektach wnętrz glamour, takich bardzo ozdobnych. Nie lubię tego i kilka razy, kiedy ktoś do mnie przyszedł z takim pytaniem, po prostu odmówiłam. Powiedziałam, że ja tego nie zrobię, bo ja tego nie czuję. Nie potrafię, po prostu nie umiem. Więc też wydaje mi się, że to jest bardzo ważne, żeby dopasować sobie po pierwsze stylistykę tego architekta, żeby nie było zaskoczenia, że: ej, ale ja w ogóle co innego chciałam, to nie to. A z drugiej strony, żeby potrafił to wszystko tak zrobić, żeby oddać to, co ten klient ma tak naprawdę w głowie.

Wojtek: Czyli trochę szukamy jakiejś, powiedzmy, pokrewnej duszy albo, jeszcze bardziej disneyowsko romantycznie, drugiej połówki wnętrzarskiej.

Asia: To w ogóle jest idealna sytuacja, kiedy się spotykamy i od razu możemy siedzieć, gadać i coś sobie opowiadać, i okazuje się, że jeszcze mamy jakieś inne fajne wspólne zainteresowania, że czujemy się ze sobą swobodnie, że czujemy też, że jak ja powiem temu komuś, że mi się nie podoba, że ja troszeczkę coś innego chciałam jednak, to będzie okej. Takie od samego początku budowanie wzajemnego zaufania jest mega istotne i tak jak ja mam swoje doświadczenie, to właśnie z takich relacji wychodzą najfajniejsze rzeczy.

Wojtek: Jak często ci się zdarza na taką relację natrafić?

Asia: Ja się staram tak kierować swoim marketingiem marki, żeby było to jak najczęściej. No ale wiadomo, że spotyka się czasami takich klientów trochę niedostępnych, że ta powierzchowna warstwa relacji jest bardzo okej, ale tam w środku dzieje się dużo rzeczy niewypowiedzianych i czasami ciężko jest to na samym początku wykryć i od razu zrozumieć. Ciągle się tego uczę, żeby coraz lepiej sobie z tym radzić. No ale zdarza się czasami tak, że rzeczywiście coś nie do końca działa i dopiero gdzieś jest taki moment przełamania, że już musimy do czegoś dojść i trzeba usiąść i porozmawiać.

Wojtek: Musimy do czegoś dojść. Do czego?

Asia: Do sukcesu, do rezultatu, który będzie satysfakcjonujący.

Po co ludzie przychodzą do architekta

Wojtek: No i właśnie, czego szukają ludzie, przychodząc do ciebie czy do architekta wnętrz? Co jest tym sukcesem, czyli co jest efektem twoich starań?

Asia: A to zależy, bo są tak naprawdę bardzo różne potrzeby ludzi, którzy szukają potencjalnie takiej współpracy. Jedni przychodzą po efekt „wow”. Mówią, to jest dosłownie zdanie moich klientów: „My chcemy, żeby tutaj się mieszkało, żeby to było tak, że jak każdy wejdzie, to powie: wow, tutaj tak można mieszkać”. Czyli taki efekt estetyczny, a potem przy okazji funkcjonalnie. Są tacy, którzy przychodzą i mówią: ja nie wiem, mi się podoba wszystko, mam wielką tablicę inspiracji na Pintereście. Tam coś już jest przygotowane, ale ja nie wiem, jak to połączyć. Ja chciałabym to zobaczyć. I właśnie to zobaczyć, czyli pokazać tę wizualizację, to jest często taka ulga dla tych ludzi, że oni zobaczą i mówią: aha, czyli tak to będzie, no to fajnie, to mi się podoba. Więc to jest to.

A też czasami jest tak, że po prostu przeraża ich ilość tych decyzji, czy zakupowych, czy potem z ekipą ustaleń: gdzie ma być gniazdko, gdzie ma być co, czy ja chcę panele winylowe, laminowane, czy podłogę drewnianą, czy ja mogę sobie kupić te płytki do łazienki za 300 złotych za metr, czy ja muszę szukać czegoś za 100 złotych na przykład, czy wszystko zepnie się z budżetem. Więc dużo jest takich aspektów, a czynniki, które decydują o tym, że ktoś bierze współpracę z architektem, są różne.

Wojtek: To, co powiedziałaś o tym efekcie wow dla innych, to mnie tak trochę zatrzymało, a wręcz zmroziło, bo można by tak trochę psychoterapeutycznie takiego klienta zdiagnozować, o co tutaj chodzi. Bo przecież robisz mieszkanie chyba dla siebie i dla zaspokojenia twoich potrzeb, a nie zaspokojenia potrzeb kogoś innego.

Asia: A ja bym powiedziała inaczej. On miał swoją własną potrzebę, żeby inni go tak postrzegali, żeby wyrazić siebie przez to mieszkanie. „Chciałem mieszkać w jakimś oryginalnym miejscu. Jesteśmy oryginalni, zwracamy uwagę na estetykę. Jest to dla nas ważne i chcielibyśmy, żeby od samego progu naszego domu, miejsca, gdzie żyjemy, było to pokazane”.

Wojtek: Nie myślisz, że jest trochę cienka granica między „ja jestem oryginalny” a „wydaje mi się, że jestem oryginalny”? Między kreatywnością a trochę takim snobizmem i próżnością. I łatwo ci jest odsiewać takich klientów na podstawie pobudek? Czy dla ciebie to już w ogóle nie ma znaczenia i ty nie idziesz tak głęboko, co tak naprawdę stoi za jego potrzebą?

Asia: Wiesz co, ja myślę sobie, że zawsze, kiedy zależy nam na efekcie estetycznym, to jakiś element próżności się pojawia. Tak samo jak, nie wiem, chcesz kupić sobie jakieś fajne, fancy ubrania. Swoje potrzeby zaspokajasz w ten sposób. Swoje próżne pobudki, żeby robić jakieś określone wrażenie.

Wojtek: No to prawda, bo jednak jak pomyślimy o doborze ubrań, to jest to eksponowanie czegoś w przestrzeni publicznej. I chyba najczęściej jest tak, że osoby wybierające ubrania bardziej rzucające się w oczy nie robią tego przez przypadek. Jak ktoś chce być cichy i niezauważony, to jest cichy i niezauważony. Przychodzą też tacy klienci wnętrzarscy, którzy mówią: ja chcę skromnie, prosto i minimalistycznie, bez efektu wow?

Asia: Chyba nie, ale to chyba wynika też z tego, że moje projekty są takie, że tam się coś dzieje i są kolorowe. Pojawiają się jakieś ciekawe elementy, więc mając takie portfolio, nie ściągnę kogoś, kto chciałby mieć tak totalnie minimalistycznie i totalnie na gładko, że tak powiem.

Skandynawski to nie IKEA

Wojtek: Czy skandynawsko to jest dobre określenie? Bo to się często pojawia wśród trendów wnętrzarskich, że skandynawski styl, taki minimalistyczny, ascetyczny. To jest dobre skojarzenie w ogóle?

Asia: Jeśli o takim skojarzeniu mówimy, to tak, bo ja się zawsze boję tego skojarzenia: skandynawskie równa się IKEA. I tak, ale nie. Dla mnie szwedzki, skandynawski styl na przykład to jest taki bardziej surowy, taki, w którym bardzo się ukierunkowujemy na naturalne materiały, na dobrą ich jakość i staramy się wbudować głównie te elementy, które spełniają jakąś funkcję, ewentualnie budzą sentyment. I to jest taka szwedzka filozofia lagom, że wszystko jest takie, tyle, ile potrzeba, i nic więcej, nic ponadto.

Wojtek: Ciekawe. Czyli jesteśmy jeszcze bardziej na poziomie użytkowym niż efekciarskim, można by powiedzieć.

Asia: Że po prostu to, że ten stół jest z naturalnego materiału, jest dla nas przyjemne, bo obcujemy z tym naturalnym materiałem trochę tak, jakbyśmy byli gdzieś na zewnątrz, i jest to dla nas przyjemne, pobudza nasze zmysły poza wzrokiem. A w momencie, kiedy skupiamy się tylko i wyłącznie na tej estetyce, to nasycamy tylko tym swoje oczy, chociaż też nie zawsze, bo czasami wprawne oko zobaczy, że to nie jest naturalny materiał, i czuć jakiś taki fałsz w tym wszystkim.

Czy materiały wpływają na zdrowie

Wojtek: Odniosłaś się do materiałów i to od razu prowokuje moje pytanie, bo przypomniało mi się, jak byłem kiedyś na prelekcji na wydarzeniu na Pustyni Błędowskiej i był tam człowiek zajmujący się urządzaniem wnętrz wyłącznie w prawdziwym drewnie. Powiedział coś, co mnie zatrzymało i teraz mi się przypomniało: że są podobno nawet badania naukowe pokazujące, że w kontakcie z materiałami sztucznymi, imitującymi powiedzmy drewno, gorzej się czujemy, nawet nie tyle psychicznie, co fizycznie. Moje pytanie do ciebie brzmi: czy sposób urządzenia wnętrza, wykorzystanie tych materiałów, to wyłącznie kwestia przyjemności głowy? Czy też w jakimś sensie kwestia fizyczności i zdrowia?

Asia: Wiesz co, ja myślę, że to jest ze sobą bardzo połączone, bo zauważ, że jeżeli mamy jakiś stres, coś nas denerwuje, to bardzo szybko ten stres odkłada się w naszym ciele. Jedni mają napięcia mięśni karku, inni mają to gdzieś w brzuchu i coś się dzieje, jakieś problemy jelitowe i takie różne sprawy. Więc tego się nie da oddzielić. To jest zawsze wszystko ze sobą połączone i jedno wpływa na drugie. I odwrotnie: jak coś dolega twojemu ciału, to zaczynasz się tym martwić, stresować.

Wojtek: I wierzysz rzeczywiście, że wnętrze i to, czym się otaczamy, jest w stanie w jakiś sposób nas ukoić? A jeżeli nie ukoić, to przynajmniej wpłynąć łagodząco?

Asia: Tak, moim zdaniem tak. Zdecydowanie. W momencie, kiedy przekraczamy próg miejsca, które właśnie po to jest stworzone, żeby kojąco wpływać… Przywołaj sobie na przykład miejsca, gdzie jest balijski masaż. One są często bardzo charakterne: jest tam przyciemnione światło i to światło już od razu wpływa na to, że się uspokajasz, wprowadzasz się w senny nastrój. Są chropowate materiały, które kojarzą się być może z jakąś podróżą gdzieś daleko. Wilgotność powietrza w tym wnętrzu też ma ogromne znaczenie dla tego, jak się tam czujemy. To ma wpływ na przykład na kondycję naszej skóry, więc tych zależności jest bardzo dużo i warto o tym myśleć.

Jak chcesz się czuć w domu?

Wojtek: Czy to też jest element twojej rozmowy z klientem, żeby nie nazwać tego żargonem briefowania klienta, pod tytułem „jak pan czy pani chce się czuć w tym wnętrzu”?

Asia: Staram się o tym mówić, o to pytać. Nie każdy na pierwszej rozmowie jest gotowy, żeby to w ogóle opowiedzieć. Bo jakbym się ciebie zapytała, jak chcesz się czuć w domu? Już chwilę porozmawialiśmy, więc pewnie trochę się otworzyłeś i byłbyś w stanie coś mi powiedzieć, że potrzebujesz tego czy tego. Ale nie każdy tak ma. Natomiast jest dużo pytań pomocniczych, także o to, jak wygląda praca. I czasami ktoś mówi: no pracuję, ale ta moja praca jest tak stresująca, że wie pani, jak potem przychodzę do domu, to właściwie tylko padam i aby tylko jakaś pufka pod nogi, głowę oprzeć i już. Aha, dobra, czyli ty potrzebujesz miękkiej kanapy, która się zapadnie, tego podnóżka, żeby się wyciągnąć, albo narożnika. No to pewnie jeszcze fajnie by ci było dotknąć czegoś miłego, mięciutkiego, żeby ta tkanina na kanapie była jakaś fajna, nie? No i to tak właśnie jest.

Wojtek: I faktycznie potem przychodzą do ciebie klienci, którzy mówią: kurczę, fajnie, że po tej pracy byłem w domu i to było rzeczywiście takie odprężające?

Asia: No tak.

Wojtek: To chyba największa satysfakcja z wykonanej pracy, kiedy realizujesz tę główną potrzebę.

Asia: Ja też czasami wracam do moich klientów po kilku miesiącach, latach, z pytaniem, jak tam się żyje, bo teraz już coś wiedzą, jak się żyje. Na szczęście póki co wszyscy mówią, że dobrze, więc to zawsze kamień z serca, ale wysyłam tego maila zawsze z takim „o matko”.

Wojtek: Ciekawe, co będzie. Myślę, że zadajesz paradoksalnie dość trudne i wymagające pytania we współczesności.

Asia: No, ja wiele wymagam od ciebie, niestety.

Wojtek: Bo to pytanie, które powiedziałaś, czyli jak chcesz się czuć w swoim mieszkaniu, to jest w ogóle znowu taka chwila zatrzymania się, autorefleksji. W jednym z ostatnich odcinków rozmawiałem z Moniką Ciesielską i ona z kolei jako dietetyczka zadaje takie pytania otwierające: kiedy czujesz się głodna albo co czujesz, kiedy jesteś głodna. Także to bardzo celna uwaga, bo zobacz, że my mieszkamy w jakimś wnętrzu.

Asia: Właśnie, zawsze w jakimś wnętrzu jesteś, nie?

Wojtek: Nie mamy wyjścia nie być. Znaczy mamy, ale jednak dążymy do tego, żeby być w takim wnętrzu, a skonfrontowani z pytaniem, jak byśmy chcieli się w nim czuć, możemy mieć takie: „o co ona mnie pyta, jak chcesz się czuć, przecież muszę zjeść obiad, obejrzeć wiadomości, położyć się spać, iść do pracy, jak ja mam się czuć?”.

Asia: A ty możesz mieć na to wpływ, nie? Czy to wnętrze będzie cię napędzać, pobudzać, będzie bardziej dynamiczne, czy wręcz przeciwnie: chcesz tam sobie po prostu odpoczywać, mieć takie kanapowe życie i czuć się błogo. I to są w ogóle dwa różne wnętrza.

Wojtek: No bo na pewno też inaczej podejdziemy do mieszkania, a inaczej do mieszkania z jednym pomieszczeniem do pracy bądź w ogóle z przestrzenią biurową, bo aranżacja przestrzeni do pracy będzie diametralnie inna niż aranżacja przestrzeni do mieszkania.

Asia: Tak, i ja też mam często takie rozmowy z moimi klientami, bo to bardzo częsty przypadek, że ludzie kupują, powiedzmy, mieszkanie 60–70 metrów kwadratowych i wiemy na starcie, że w jednym pokoiku ma się dziać praca. No i moje pierwsze pytanie zawsze jest takie: czy na pewno chcesz przynajmniej jedną trzecią życia spędzać w tym jednym małym pokoiku, jak sobie kupiłeś 70 metrów mieszkania? I powiem ci, że zdarzyło mi się, że tę pracę przenosiliśmy trochę jednak do salonu, bo okazywało się, że na przykład chłopak po pracy jeszcze sobie coś na komputerze gra, no i by się okazało, że on właściwie na 8 metrach kwadratowych życie spędza. Ale właśnie zmienialiśmy te układy. Jeden z takich jest teraz w realizacji, póki co wszyscy zadowoleni, więc zobaczymy, jak się tam będzie żyło.

Wojtek: Ja mam z kolei w głowie taką wizję, że ja bym bardzo, tak mi się wydaje, bardzo bym chciał pracować w kuchni. Blat.

Asia: Okej.

Wojtek: Taki à la wyspowy, na którym położyłbym swojego notebooka i siedząc na zydlu niemal barowym, pracował przy tym komputerze.

Asia: Za długo byś tam pewnie nie wysiedział, ale może o to chodzi, nie?

Wojtek: O to pewnie chodzi, że to taka chwila na sprawdzenie maila z kawką. I pewnie wiele osób ma takich zakorzenionych przekonań i chyba twoim zadaniem, jak to czytam, jest usiąść z tym człowiekiem i wydobyć to. Czyli trochę skłonić go do refleksji, bo skoro już, człowieku, wydajesz taką kasę na urządzenie czegoś, to może warto było się zastanowić, dlaczego i po co w taki sposób. Bo oczywiście możesz szybko pomalować ściany, nakleić jakiś obraz, panele położyć i już żyć.

Asia: I można żyć, nie? Jakoś to będzie.

Nie każdy potrzebuje architekta

Wojtek: I tu od razu, trochę w kontrze, zadałbym pytanie, bo domyślam się, że ktoś, jak nas słucha, może też powiedzieć: to jest właśnie to zepsute dzisiejsze pokolenie, życia nie znają. Ta nowomowa, co to za urządzanie mieszkania, „jak ja mam się czuć”? Mieszkanie służy do mieszkania. O czym w ogóle tu mówimy? Spotykasz się z takimi reakcjami, że dorabiasz do tego ideologię i jesteś trochę orędowniczką tego zepsutego zachodnioeuropejskiego świata?

Asia: Tak, często tak, bo tak jak powiedziałeś: można po prostu przyjść, położyć panele, pomalować ściany na biało, wstawić meble, no i żyć, nie? I to jest okej, jeśli komuś to odpowiada, oczekuje tyle i tak chce, no to tak zrób. Ja nawet nie zamierzam namawiać, zachęcać, że warto czy nie warto. Ale jeśli oczekujesz czegoś więcej, w różnych tych aspektach współpracy, o których wcześniej wspominałam, to pomyśl, bo może warto się nad tym pochylić. Ten czas i te pieniądze i tak poświęcisz, tylko pytanie, z jakim efektem i co z tego będziesz miał potem dla siebie.

Wojtek: To też jest chyba trochę pytanie o to, jak my codziennie patrzymy na naszą przestrzeń mieszkalną, bo ja też pracuję z dużą ilością ludzi, często z cyfrowymi nomadami, i domyślam się, że nie dla każdego mieszkanie samo w sobie jest przestrzenią na tyle ważną, żeby poświęcać mu taką energię. Może się okazać, że ktoś chce się tam kimnąć, kolokwialnie mówiąc, a trzy czwarte roku spędza w różnych domkach, w różnych miejscach świata. Dla niego to, co mówimy o kształtowaniu jego codziennego samopoczucia, to totalna abstrakcja, bo dla niego ten dom to w ogóle nie jest ta przestrzeń. Nie kojarzy tego z poczuciem komfortu, oazą, czymś, gdzie wraca.

Asia: Ale wiesz, ja też jestem trochę w tym świecie podróżników, bo sama często staram się gdzieś wyjeżdżać, podróżować, i mamy internetowych znajomych, którzy postanowili sprzedać mieszkanie, sprzedać dom i ruszyć w świat. No i oni są szczęśliwi. Uwolnili się od konieczności spłacania kredytu przez ileś lat, jeżdżą po świecie, spełniają się, a co dalej, to się okaże. Tak naprawdę zawsze możesz wrócić, zawsze możesz wybrać inne mieszkanie, cokolwiek, ale dla nich w tym momencie domem jest świat.

Wojtek: Czyli oni cię nie potrzebują.

Asia: Oni mnie nie potrzebują. Nie każdy mnie potrzebuje.

Wojtek: Czyli nie jesteś z tych nawiedzonych guru, którzy mówią, że każdy musi mieć dopieszczone mieszkanie zaspokajające jego potrzeby. Przybywajcie!

Asia: Nie, nie, totalnie nie.

Wojtek: To dobrze. Dobry dobór gości.

Asia: Dziękuję.

Wojtek: Bo to też gra z moimi przekonaniami: zawsze unikam szufladkowania, że coś każdy na pewno potrzebuje. Może się okazać, że, jak twoi znajomi, nie każdy potrzebuje w ogóle domu. I to mi się z kolei kojarzy z cytatem z piosenki zespołu Hey, chyba z takiej białej płyty, już nie pamiętam, jak się nazywa. Pada tam sformułowanie: „Dom to nie miejsce, lecz stan”. I to chyba właśnie o tych twoich znajomych: jeżeli ktoś nie postrzega mieszkania jako domu, w którym jest w głowie, tylko jest w domu gdzieś indziej, to urządzanie wnętrza w ogóle go nie dotyczy.

Asia: No ale pomyśl jeszcze od strony stricte ekonomicznej. Dojechał cię ten kredyt po prostu, tak? Widzisz, że mnóstwo tych twoich pieniędzy zarabiasz po nocach na to, martwisz się, żeby spłacić, bo jak nie spłacisz, to ci bank zabierze. No to czy ten dom jest tym bezpiecznym miejscem, czy może już trochę więzieniem? I naprawdę, niezależnie, oni by tam mogli mieć wodotryski i same ikony designu, i oni by się tam nie czuli dobrze.

Wojtek: Czyli sami sobie to robimy, narzucając presję w różnych dziedzinach, bo dla jednego to będzie mieszkanie: ja muszę mieć własne mieszkanie, na kredyt, własny dom; inny musi mieć samochód Porsche, inny najdroższe ciuchy, a jeszcze inny piękne zegarki. Tylko zawsze jest pytanie, co za tym tak naprawdę stoi. Nasza potrzeba, czy może potrzeba kogoś innego, a może zaimponowania? A może po prostu tak się robi, nie?

Asia: Może tak się robi.

Wojtek: Otwieramy tą architekturą wnętrz tematy, które by się wydawały z nią niezwiązane, ale tak mi się wydaje, że wszystko, co robisz, jest mocno osadzone w naszym codziennym życiu i ta przestrzeń jest nieodłącznym elementem codzienności, tylko my często ją tak trochę chyba bezrefleksyjnie traktujemy.

Kiedy wnętrze zaczyna wkurzać

Asia: Trochę ignorujemy, trochę jest takim bezbarwnym tłem, w którym nic się nie dzieje. I o ile jeszcze jest bezbarwnym tłem i nam to w miarę pasuje, to okej. Najgorzej jest wtedy, kiedy zaczyna nas coś wkurzać. Na przykład hałas za oknem. Albo wycięli nam drzewa i stawiają obok coś innego. Albo rano wstajemy i pierwsze, co robimy, to uderzamy się kolanem o kant łóżka. Różne są takie rzeczy i uważam, że momenty, w których to zaczyna już tak negatywnie na nas wpływać, to są te, w których coś trzeba z tym zrobić.

Wojtek: Bo to trochę tak, jakbyśmy mieszkali na ringu: wstajemy i od razu jest potyczka z czymś.

Asia: Tak, no weź, zaczynaj tak dzień. Proszę cię, przecież to gorsze niż wstanie lewą nogą.

Wojtek: Choć z drugiej strony, jak ktoś codziennie rano musi walnąć mocną kawkę, to może dla niego lepiej będzie walnąć się tym ranem w kant łóżka.

Asia: Tych, co się uderzają w ten kant łóżka, to zobaczymy, co ci odpowiedzą.

Wojtek: I faktycznie przychodzą do ciebie ludzie, którzy mówią: pani Asio, wkurza mnie ten mój dom, muszę coś tu zmienić?

Asia: Miałam taki projekt teraz, zimą tego roku. Było mieszkanie, w ogóle złożone z dwóch. I ci ludzie potrzebowali zmian, bo okazało się, że deweloper wybudował im obok inny budynek mieszkalny, którego nie do końca się spodziewali. Ten budynek zabrał całe światło z części dziennej. Zaburzył w ogóle poczucie intymności. Widoku na drzewa, które były wcześniej, nie ma, wykasowane. I my się zastanawialiśmy, co możemy z tym zrobić. W układzie funkcjonalnym wyszło między innymi, że zamieniliśmy w ogóle sypialnię z częścią dzienną, bo ta sypialnia była w tym momencie najlepiej nasłonecznionym miejscem w całym mieszkaniu.

Wnętrze powstało bardzo fajne, bardzo ładne. Podobało się inwestorom jako takie, że w ogóle fajne. No ale jednak te czynniki zewnętrzne były bardziej istotne i wyprowadzili się, postanowili poszukać czegoś innego i będą żyć gdzieś indziej.

Wojtek: Bo jak mi powiedziałaś o tym hałasie za oknem, braku światła i braku drzew, tak mi się skojarzyło, że naprawianie tego projektem wnętrza jest trochę kopaniem się z koniem.

Asia: To jest jak plasterek na złamanie.

Wojtek: Przecież to tak naprawdę są już warunki poza tym pudełkiem, o którym mówiłaś, że lubisz zaglądać do środka. Tych warunków już nie zmienisz, cokolwiek byś nie robiła. Chyba że zakleisz okna i zrobisz tapetę z lasu.

Asia: No tak, tylko że to jest zawsze jeszcze ta decyzja ekonomiczna, bo wyremontować jedno mieszkanie a pójść kupić drugie, zrobić całą przeprowadzkę… To nowe mieszkanie i tak trzeba będzie jakoś wyremontować, coś wykonać. To są różne rzeczy, trzeba to sobie wyważyć, zobaczyć, co komu lepiej odpowiada. I to nie było tak, że to mieszkanie było totalnie nie do uratowania. Jeszcze dopuszczali tę myśl, że a może jednak, no ale jednak nie.

Odpowiedzialność za czyjąś codzienność

Wojtek: Jak tak ciebie słucham, to sobie myślę: olbrzymia odpowiedzialność. Nie przytłacza cię to czasem, że ktoś powierza ci komfort swojej codzienności?

Asia: Przytłacza, potrafi, tak.

Wojtek: Bo jeżeli coś pójdzie nie tak, to się może okazać, że budzimy się we wnętrzu, w którym coś jest nie tak bądź, nie daj Boże, nas denerwuje. A to nie jest taki temat, biorąc pod uwagę średni sposób życia w Polsce, że my sobie tak… i zmiana.

Asia: No tak, to jest olbrzymia odpowiedzialność i dlatego właśnie cała ta relacja z klientem, zbriefowanie go, jest mega ważne, żeby jak najwięcej powiedzieć. I teraz ty, kliencie, jeżeli dopuścisz mnie do siebie, że rzeczywiście będziesz chciał gadać, usiądziemy, poopowiadasz i tak dalej, to jest większa szansa, bo z tym projektem to jest zawsze o tyle ciężkie, że komuś się sprawdzają na przykład szafki z tip-onem, mówią, że super, w ogóle nie chcą uchwytów, chcą minimalistycznie, a ktoś mówi, że nie, po prostu nie. I teraz klient się pyta, czy to się sprawdza. No to zależy, bo niektórym się sprawdza, niektórym nie, a tobie się sprawdzi, jak sądzisz? Bo to działa tak i tak. I teraz pomyśl, masz chwilę, zastanów się.

Wojtek: Trochę brzmi jak psychoterapia. Zadajesz kolejne pytania, prowokujesz kolejne pytania i szukasz odpowiedzi. I tak drążysz, drążysz, już tak nieprzyjemnie drążysz, ale wiesz, że na samym końcu jest satysfakcjonujący efekt.

Asia: Im więcej wydrążymy i im więcej się czasami nawet powkurzamy na siebie w trakcie, tym z reguły wychodzi lepiej.

Wojtek: Cały czas towarzyszy ci satysfakcja z tym związana? Czy ta presja jednak bywa tak dojmująca, że masz chwile zwątpienia?

Asia: Każdy ma chwile zwątpienia. Jasne, że tak. Miewam oczywiście, bo mówię, że ja też mam swoje życie, swoje sprawy i czasami przede wszystkim ilość tej pracy bywa tak przytłaczająca, że naprawdę nie ma czasu na nic innego. Jest praca, jedzenie, trening czasami, spanie i to wszystko. Więc staram się z tego wyjść i jakoś przeorganizować, żeby takich momentów mieć jak najmniej. No ale tak, bywa ciężko. Nie powiem, że nie.

Nigdy nie chciałam mieć firmy

Wojtek: Ale jak sobie pomyślisz i wrócisz myślami do tej dziewczynki z podstawówki, z gimnazjum czy nawet do tej z początku studiów, to tak sobie wyobrażałaś, że tak to właśnie będzie?

Asia: Mało sobie wyobrażałam chyba. W ogóle to może być trochę śmieszne, ale ja chyba nigdy nie chciałam mieć swojej firmy. Nigdy o tym nie myślałam, że otworzę swoją działalność. To wyszło dopiero gdzieś potem, w trakcie, że może jednak tak byłoby najlepiej, ale ja o tym zupełnie nie myślałam. I już samo to jest tak olbrzymią zmianą, że sama sobie napędzam te pieniądze, które zarabiam, i klientów, których obsługuję, organizuję tę pracę i jestem jedyną osobą, która ma na to jakikolwiek wpływ. Już samo to jest takim uczuciem, że tego się nie dało przewidzieć.

Wojtek: Ale nie wyobrażałaś sobie siebie jako przedsiębiorcy. W końcu wyobrażałaś sobie siebie jako pracownika etatowego czy w ogóle na tym etapie wyobrażania zabrakło wizji?

Asia: Zabrakło, moim zdaniem zabrakło, bo ja też nie pochodzę z jakiejś rodziny przedsiębiorczej. Po prostu rodzice pracowali i już, tak było, taka kolej rzeczy. Kończysz studia, idziesz do pracy. No i już, nie? Ale nie wyszło.

Wojtek: Dlaczego nie wyszło?

Asia: Wiesz co, chciałam się po prostu w inny sposób spełniać. Niestety charakterologicznie też nie potrafiłam oddawać całego wpływu na tę swoją zawodową część komuś innemu. Bo taka jest prawda: jak jesteś u kogoś, a te firmy architektoniczne z reguły są tak naprawdę małymi firmami, to taki szeregowy pracownik, że tak powiem, ma mały wpływ na cokolwiek.

Pracownie jednoosobowe i delegowanie

Wojtek: No właśnie, jak ten rynek usług architektury wnętrz wygląda? Bo mówisz, że byłaś przez chwilę w jakiejś firmie pracownikiem. To jest jednak rynek artystów, wolnych strzelców działających w pojedynkę, czy zespołowość jest tu też ważna?

Asia: Bardzo dużo. Zwłaszcza przy architekturze wnętrz bardzo duży odsetek to właśnie takie jednoosobowe działalności, ewentualnie z jakimś drobnym wsparciem dwóch, trzech osób. Tak naprawdę to jest zdecydowana większość rynku. Ale są też pracownie wieloosobowe, które działają właśnie zespołowo. I to też jest fajne, bo zawsze na taki projekt kilka osób ma jakiś wpływ, swoje spojrzenie, i uważam, że jest to w pewien sposób wartościowe.

Wojtek: Ale to, że większość tych przedsiębiorców jest jednoosobowych, to jest kwestia stricte ekonomii, że ciężko jest to wyskalować w taki sposób, żeby faktycznie budować zespół, czy to jest kwestia charakterologiczna tych ludzi? Że jednak niby inżynierowie, niby użytkowcy, ale jednak tak duży pierwiastek twórczy i tej emocji wyrażenia siebie, że tak ciężko jest budować zespoły.

Asia: Ja myślę, że to jest i to, i to. Czasami w ogóle jest nam ciężko, bo każdy zaczyna raczej od tej jednoosobowej działalności, więc starasz się, zbierasz opinie swoich klientów i tak dalej. Tych projektów też nie obsługujesz jakoś dużo, bo przy jednoosobowej działalności jest ich kilka. Jak zrobisz kilkanaście w ciągu roku, to już w ogóle roboty jest tyle. Więc tego nie ma dużo. Więc jak zdobędziesz, nie wiem, pierwsze pięć, osiem, dziesięć opinii, to już czujesz trochę presję, że to jest istotne, żeby ta jakość mojej usługi nie spadła. I teraz boisz się trochę. Ja tak mam, mówię głównie o sobie. Boisz się komuś zaufać na tyle, że ten ktoś zrobi to tak samo dobrze jak ty. Przynajmniej tak samo dobrze jak ty. Więc to jest trudne. Ja nie umiem delegować. Ja to wiem, po prostu nie umiem delegować. Tak mam, nie wiem jeszcze, co z tym zrobić. Pracuję nad tym, zobaczymy. Ale tak, to jest właśnie mega trudne i istotne.

Natomiast koszty otworzenia stanowiska, o których wspominałeś, to też uważam istotny czynnik, bo jak zaczynasz sam, to z tej pracy chcesz się utrzymać. Sporo kosztuje też taki rozwój pracowni: my często musimy kupować jakieś wzorniki, kompy musimy mieć całkiem mocne, żeby to wszystko było w stanie w ogóle obsłużyć, no i oczywiście programy, to są takie narzędzia standardowe. I teraz każdy nowy pracownik potrzebuje też takiego zestawu: swój komputer, swój program, jeden, drugi, trzeci, jakiś Office i tak dalej. I to się robią tysiące złotych na otworzenie w ogóle nowego stanowiska, więc jest to na pewno jakaś bariera.

Wojtek: Czyli bariera ekonomiczna też występuje, ale mimo wszystko czuję, że to bardziej taka kwestia, że ten twój styl jako architektki to jest takie trochę wypieszczone dziecko.

Asia: Tak.

Wojtek: I to trochę jakby oddawać swoje dziecko do wychowania komuś innemu.

Asia: No tak, trochę tak jest.

Wojtek: Taki silny związek, czyli ta marka osobista architekta trochę jak marka osobista artysty. Trochę tak, jakby powiedzieć: no mamy zespół muzyczny, a to zatrudnimy kogoś, żeby nam nową płytę skomponował.

Asia: Kto inny będzie śpiewał, nie?

Wojtek: Czyli jednak dość silny jest ten pierwiastek twórczo-artystyczny, mimo wszystko, w tej pracy. Bardzo ciekawe połączenie, bo bardzo dużo tych wątków funkcjonalnych i jednocześnie bardzo dużo wątków typowo artystycznych. I ciężko tam chyba znaleźć granicę pomiędzy tym.

Asia: Ciężko, ciężko.

Wojtek: Bo też można byłoby sobie wyobrazić takiego poruszonego czy też dotkniętego artystę, któremu klient wraca z informacją: mnie się to nie podoba. Jak to się nie podoba? Przecież to jest takie piękne wyrażenie, tu są takie emocje, moje uczucia, a pan mówi, że mu się nie podoba.

Asia: Wspaniale zrobiłem.

Wojtek: Wspaniale zrobiłem. No właśnie. Trudne, trudne. No ale właśnie, ty tak sobie w tej szkole, marząc o tym zawodzie, tak siebie widziałaś bardziej jako artystkę? Czy też po prostu miałaś jakieś hasło pod tytułem architektura wnętrz i za bardzo nie wiedziałaś, co się za nim kryje?

Asia: Chyba tak, bo ja nawet nie miałam wtedy z kim o tym porozmawiać, żeby zapytać chociażby ciocię, wujka, znajomego, kogoś z rodziców, jak to jest. W ogóle tego nie miałam, więc nie wiedziałam, jak ta praca w ogóle będzie wyglądać. Poszłam na studia. Studia były u nas w ogóle super, dużo było tam ciekawych zagadnień poruszonych, więc to było fajne.

Wojtek: Czyli taka trochę dziecięca naiwność, która doprowadziła do fajnych skutków. Może się okazać, że to, co moi rodzice tak często nazywali brakiem świadomości…

Asia: Zdecydowanie.

Wojtek: I okazuje się, że nagle można tak. Czyli nie wszystko trzeba tak dokładnie przemyśleć, ułożyć strategię, wszystko wiedzieć. Znaczy od pewnego momentu już trzeba, nie?

Rzucić pracę w środku pandemii

Asia: Ale taki początek to chyba nawet nie. Tak jak, wiesz, ja rzuciłam pracę w 2020, gdzieś w środku pandemii, i powiedziałam, że idę sobie na swoje. Całe szczęście, że nie byłam świadoma, nie? Bo tak to, nie wiem.

Wojtek: Teraz otworzyłaś puszkę Pandory. Dopowiedz o tej sytuacji, bo jak to jest, że w środku pandemii rzuca się pracę i zakłada swoją własną firmę?

Asia: Wiesz co, to już było ileś lat mojej drogi zawodowej. Najpierw pracowałam właśnie w takiej małej pracowni architektonicznej. Dużo się tam nauczyłam, bardzo dużo. W ogóle ja się cieszę, że oni mnie wtedy wzięli, przyjęli, nauczyli tego, co powinnam wiedzieć, i dali jakieś pole do rozwoju. Ale też chciałam potem popracować w jakiejś większej firmie, zobaczyć, jak się pracuje może w czymś wręcz korporacyjnym, żeby trochę to doświadczenie sobie zmienić. No i tak poszłam do pracy do dewelopera. Tam też pracowałam sobie trochę z klientami. Spoko była ta praca, ale nie miałam tam właściwie żadnego pola do rozwoju. Ja tego nie widziałam, nie widziałam się tam dalej. I bardzo szybko stamtąd odeszłam. I postanowiłam, że to jest taki moment, że właściwie jak nie spróbuję teraz, to chyba już nie spróbuję.

Wojtek: Dlaczego?

Asia: Bo czym człowiek jest starszy, tym takie decyzje trochę trudniej przychodzą. Wtedy nie mamy dzieci, więc kredyt gdzieś tam spoko, to się spłaca i jest…

Wojtek: Mniejsze ryzyko.

Asia: Tak, dokładnie, mniejsze ryzyko. Odpowiadam tylko i wyłącznie za siebie, więc jest na to moment, żeby spróbować, żeby to rozwijać. I też taka myśl trochę z tyłu głowy, która może nawet przyszła już po fakcie, że jeżeli ja nauczę się tego w tym trudnym okresie, to może potem, jak będą łatwiejsze czasy, to będzie też łatwiej. Więc taka myśl, może trochę naiwna, ale gdzieś się pojawiła.

Wojtek: No i co, jest łatwiej?

Asia: Trochę tak, bo ja załapałam się początkiem mojej firmy właśnie na pandemię, zaraz potem na wojnę w Ukrainie. Przy tej wojnie ceny materiałów skakały z dnia na dzień, dostępność to była tragedia, klienci nie wiedzieli, czy kupować mieszkania, czy właściwie wyjeżdżać za granicę, bo takie rozterki wszyscy wtedy mieliśmy. No i tak, zdecydowanie. Moim zdaniem, ja widzę, że ten rynek w tym momencie jest dla mnie lepszy. Jestem spokojniejsza o nowe tematy.

Plan B, C do Z i pokora

Wojtek: Jesteś usatysfakcjonowana z tego miejsca, w którym jesteś?

Asia: Nigdy nie jestem. Ja jestem takim człowiekiem, który zawsze coś wymyśla, i zawsze muszę sobie coś jeszcze wymyślić, zrobić. To, co ci mówiłam o tej ilości pracy, że czasami jest tak duża. Ja wiem, że nie mogę tak żyć. Po prostu nie mogę. Nie dam rady. Muszę inaczej. Więc muszę to znowu inaczej wymyślić.

Wojtek: Mnie się z kolei kojarzy cytat z piosenki Meli Koteluk: buja łajbą cały czas. Buja, buja, i ty próbujesz złapać tę równowagę. To znaczy rozumiem, że twoja firma będzie miała piąte urodziny w tym roku, czy już miała nawet?

Asia: Mhm.

Wojtek: To już sporo. I co, jak widzisz siebie docelowo, w perspektywie znowu X lat? Czy to jest tak, że…

Asia: To jest dla mnie najtrudniejsze pytanie: gdzie pani widzi siebie za 5 lat? No nie wiem, okaże się za 5 lat, nie?

Wojtek: Ale to jest teraz ciekawe, bo zobacz: jak pytaliśmy się dziewczynki, to bez zająknięcia mówiła, że widzi się w architekturze wnętrz.

Asia: I czym jestem starsza, tym w ogóle ciężej jest odpowiedzieć na to pytanie, bo pojawia się więcej zmiennych, więcej jakichś możliwości. Teraz to w ogóle powstają nowe zawody, o których ta dziewczynka nie miała pojęcia, że coś innego może się jeszcze urodzić, pokazać.

Wojtek: Czyli okazuje się, że ta nieświadomość, naiwność, brak technologii i tak dalej były bardziej karmiące niż obecnie, bo teraz masz więcej niepokoju niż wtedy.

Asia: Tak, to zdecydowanie. Poza tym ja mam takie przeświadczenie, że nic nie jest na zawsze.

Wojtek: To też się bardzo często powtarza w tych rozmowach. Choć nie zawsze, ale jednak większość osób na koniec tych rozmów odpowiada, że płyniemy.

Asia: Tak. To znaczy fajnie jest. Nie to, że zupełnie z nurtem, poddać się, ale też trochę zobaczyć, co życie przyniesie, nie? A może ja w ogóle coś wymyślę.

Wojtek: No ale wyobrażasz sobie życie bez architektury?

Asia: Wnętrz? Nie wiem. Nie mam w tym momencie takiej jasnej alternatywy, ale wiem, że nie muszę, że to nie musi być moja jedyna ścieżka.

Wojtek: Tak, pytam dlatego, że przyszły mi do głowy słowa Oskara Podolskiego z jednego odcinka. Jest perkusistą i to, o czym też mówiłaś, że często osoby nie do końca doceniają czy wiedzą, co robisz, u niego też tak było. On chciał grać na bębnach i wszyscy go pytali: no fajnie, fajnie, chcesz grać, a jaki ty masz plan B?

Asia: Nie mam.

Wojtek: Nie ma, on chce grać na bębnach. A nagle się okazuje, że wprawdzie nie masz planu B, ale dopuszczasz jakąś lawirację.

Asia: Ja dopuszczam plan B, C do Z, myślę. Naprawdę tak ciężko powiedzieć, co życie może przynieść. Ja długi czas nawet nie wiedziałam, czy na pewno będę żyć w Polsce.

Wojtek: No wiesz. Czyli jesteś osobą elastyczną?

Asia: Tak, ja się łatwo dostosowuję do nowych warunków. To jest, uważam, moja olbrzymia zaleta, bo mam w sobie takie przeświadczenie, że poradzę sobie. Może nie będzie łatwo, ale poradzę sobie.

Wojtek: Czy to jest buddyzm?

Asia: Nie wiem, nie uprawiam, więc możliwe.

Wojtek: Możliwe, że tak. Takie pogodzenie się z tym, co przyniesie czas, ale i przeświadczenie, że ta twoja siła pozwoli ci za każdym razem pójść dalej.

Asia: Czy dalej? Może w innym kierunku, ale czy dalej, to się okaże, bo może kawałek pójdę i będzie trzeba zawracać.

Wojtek: Czy to się też nazywa pokora?

Asia: Pokory na pewno nabrałam.

Wojtek: Przez te 5 lat?

Asia: Tak. Jak pamiętam siebie jako pracownika, to oj, nabrałam pokory. Zdecydowanie.

Wojtek: A co najwięcej tej pokory cię nauczyło?

Asia: Ludzie. Ludzie, z którymi pracuję. Czasami jest tak, że naprawdę chcesz jak najlepiej, ale oni chcieli coś innego, nie? I musisz ostatecznie spełnić to ich, to, co chcieli. Na tym w pewnym sensie polega ta praca.

Wojtek: Czyli pogodzenie się, że twoja wizja w najlepszej wierze nie jest dla kogoś satysfakcjonująca?

Asia: No. Wiesz, jakie to jest trudne?

Wojtek: No to jest tak, jakby przyjść do matki i powiedzieć: „Nie, twoje dziecko jest głupie”.

Asia: No. Jak to? Jak to, moje dziecko? Najmądrzejsze.

Współpraca z architektem od A do Z

Wojtek: Duże, duże wyzwanie. Ale właśnie powiedziałaś, że przychodzi klient, i teraz przypomniał mi się najważniejszy wątek, w ogóle taki kluczowy, który ja chciałem zrozumieć i też chciałem przedstawić ludziom. Czyli jak tak naprawdę wygląda praca z architektem, żeby trochę to odczarować.

Asia: A co chcesz odczarować? Może od tego zacznijmy.

Wojtek: Odczarować to, co ten architekt właściwie robi. Bo jak ja sobie myślę, to od razu pojawia mi się w głowie: co on ma mi tam zrobić? Przecież ja wiem, co mi się podoba. Już powiedzieliśmy, że nie wszyscy wiedzą, że musisz do tego dotrzeć. Ale ja bym chciał tak od A do Z przejść przez ten proces: zgłasza się do ciebie klient, który sobie, nie wiem, kupił mieszkanie. Kupiłem, chcę mieć ładnie i co? Co trzeba zrobić?

Asia: Trzeba się odezwać. To jest pierwszy punkt kontaktu. Nie powiem ci, jak to wygląda wszędzie, bo mimo wszystko…

Wojtek: Nie, nie, jak to wygląda u ciebie.

Asia: Tak, mimo wszystko każdy z nas pewnie ma gdzieś jakieś niuanse w tej współpracy, zresztą to też często ewoluuje: zrobisz raz tak, mówisz, dobra, nie sprawdziło mi się, to może inaczej. Ale ja bardzo lubię jeszcze przed podpisaniem umowy, przed decyzją o tej współpracy, nawet przed wysłaniem jakiejkolwiek oferty, porozmawiać z kimś, czego on naprawdę ode mnie potrzebuje, czy on w ogóle chce tych wizualizacji, a może nie chce.

Wojtek: Czyli jesteś męczybułą, krótko mówiąc.

Asia: No jestem, no jestem.

Wojtek: Męczysz tych ludzi, męczysz, a oni jeszcze płacą.

Asia: Skandal. Męczę ich, ale słuchaj, a jakbyśmy się męczyli potem przez kilka miesięcy? Bo ta współpraca trwa kilka miesięcy, a potem czasami jeszcze na etapie realizacji się kontaktujemy i jesteśmy ze sobą. No i teraz: nie poświęć tej godziny na to spotkanie przed, a potem męcz się kilka miesięcy, czasami nawet lata, bo z niektórymi współpraca trwa lata. Czekamy, aż się dom wybuduje, aż będzie można pojechać, domierzyć te wszystkie elementy, dorysować coś jeszcze, no i to trwa.

Wojtek: No i co, zapisujesz sobie w jakiś sposób te jego potrzeby, co on chce, jak już do tego dojdziesz? I co dalej?

Ankieta, Excel i sprzeczności klienta

Asia: Ale mówisz o tym momencie, który jest po tej pierwszej rozmowie, tak? No to wtedy jest właśnie już oferta. Jeżeli ta oferta jest OK, coś tam sobie ponegocjujemy, podpisujemy umowę. Jak podpiszemy umowę, to mamy umówiony termin startu tych prac, bo to też czasami jest tak, że nie od ręki, tylko czasami nawet kilka miesięcy trzeba czekać. To też staram się gdzieś ograniczyć, żeby ten czas oczekiwania nigdy nie był aż tak długi, jak bywało, bo bywało po 9 miesięcy czasu do startu w ogóle projektu.

Zaczynamy od ankiety. Wysyłam taki formularz à la ankieta Google i proszę o wypełnienie. I jak czegoś nie wiadomo, to żeby wpisać: nie wiem, zastanawiam się, nie widzę i tak dalej. Ja tam pytam o naprawdę różne rzeczy, bo czasami jest tak, że może ktoś już był w jakimś salonie, na przykład łazienkowym, i już mu się spodobały jakieś płytki, i on wie, że na pewno te i żadne inne. No i po co ja mam mu proponować coś innego, jak te są fajne, spełniam jego marzenie i on by je bardzo chciał? To jest już fajne wyjście do projektu, moim zdaniem. No chyba że się okazuje, że tylko mu się wydaje, że chce, bo to też tak jest: patrzę na te płytki, patrzę na inspiracje, no i to się nie łączy. I wtedy rozmawiamy, jak to się dzieje: czy chodzi o tę inspirację, że nie było takich, czy chodzi o to, że te płytki tylko się wydawały.

Więc mamy tę ankietę. Jak klient mi ją wypełni, to ja ją potem sobie czytam, sprowadzam do takiego nudnego Excelka, bo to jest mega nudna robota.

Wojtek: Artysta i Excel, no nie.

Asia: No, wyobrażasz sobie. Ale mam to właśnie w takim Excelu i wtedy się spotykamy, siadamy, rozmawiamy. Ja mówię: no tak, bo tu jest napisane coś takiego, a tutaj coś zupełnie innego, bo naprawdę tak bywa. No to mówię: jak w końcu, czy tak, czy tak?

Wojtek: Jezu, jeszcze ludziom takie rzeczy robisz, że mówisz, że są wewnętrznie sprzeczni.

Rzuty i układy funkcjonalne

Asia: A to zazwyczaj wywołuje śmiech: „Tak, my to napisaliśmy, no ale chodziło o coś innego”. Więc bywa różnie.

No i jak już mam to wszystko omówione, jak już jest pewność, czuję, że wiem, czego on tam sobie chce i jak to wszystko widzi, że robimy wyspę w tej kuchni, że przy tej wyspie będą siedzenia albo nie będą, różnie bywa, to zaczynam rysować. I pierwsze, co rysuję, to są takie rzuty. Jak masz mieszkanie od dewelopera, to tam są rysowane jakieś mebelki. Najczęściej te mebelki są za małe. Ja muszę to rysować już tak, żeby wymiary były odpowiednie. Ale też sprawdzamy, czy ta wyspa się zmieści. Czy stół okrągły, rozkładany, czy może prostokątny. Czy tam będzie kanapa, narożnik, czy może sofa, fotel i coś jeszcze. A w ogóle to może tę kuchnię da się ułożyć w literę C, a może jednak w jakieś U, jak dostawimy ściankę.

Wojtek: I to już bazujemy na konkretnych wymiarach tego wnętrza?

Asia: Tak, tak. To już jest na podstawie pomiarów, najlepiej moich. Bo zdarzyło mi się, że kuchnia na długość różniła się o 10 cm względem projektu. Trzeba to zmierzyć. I potem te układy, bo to są układy funkcjonalne, to, co mówiłam o rzutach, przesyłam, omawiamy, często łączymy elementy, które są fajne, spójne, które się podobają. Czasami jest tak, że tam w ogóle nie ma nic fajnego i jednak musimy zrobić coś innego, więc zawsze do tego etapu jest możliwość naniesienia poprawek, też spotkania ze mną, rozmowy.

Wojtek: Ale na tym etapie, jeżeli ci wejdę w słowo, są już na przykład konkretny stół i konkretne meble, czy to jest tylko układ?

Asia: To zależy, bo czasami rzeczywiście od razu mam w głowie konkretny produkt. Bo na przykład jest umywalka, która w jednym miejscu jest wąska, a w drugim szeroka, i idealnie mi się wpisuje tak, że przy wejściu do łazienki ta wąska część mieści mi się za drzwiami, więc nie koliduje, a dalej się rozszerza, a dalej to już sobie człowiek minie, jak wchodzi.

Wojtek: A skąd ty wiesz, że jest taka umywalka?

Wizualizacje z konkretnymi produktami

Asia: No wiesz, doświadczenie. Więc jeżeli wiem, że jest, to już sobie to wyrysowuję, a jeżeli domyślam się, że może być, może nie, to szukam, no cóż, muszę. Więc czasami jest tak, a czasami jest tak, że stoły mają, powiedzmy, 120, 140, 180 centymetrów długości. I mieści nam się albo taki, albo taki, a może ten dłuższy, ale wtedy mniejsza kanapa. Różnie bywa.

W każdym razie omawiamy sobie te układy. I w momencie, kiedy ten układ mamy już docelowy, czyli klient już wie, że aha, w mojej kuchni, jak wyburzę tę ścianę, to zamiast półwyspu mogę mieć piękną wyspę na środku. Że na przykład rezygnuję jednak z wysokiej ściany zabudowy, w której chciałam mieć piekarnik, coś tam, coś tam, ale dzięki temu mam coś innego, na czym też mi zależało, ale wolę to coś innego. To wtedy przechodzimy do etapu wizualnego: ja to wszystko ubieram w 3D, ubieram już w konkretne produkty, tkaniny, konkretne elementy wyposażenia, renderuję i pokazuję ten etap wizualny wraz z zestawieniem produktów, które są tam użyte. Czyli jeżeli klient widzi jakąś kanapę, to my już wiemy, co to jest za kanapa. To nie jest jakiś randomowy model z jakiejś chmury, tylko jest gotowy.

Wojtek: Dostępne w sprzedaży.

Asia: Tak, dokładnie.

Budżet: blat kamienny albo kanapa

Wojtek: A ceny?

Asia: Też od razu.

Wojtek: To klient od razu decyduje, w jakim budżecie w ogóle się porusza?

Asia: O budżecie rozmawiamy na samym początku.

Wojtek: Bo domyślam się, że tak jak ze wszystkim: każdy stół i każdą kanapę można kupić za 2, 3, 5 i za 50.

Asia: Dokładnie. I to też jest element tej rozmowy na samym początku: w jakim budżecie my się w ogóle poruszamy i o czym mówimy. Często jest też tak, że ja już widzę, że budżet założony na początku nie pozwoli nam spełnić tej całej listy, która jest dalej opisana, i od razu o tym rozmawiamy: aha, jest taki budżet, ale wam zależy na blacie kamiennym i on się tutaj nie zmieści, więc w takim razie co robimy? Czy staramy się uszczypnąć z innych miejsc, żeby ten blat kamienny mimo wszystko się zmieścił? Czy jednak akceptujecie, że to będzie wyżej? I na przykład tej kanapy nie kupicie od razu. No muszę. To jest brutalne.

Wojtek: I od razu, to jest takie powstrzymywanie tego tupnięcia nóżką dziewczynki: a ja chcę. No to sprowadzasz tych ludzi do parteru. Naprawdę, dziwię się, że ci płacą.

Asia: No ja też czasami. Ja tak mówię zawsze z sympatią: teraz będę złym człowiekiem, zabiję marzenia, no ale się nie da i albo tak, albo tak.

Wojtek: Dobra, no i mamy ten projekt finalny, który mieści się w budżecie klienta, w jego oczekiwaniach, on dostaje ten projekt.

Asia: Tylko że to są dopiero wizualizacje i teraz na ich podstawie są robione rysunki. Więc dopiero to, co widać, przekładamy na język zrozumiały dla wykonawcy i wtedy…

Wojtek: To ja teraz zapytam trochę przekornie. Czy to naprawdę wszystko jest potrzebne, czy ty po prostu nabijasz tutaj sobie kiesę?

Asia: No i to zależy. To zależy. Bo znowuż wracamy do oczekiwań z początku. Jeśli oczekujesz, że ktoś po prostu wybierze ci panele, powie ci, którą białą farbę kupić w sklepie, i nie chcesz w ogóle żadnych zmian, nie wiem, w instalacjach elektrycznych, tylko jak masz te dwa gniazdka w pokoju, to jest dla ciebie enough, to ty tego nie potrzebujesz. Dlatego rozmawiamy na samym początku, w ogóle przed umową, co i jak. Bo po co mam komuś wkładać na siłę, nie wiem, projekt elektryki i oświetlenia, jak on mi mówi, że nie chce zmian elektrycznych.

Wojtek: Czyli słuchasz i dopasowujesz się do potrzeby.

Asia: Staram się.

Nadzory i koordynator remontu

Wojtek: I teraz mamy ten newralgiczny etap, kiedy on już to dostaje. No i co? Ma to sobie zrobić sam z ekipą? Czy ty również jesteś tą osobą, która przychodzi i mówi: „Panie Mieciu, to nie tak”?

Asia: To, o czym teraz mówisz, to już są nadzory, więc to już jest etap, który tak naprawdę jest po projektowaniu. W zależności, czy klient tego potrzebuje, czy nie, rzeczywiście można to zrobić. Natomiast ja bardzo lubię polecać koordynatorów remontów. To jest drobna grupa zawodowa, coś nowego, co powstało całkiem niedawno. To są osoby, które zadbają ci kompleksowo o tę realizację, bo ich zakres pracy może być taki, że to oni podpiszą umowę z wykonawcą, oni będą pilnować harmonogramu płatności, oni będą zamawiać te wszystkie rzeczy. Ty właściwie możesz tylko opłacać poszczególne zamówienia i sprawdzać, czy wszystko idzie zgodnie z założonym harmonogramem.

Wojtek: To rewelacja. Uważam, że to jest najbardziej newralgiczny etap urządzania mieszkania, dlatego że możemy mieć piękny projekt i piękną wizję i nie jesteśmy w stanie dogadać się z naszym wykonawcą albo go nawet dyscyplinować, bo najwięcej problemów z mojego doświadczenia rodzi się na etapie rozmów z tymi ludźmi, którzy przy tym pracują.

Asia: Tak, ludzie zawsze są największym czynnikiem, który może wprowadzić…

Wojtek: Panie, co ta Jasia tam wymyśliła, tego tak się nie da.

„Tak się nie da”

Asia: Tak się nie da. Miałam jedną taką sytuację, że projekt był zrobiony tak jak zawsze i to nie był wykonawca z mojego polecenia. Bo ja też, nawet jeżeli nie ma nadzoru, mam bazę ekip, o których wiem, że po pierwsze rozumieją moje rysunki techniczne, że potrafią to wszystko wykonać ładnie, estetycznie, i w ogóle ta komunikacja z klientem jest fajna, kulturalna, rozmawiamy jak partnerzy, a nie oskarżamy się wzajemnie o to, że coś tam. No ale przyszedł pan i powiedział, że się nie da. I mega duża krzywda to była dla inwestorki tego projektu, bo całkowicie podważył gdzieś tam jej zaufanie wobec mnie. I tak zostało, łącznie z tym, że ona chyba zmieniła płytki, bo pan powiedział, że formatu 20 na 20 się nie da położyć, że on woli 60 na 60. Wolał, bo się szybciej kładło, po prostu.

Wojtek: Tak, tylko że to jest troszkę jak z oceną usługi prawnika. Kto decyduje o tym, czy zostało należycie wykonane? Ale skoro wykonawca techniczny mówi, że się nie da, to znaczy, że to ta pani Asia dała ciała, a nie on.

Asia: Papier przyjmie wszystko. Rzadko to słyszę, ale był taki jeden przypadek.

Ile kosztuje urządzenie 50 metrów (stan na lipiec 2025)

Wojtek: No to teraz przejdźmy do takiego clickbaitowego elementu. Ile to kosztuje?

Asia: To zależy.

Wojtek: Ile trzeba mieć pieniędzy, żeby urządzić 50-metrowe mieszkanie?

Asia: A pytasz o realizację?

Wojtek: Nie, pytam nawet o twoją pracę i potem w ogóle o budżet na to, żeby to zrobić.

Asia: OK.

Wojtek: Zmierzam trochę do tego, co jest droższe. Kupienie mieszkania czy jego urządzenie?

Asia: Kupienie. W tym momencie mimo wszystko kupienie, chyba że chcesz te wodotryski: kamienne blaty i wszystko w naturalnych materiałach, bo one z natury są droższe, tak po prostu jest. Ale raczej możesz założyć, że droższy będzie zakup mieszkania niż jego wykończenie.

No i teraz z tymi 50 metrami. Słuchaj, to zależy, bo na tych 50 metrach może być po prostu salon z kuchnią, łazienka i sypialnia. Może być tyle. A może być tak, że tam będzie sypialnia, pokój dziecka, małe WC przy części dziennej i jedna łazienka, i to całkowicie zmieni wycenę tego mieszkania. Natomiast ja zakładam, że w momencie, kiedy chcesz wykończyć mieszkanie w dobrym standardzie, żeby naprawdę do kolejnego remontu wszystko było w dobrym stanie, żeby ci się nie zniszczyło właściwie za chwilę, plus zakładamy, że chcemy zrobić przynajmniej część mebli na zamówienie, czyli taka kuchnia nie jest kuchnią z IKEA, tylko przychodzi stolarz i to robi, no to w tym momencie warto sobie założyć około 5 tysięcy na metr kwadratowy.

Wojtek: 5 tysięcy na metr kwadratowy. No. Sporo.

Asia: Sporo. Wiem.

Wojtek: To kosztuje. Kiedyś, jak się mówiło, to chyba tak bezpiecznie o tysiącu. Tylko że bez materiałów.

Asia: Bez materiałów.

Wojtek: To mówisz o kwocie z materiałami?

Asia: 5 mówię już o wykonawcy, o materiałach, o wyposażeniu, zasłonach nawet łącznie i stolarzu. Więc to taki komplet, bezpieczne założenie.

Wojtek: No to mamy liczby i jak będziemy mieli 60, 70, 80, będziemy po prostu mnożyć. Niechaj tak będzie. To jeszcze mi powiedz.

Asia: Lepiej nie mnożyć, bo jak wychodzi potem, to wiesz.

Wojtek: Z remontem mieszkania jest taki wdzięczny temat, bo to jest trochę tak, że na pewnym etapie tysiąc w tę czy w tamtą najczęściej przestaje mieć znaczenie, bo już sobie myślisz, że jest taka kwota. No dobra, jeszcze tysiąc.

Asia: A wiesz, jaka to jest pułapka? Bo tak: tu dołożysz tysiąc, tam dołożysz tysiąc, i na tej tabelce z zestawieniem, która ma tak naprawdę kilkaset różnych pozycji, dołóż w dziesięciu miejscach tysiąc.

Wojtek: No i tu też widzę bardzo duży obszar do potencjalnego zgrzytu z klientami. Bo klient oczekuje szaleństw za najniższą cenę, a ty oczekujesz dobrych rozwiązań za przeciętną cenę przynajmniej.

Asia: Tak, no wiesz, na pewno możesz zrobić to mieszkanie nawet za, nie wiem, 3–3,5 tysiąca za metr w tym momencie. Zrobisz to. Tylko że kupisz panele, których ja ci nie polecę, bo po prostu boję się o ich stan za dwa miesiące. Bo takie są niektóre dostępne materiały i to jest trochę twój wybór. Aczkolwiek ja staram się temu klientowi od samego początku to uświadamiać. I jeżeli widzę, że on mimo wszystko oczekuje, że ja się zmieszczę w tych trzech tysiącach na metr, nie podejmuję, bo po prostu mówimy o czymś zupełnie innym i po co mamy się wzajemnie męczyć.

Co daje satysfakcję

Wojtek: Słuchając tego wszystkiego i widząc te wszystkie obszary newralgiczne, zapytam cię: co cię w tym tak raduje? Co ci daje taką satysfakcję, że w tym tkwisz?

Asia: Efekt końcowy i zadowolenie po prostu. Jeżeli widzę, że ktoś spełnił swoje marzenia, że fajnie mu się żyje, że poleca dalej, bo to jest taki biznes, który jednak trochę polega na poleceniach dalej. No to mówię: okej, dobrą robotę zrobiłam, fajnie. Fajnie się żyje, fajnie się mieszka. Często mam okazję odwiedzić już te mieszkania, więc też widzę, jak coś, co ja wymyśliłam, zaistniało w świecie.

Wojtek: Słowo stało się ciałem.

Asia: No tak, dokładnie.

Wojtek: I bardziej obraz stał się ciałem w tym przypadku.

Asia: No słowo, bo zaczynamy jednak od tej ankiety. Więc tam jest wszystko. To jest mega satysfakcjonujące.

Wojtek: Czyli spełniasz ludzkie marzenia.

Asia: No trochę tak. Znaczy ci ludzie sami to spełniają, ja im pomagam, bo to jest zawsze praca zespołowa. Ja, klient, potem przychodzi…

Wojtek: Inicjatywa spełnienia tego marzenia musi jednak wyjść od klienta.

Asia: Dokładnie.

Wojtek: I on też płaci pewną cenę za spełnienie tego marzenia.

Asia: No dokładnie.

Wojtek: I finansową, i również, powiedziałbym, wysiłkową intelektualnie, bo ten cały etap pracy z tobą to jest też olbrzymi wysiłek dla klienta.

Asia: To jest współpraca. Ja zawsze mówię, że to jest właśnie współpraca i na tyle, na ile on pozwoli, na tyle dobry efekt osiągniemy.

Wojtek: To jest trochę tak jak z moją branżą, że klientom się wydaje, że jak płacą prawnikowi, to nie muszą nic robić.

Asia: No nie.

Wojtek: Tak samo z architektem wnętrz. Płacą architektowi, więc ich nic nie powinno interesować. Oni chcą mieć ładnie. No ale to tak nie działa.

Asia: No tak nie działa.

Marzenie Asi

Wojtek: Spełniasz marzenia, a powiedz mi, jakie jest twoje marzenie w związku z tym. Żebyśmy mogli je spełnić.

Asia: Wiesz co, ale marzenia zawodowe, życiowe? Bo wiesz…

Wojtek: Daję ci otwartą furtkę do podzielenia się swoim marzeniem, jednym.

Asia: Okej. Wiesz co?

Wojtek: Dlaczego? Dlatego, że zaczęło się od tego, że kiedyś był u mnie Adam Lewartowski i powiedział mi: zapytaj mnie, co chcę, żeby się stało, i powiemy, że się stanie, więc na pewno się stanie, bo to jest technika afirmacji. Od tej pory tak zaczynam i zawsze życzę gościowi, żeby się spełniło. Sprawdzimy za chwilę, czy się spełni, albo za więcej. Nie wiem, w jakiej perspektywie czasowej będziesz się poruszać.

Asia: No dobrze. To możemy założyć, że chciałabym, żeby udało mi się tak poukładać moją pracę, żeby nie kosztowała mnie czasami poświęcenia mojego życia prywatnego. To jest moje olbrzymie marzenie.

Wojtek: Work-life balance?

Asia: No, nie wierzę, ale można dążyć, można próbować.

Wojtek: No dobrze, ale to tak, żebyśmy pobawili się w prawdziwych coachów i skonkretyzowali: kiedy byś poczuła, że to jest wyważone? Co decyduje o tym wyważeniu?

Asia: Wtedy, kiedy nie miałabym momentów, w których ta praca mnie drażni, bo jest jej za dużo.

Wojtek: To jest w ogóle możliwe?

Asia: Mam nadzieję.

Wojtek: Czy to jest taka utopia troszkę?

Asia: Mam nadzieję.

Wojtek: Trochę też piję do tego hasła: uczyń pasję swoją pracą i nie przepracujesz ani jednego dnia, w które ja nie wierzę totalnie.

Asia: Nieprawda.

Wojtek: Zastanawiam się też, czy nasze marzenia związane z balansem i spokojem nie są takim naszym trochę utopijnym założeniem. Gdyby tak było, to czy byłaby to nadal praca?

Asia: Wiem, o co ci chodzi, ale mój problem jest taki, że miewam momenty w życiu, kiedy jestem przy tym komputerze kilkanaście godzin w ciągu dnia, i pomiędzy kilkunastoma godzinami a kilkoma, które właściwie powinny być, jest olbrzymia przestrzeń do zagospodarowania. Więc wierzę, że zejście z tych momentów, kiedy jest tych kilkanaście godzin, już będzie bardzo satysfakcjonujące.

Wojtek: Bardzo fajne. To nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć ci, żeby się udało, choć gwarancji nie daję.

Asia: Ja też nie mam gwarancji.

Wojtek: Jakiś rytuał poza anteną możemy odczynić, ale nie daję gwarancji.

Asia: A to by było może ciekawe.

Wojtek: Bardzo dziękuję za rozmowę.

Asia: Dziękuję.

Wojtek: Tobie, słuchaczu, widzu, również dziękuję. Jeżeli masz jakieś przemyślenia co do architektury wnętrz i tego całego szamaństwa związanego z urządzeniem swojego lokum na ziemi, daj znać w komentarzu i jak zawsze zapisz się na Listy Przygodowe. Wyślę ci maila o kolejnym odcinku, żebyś nie musiał przebijać się przez kolejne szumy social mediowe. Dzięki wielkie. Do usłyszenia. Cześć, cześć.