Ludzie pytają Rafała Solarka, jak to się stało, że przeniósł się z rodziną na Teneryfę. Odpowiada rozbrajająco: spakowali to, co najważniejsze, kupili bilet, a mieszkanie pod Warszawą sprzedali jego rodzice na podstawie pełnomocnictwa. Za tą prostotą stoją jednak dwa lata przygotowań, trzy miesiące szukania mieszkania na długi wynajem i rachunek, który Rafał podaje bez upiększeń: życie na wyspie kosztuje ich 20–30% więcej niż w Polsce.

Rafał skończył prawo, ale zamiast aplikacji wybrał z żoną Sarą agencję marketingu dla prawników. Dziś prowadzi warsztaty i szkolenia dla prawników, pracuje cztery, pięć godzin dziennie z coworkingu w Santa Cruz i mówi o sobie, że jest odkrywcą życia. Pytam go o to, co zwykle zostaje poza kadrem rolek z wyspy: skąd brali pieniądze na podróże, jakie minusy ma Teneryfa i czy da się pracować tak krótko.

Rozmowę nagraliśmy w 2025 roku, więc liczby i porównania kosztów to stan z tamtego czasu.

Najkrócej, czyli co wynika z tej rozmowy

  • Przeprowadzka na Teneryfę zaczęła się od trzymiesięcznego workation w pandemii. Potem przez dwa lata Rafał i Sara przygotowywali się finansowo, a na wyspę polecieli z dwójką dzieci i dwiema, trzema walizkami.
  • Mieszkania na długi wynajem szukali trzy miesiące, a w tym czasie co miesiąc przeprowadzali się do kolejnego lokum z Bookingu albo Airbnb.
  • Życie na Teneryfie kosztuje ich 20–30% więcej niż w Polsce, choć najem w Santa Cruz wychodził taniej niż w dużych polskich miastach. Najbardziej boli to, że zarabiają w złotówkach, a wydają w euro.
  • Największe plusy to pogoda i ludzie. Najniższa temperatura ostatniej zimy przed nagraniem to, jak mówi Rafał, 15 stopni w nocy.
  • Minusy to podatki, prawo i punktualność. Na Wyspach Kanaryjskich nie ma VAT-u, co komplikuje faktury dla polskich klientów, a prywatne firmy potrafią się spóźniać i zapominać.
  • Język to dla Rafała jedyna przeszkoda na co dzień i ostatnia rzecz do pełnej asymilacji. Pierwszy rok bez hiszpańskiego przeżył jak turysta.
  • Od mniej więcej dwóch lat, jak szacuje, pracuje cztery, pięć godzin dziennie, w coworkingu, a w domu trzyma telefon w szufladzie. Broni work-life balance.
  • Na początku było odwrotnie: praca po nocach i kurs nagrywany w salonie między zabawkami dzieci.
  • Rafałowi wydaje się, że dzieci paradoksalnie pomogły w biznesie, bo wymusiły priorytety i delegowanie.
  • Kiedy Rafał ma wrażenie, że może wszystko, daje sobie pół roku albo rok na próbę. Tak zamknął agencję i tak, przynajmniej na razie, sprawdza kolejne pomysły.

Jak przeprowadzić się na Teneryfę?

Pierwsze dwa, trzy lata działalności Rafał i Sara przepracowali zdalnie w Polsce, wymieniając się pracą i opieką nad pierwszym dzieckiem. W czasie pandemii, gdy po blokadach dało się znowu latać, zrobili to, co robiło wtedy sporo influencerów i marketerów z ich bańki: polecieli na trzy miesiące na Wyspy Kanaryjskie. Wrócili zakochani w Teneryfie i bez pomysłu, jak się tam utrzymać, bo zarabiali mniej, niż wymagało życie na wyspie.

Kolejne dwa lata poszły na przygotowania, głównie finansowe. Drugie dziecko miało się urodzić w Polsce, więc z wyjazdem poczekali, aż przyjdzie na świat i chwilę się odchowa. Potem wynajęli mieszkanie na Airbnb na miesiąc, a własne, małe mieszkanie pod Warszawą wystawili na sprzedaż. Kupców nie było do dnia wylotu, więc Rafał dał pełnomocnictwo rodzicom, a ci sprzedali mieszkanie, jak wspomina Rafał, chyba w ciągu dwóch, trzech tygodni.

Wszystko spakowaliśmy do dwóch, trzech walizek, reszta rzeczy poszła do piwnicy albo na strych do moich rodziców i z tymi dwoma walizkami polecieliśmy na Teneryfę.

Na miejscu skomplikowane okazało się znalezienie mieszkania na długi wynajem: szukali go trzy miesiące, co miesiąc zmieniając lokum. Samo przeniesienie było proste, bo ich firma mieści się w laptopie, a dzieci znały już latanie.

Bardzo prosto. Spakowaliśmy wszystko, co najważniejsze, kupiliśmy bilet, a tutaj zostawiliśmy wszystko, mieszkanie tyle, co posprzątaliśmy, żeby się sprzedało. Więc było naprawdę prosto.

Ile kosztuje życie na Teneryfie w porównaniu z Polską?

Rafał nie ma wątpliwości: w Polsce żyje się taniej, szczególnie jeśli chodzi o jedzenie i podstawowe produkty, choć co roku widzi, że polskie ceny idą w górę. Jako ciekawostkę wskazuje jednak ceny najmu.

Z ciekawostek mogę powiedzieć, że na przykład wynajem mieszkań tam, gdzie my jesteśmy, w Santa Cruz, czyli stolicy Teneryfy, jest tańszy niż w dużych miastach w Polsce. To też jest pewien niuans, coś dla nas dobrego, chociaż te ceny też idą do góry. Ale generalnie my płacimy 20–30% więcej za życie ogólnie niż tutaj w Polsce.

Na moje pytanie, czy to znaczy, że muszą pracować o 20–30% ciężej, odpowiada krótko: tak. Planowali przeprowadzkę dopiero po dojściu do określonego pułapu finansowego i tego celu w pełni nie osiągnęli, ale bilety były już kupione. Szczególnie doskwiera im teraz waluta: obecnie pracują wyłącznie dla polskich klientów, a płacą w euro. Sara myśli o rynku hiszpańskim, Rafał, pewnie nie od razu, o klientach zagranicznych, na przykład ze Stanów.

Szczególnie boli nas teraz, że zarabiamy w złotówkach, a wydajemy w euro, więc to jest dodatkowy koszt.

Dlaczego Teneryfa: pogoda, ludzie i miasto bez samochodu

Pierwszy powód nikogo nie zaskoczy. Rafał przyjechał na nagranie w sandałach, bo innych butów po prostu nie ma.

To, że cały rok jest tam ciepło, mówi się na Teneryfę „wyspa wiecznej wiosny” i tak faktycznie jest. Ostatnią zimę, jak byliśmy na Teneryfie, najniższa temperatura w zimie, to było 15 stopni, w nocy.

Drugi powód to ludzie: wyluzowani, przyjaźni, żartujący na zebraniu w szkole, w kawiarni i w urzędzie. Rodzina nigdy nie spotkała się tam z odrzuceniem z powodu tego, że jest z Polski. Syn Rafała chodzi do hiszpańskiej szkoły z dziećmi z Brazylii, Włoch, Rosji czy Indii. Trzeci to samo Santa Cruz: stolica, ale małe miasto, w którym wszędzie da się dojść pieszo, więc rodzina żyje bez samochodu.

Minusy Teneryfy: podatki, faktury i spóźnienia

Zapytany o minusy, Rafał zaczyna od tematu, jak sam mówi, w sam raz na rozmowę z prawnikiem.

Jak się przeprowadzaliśmy, miałem konsultację z prawniczką, która jest Polką, ale obsługuje klientów na Kanarach. Powiedziała, że to jest, jej zdaniem, taki podatek od pogody, że po przeprowadzce w Hiszpanii trzeba się z pewnymi rzeczami zderzyć.

Podatki są w Hiszpanii nieco wyższe, szczególnie przy wyższych dochodach; Rafał wspomina o progu „49% chyba”. Do tego na Teneryfie nie ma VAT-u: Wyspy Kanaryjskie są poza unijnym systemem VAT i działa tam lokalny podatek pośredni IGIC. Polscy kontrahenci nie wiedzą, co zrobić z fakturą z wyspy, więc Rafał dopisuje im adnotację, że to faktura z kraju trzeciego. Część Polaków radziła im, żeby nigdzie się nie rejestrowali i dalej rozliczali w Polsce. Rafał i Sara rozliczają się w Hiszpanii, bo, jak mówi, boją się fiskusa i nie chcą robić tego źle.

Drugi minus jest połowiczny. Urzędy na Teneryfie okazały się punktualne, za to prywatne firmy, księgowi i doradcy spóźniają się, zapominają, nie dzwonią i trzeba im przypominać. Najlepiej oddaje to historia urodzin koleżanki syna w sali zabaw: rodzina Rafała przyjechała dziesięć minut przed czasem, solenizantka dziesięć minut po czasie, i nikt nie widział w tym niczego, za co trzeba przepraszać.

Język, dom i powroty do Polski

Pierwszy rok na Teneryfie Rafałowi się podobał, ale bez hiszpańskiego czuł się jak turysta, który nie załatwi niczego w banku i nie porozmawia z rodzicami w szkole. Ma lekcje raz albo dwa razy w tygodniu, ale niewiele praktykuje hiszpański na co dzień; mimo to widzi już różnicę. Sara mówi po hiszpańsku płynnie, jako dziecko przez parę lat mieszkała w Hiszpanii i mówi, że Hiszpania to jej dom.

Język to jest jedyna przeszkoda, bo tam faktycznie dalej można znaleźć dużo osób, czy to usługodawców, czy w sklepach, czy nawet w szkole mojego synka, które nie mówią po angielsku.

Do Polski przyjeżdżają co roku na półtora, dwa miesiące, dla rodziny, nie dla ojczyzny. Rafał przyznaje, że gdyby rodziny tu nie było, nie przyjeżdżaliby na wakacje do Polski. A jednocześnie broni Polski przed narzekającymi: podatki są tu jego zdaniem niskie, infrastruktura świetna, jest bezpiecznie. Zgadza się, że to nie emigracja, tylko przeniesienie domu w inne miejsce.

Natomiast Polska jest super do życia i to nie jest tak, że uciekliśmy. Po prostu znaleźliśmy inne miejsce, które bardzo, bardzo nam się podobało.

Praca zdalna na Teneryfie: jak wygląda dzień

Dzieci idą do szkoły na 8.30 i wracają w okolicach 12.30–13.30. W tym czasie Rafał siedzi w coworkingu pięć minut od domu, bo w domu pracować nie lubi. Po południu obiad, spacer, a czasem ktoś z nich musi coś nadrobić i siada jeszcze na trzy, cztery godziny. Rafał prowadzi warsztaty i szkolenia dla prawników i sprzedaje swój kurs, a agencję marketingową zamknął pół roku przed nagraniem. Sara uczy Instagrama, prowadzi konsultacje i mentoringi, sprzedaje produkty cyfrowe i prowadzi platformę subskrypcyjną, na której uczy pracy w Canvie.

Bardzo tego pilnowałem i do tego dążyłem: pracuję teraz 4–5 godzin dziennie od dwóch lat, myślę, i to wystarcza.

Sam uprzedza, że tak nie było od początku. Pierwsze dwa, trzy lata pracowali w każdej wolnej chwili: w czasie drzemki dziecka, po nocach, z mikrofonem ustawionym w salonie między zabawkami, kiedy nagrywali kurs.

Skąd mieli pieniądze na podróże?

Zadałem to pytanie tak, jak zadałby je internetowy troll, i dostałem historię z czasów studiów. Najpierw weekendowe wypady najtańszymi liniami, potem Dubaj, w którym zakochał się z wideo przysłanego przez kolegę z liceum. Sara miała wtedy, jak mówi Rafał, chyba 600 złotych, więc przez kilka miesięcy odkładali wszystko, co się dało. Na miejscu spali, w większości, u lokalnych ludzi przez Couchsurfing, a z Dubaju zrobiła się prawie trzymiesięczna podróż przez Malezję, Singapur i Filipiny.

Do tego stopnia, że jak już byliśmy na tych Filipinach, to mieliśmy Excela i chyba 100 złotych dziennie, i wiedzieliśmy, że musimy się trzymać tego budżetu.

Na trzy miesiące pieniędzy, jak mówi, starczyło, ale na Hongkong już nie: wrócili przed czasem, a do biletów powrotnych częściowo dołożyli się rodzice. Rafał nazywa tę podróż „pstrykiem”: otworzyła mu głowę na dwa końce tej samej skali. Gospodarz w Dubaju płacił za wynajem mieszkania 11 tysięcy euro miesięcznie, a w filipińskiej wiosce nie było prądu przez sześć czy dwanaście godzin na dobę.

Poznaliśmy więc też drugą stronę: że jednak bez pieniędzy też da się być szczęśliwym.

Prawnik, który wybrał marketing

Obrona pracy magisterskiej w czerwcu 2018, działalność gospodarcza od 1 lipca. Rafał i Sara zapisali się na egzamin na aplikację adwokacką, kupili książki i zaczęli się uczyć, a szefowa z kancelarii radziła im nie porzucać aplikacji i iść na dwa fronty. Uczyli się, jak mówi Rafał, chyba dwa tygodnie.

Wnieśliśmy już opłatę wstępną za egzamin. I po dwóch tygodniach pojawił się pierwszy klient do agencji.

Rafał mówi, że do egzaminu nie podeszli, bo wiedzieli już, że droga prawnicza jest dla nich nudna i nie da im pracy online ani podróży. Przynajmniej tak wtedy myśleli; dziś uważa, że prawnik ma więcej możliwości. Bał się, że pięć lat studiów pójdzie na marne, ale prawniczy background okazał się atutem: prawnik, któremu mieli prowadzić bloga, chętnie zlecał go komuś, kto wie, czym jest zasiedzenie, klienci wybierali ich chętniej niż agencje z marketingiem prawniczym jako jedną ze specjalizacji, a agencja zatrudniała studentów i absolwentów prawa. Gdyby chciał wrócić do zawodu, wie, w czym by się specjalizował: w pomocy Polakom, którzy przeprowadzają się do Hiszpanii. Sam przeszedł tę drogę.

Minimalizm, telewizor i wyścig szczurów

Co miesiąc inne mieszkanie, w podróży jedna walizka. Książki i płyty rapowe zostały w jego dawnym pokoju u rodziców, a Sara marzy o biblioteczce na Teneryfie, której na razie nie da się przewieźć. Na trzecim roku na wyspie Rafał przyznaje jednak, że zebrali już dużo rzeczy.

Tak naprawdę konieczne jest to, że bierzemy trzy pary ubrań, laptopy, jakieś ładowarki.

Telewizora nie mają od, jak mówi Rafał, chyba dziesięciu lat. Wiadomości nie czytają, a o ważnych sprawach i tak ktoś ich poinformuje. Inspiracją była dieta niskoinformacyjna z „4-godzinnego tygodnia pracy” Tima Ferrissa i treści Jakuba B. Bączka. Rafał przyznaje, że czasem ma wrażenie, że może trochę nie pasuje do tego świata i nie chce brać udziału w wyścigu szczurów.

Empatia na ostatnim miejscu

Wchodzę w rolę hejtera i mówię mu, że to wszystko brzmi jak zadufany bufon, który nie widzi nikogo poza sobą. Rafał przyznaje, że to nawet trochę słuszna uwaga, choć nie wie, czy jest zadufany, i opowiada o teście Gallupa, w którym empatia wyszła mu na ostatnim miejscu talentów. Z czasem zrozumiał, co to znaczy.

Później z czasem zdałem sobie sprawę, że jestem bardzo empatyczny do swoich rzeczy, do swoich bliskich, do swojego kręgu, do swoich znajomych. Natomiast obcy ludzie mnie za bardzo nie interesują. Ale nie w tym kontekście, że jak ktoś by prosił o pomoc albo jej potrzebował, to bym mu jej nie udzielił.

Pod ich reklamami pojawia się czasem hejt w rodzaju „pewnie jakieś MLM-y”, ale to, co sam nazywa, z zastrzeżeniem „może”, brakiem empatii zewnętrznej, pomaga mu się nim nie przejmować. Jest mi blisko do tej narracji: mam wrażenie, że ludzie skupieni na własnym dobrostanie dają światu więcej niż ci, którzy dużo mówią o empatii, a drenują się tym, co ktoś o nich powie. Rafał dodaje, że ambicja i zadowolenie z siebie każą mu robić projekty dobrze, nawet dla obcych.

Pierwsi klienci z Instagrama

Agencja ruszyła z niszy i z dwóch kanałów naraz: bloga o marketingu prawniczym i Instagrama, na którym Sara obserwowała i lajkowała prawników, zagadywała, nawiązywała relacje. Pierwszy stały klient, jak pamięta Rafał, chyba na kilkaset złotych miesięcznie, przyszedł z Instagrama po dwóch tygodniach postowania. Z czasem doszły LinkedIn i filmy, ale konwersja i tak była najlepsza tam, gdzie zaczynali.

Jeżeli zgłaszało się do nas 10 klientów z Instagrama, to 4–5 podpisywało umowy, a z Google’a było, nie wiem, 2 na 10.

Rafał nazywa to szczęściem początkujących, ale zaraz dodaje, że jego zdaniem ci, którzy próbują różnych rzeczy, mają tego szczęścia więcej. Jak mówi, gdy zaczynali, żadnej innej agencji marketingu prawniczego na Instagramie nie było. Dorzucam, że to nie gwarancja na dziś: część tego szczęścia polegała na tym, że byli jednymi z pierwszych.

Work-life balance i telefon w szufladzie

Rafał jest fanem work-life balance i rozumie go po swojemu: rano praca w pełnym skupieniu, a po powrocie dzieci ze szkoły stara się kończyć. Rzeczy niezrobione zwykle przerzuca na następny dzień, a nie na popołudnie, chyba że są bardzo pilne. Powołuje się przy tym, z zastrzeżeniem „chyba”, na Olivera Burkemana, autora „Czterech tysięcy tygodni”. Przyznaje, że głowa przedsiębiorcy pracuje także przy zupie z dziećmi, ale stara się to ograniczać.

Telefon też zawsze mam schowany w domu w szufladzie, żeby nie był na wierzchu.

Przed wyjściem z coworkingu układa plan na jutro, żeby do domu nie zabierać niepokoju. Po południu stara się nie otwierać maila, odkąd „dziesięciominutowa” odpowiedź na mail ze skargą kancelarii zjadła mu trzy godziny i cały wieczór. W rozmowie dorzucam swoje obserwacje: sztywne granice fizyczne po kilku tygodniach zaczynają działać także w głowie, a każdy wyjątek uczy mózg, że praca może być zawsze.

Czy dzieci pomagają w biznesie?

Pytam z myślą o własnym przyszłym ojcostwie. Rafał odpowiada, że paradoksalnie pomogły: nie mógł podejmować złych decyzji, musiał stawiać na rzeczy, które mogą się zwrócić, i nie bał się delegować. Skracał zadania do dostępnego czasu, w duchu prawa Parkinsona.

Wydaje mi się, że gdybyśmy nie mieli dzieci, to mogłoby się to skończyć tym, że pracowalibyśmy 3 lata po 12 godzin, bo w biznesie ciągle jest coś do zrobienia […].

Rap, do którego chce wrócić

Grzeczny uczeń ze wzorowym zachowaniem po szkole słuchał rapu, od Eminema po polskich wykonawców, i, jak wspomina, chyba od gimnazjum pisał teksty. Na pierwszym nagraniu w studiu był tak spięty, że nie mógł wydobyć z siebie prawdziwego głosu, a presja, że z rapu trzeba się utrzymać, kazała schować teksty do szuflady. Wrócił do nich na Filipinach.

Jak byliśmy na Filipinach, to pisałem, bo miałem wenę i chęć do pisania, i napisałem album o tej podróży.

Płyta jest na YouTubie. Rafał chce wrócić do rapu hobbystycznie, bez presji utrzymywania się z niego, i ma już tracklistę kolejnego albumu: o tym, jak zmienia się głowa, kiedy pojawiają się dzieci.

Mogę wszystko i nie wiem, co wybrać

Pytam, co otworzyło go na takie życie. Rafał wymienia żonę, mnóstwo książek i webinarów o życiu po swojemu i najbardziej osobistą historię rozmowy: nagłą śmierć starszego brata, gdy Rafał miał 15 lat. Mówi, że ukształtowała go stopniowo, nie z dnia na dzień: dziś mniej się boi, więcej testuje i chce, żeby życie wypełniało to, co go naprawdę fascynuje.

Ma to drugą stronę. Po zamknięciu agencji poczuł, że może pójść w każdym kierunku: po jego podcaście o Teneryfie zgłaszali się nawet ludzie, którzy chcieli odpłatnej pomocy w przeprowadzce na wyspę.

I to sprawia, że mogę wszystko i nie wiem, co robić.

Rozmawiamy o tym, jak zwodnicza bywa koncepcja nieograniczonych możliwości. Rafał przywołuje tekst, który przypisuje raperowi Biszowi: chciałoby się, żeby ktoś dał ci pierścień jak Hobbitowi i misja byłaby jasna. Sam radzi sobie metodą prób z terminem.

U mnie dobrze działa, przynajmniej na chwilę obecną, że jak wymyślę sobie coś i nie jestem pewny, to daję sobie na przykład pół roku albo rok.

Tak było z agencją: dał sobie jeszcze rok na wyskalowanie jej i takie ułożenie, żeby był z niej zadowolony. Po roku tak nie było, więc ją zamknął.

Marzenie: dom z ogrodem na Teneryfie

Na koniec pytam o marzenie. Pierwsze jest wspólne z Sarą i bardzo konkretne.

Chcemy mieć swój dom na Teneryfie, bo teraz mieszkamy w mieszkaniu wynajmowanym, chcemy mieć swój dom z ogrodem. Bardzo nam tego brakuje.

Drugie jest jego własne: nagrać płytę rapową i odważyć się na to, żeby nieźle brzmiała.

Najczęstsze pytania o życie na Teneryfie

Czy życie na Teneryfie jest drogie? Rafałowi Solarkowi i jego rodzinie wychodzi o 20–30% drożej niż w Polsce (stan na 2025). Rafał wskazuje zwłaszcza wyższe ceny jedzenia i podstawowych produktów, za to najem w Santa Cruz był wtedy tańszy niż w dużych polskich miastach.

Jak przeprowadzić się z Polski na Teneryfę? U Rafała: trzy miesiące na próbę, dwa lata przygotowań finansowych, miesiąc w mieszkaniu z Airbnb na start, sprzedaż mieszkania w Polsce przez pełnomocnika, dwie, trzy walizki i trzy miesiące szukania mieszkania na długi wynajem.

Gdzie mieszkać na Teneryfie? Rafał mieszka w Santa Cruz, stolicy wyspy: jest tam hiszpańsko i lokalnie, a miasto jest na tyle małe, że wszystko załatwia pieszo, bez samochodu. To jego doświadczenie, nie ranking dzielnic.

Jak długo szuka się mieszkania na długi wynajem na Teneryfie? Rafałowi zajęło to trzy miesiące. W tym czasie rodzina co miesiąc wynajmowała coś na krótko przez Booking albo Airbnb.

Czy na Teneryfie jest VAT? Nie. Wyspy Kanaryjskie są poza unijnym systemem VAT, działa tam lokalny podatek IGIC. Rafał mówi, że przez to faktura dla polskiego kontrahenta bywa skomplikowana, więc dopisuje adnotację, że to faktura z kraju trzeciego.

Czy z Teneryfy da się pracować zdalnie dla polskich klientów? W chwili nagrania Rafał i Sara pracowali wyłącznie dla klientów z Polski. Minusem jest waluta: zarabiają w złotówkach, a wydają w euro.

Czy na Teneryfie trzeba znać hiszpański? Rafał i Sara zakładają, że bez języka da się przeżyć wszędzie, ale Rafał przez pierwszy rok czuł się jak turysta, a wielu usługodawców i sprzedawców nie mówi po angielsku. Język nazywa jedyną przeszkodą i ostatnią rzeczą, którą musi załatwić, żeby całkowicie się zasymilować.

Jaka jest pogoda na Teneryfie zimą? Rafał mówi, że ostatniej zimy przed nagraniem najniższa temperatura wynosiła 15 stopni w nocy. Na Teneryfę mówi się „wyspa wiecznej wiosny”.

Posłuchaj całej rozmowy

Ten artykuł zbiera ustalenia z rozmowy, która trwa prawie półtorej godziny. Nie odda samej rozmowy.

Nie usłyszysz tu, jak wspólnie przewidujemy komentarze pod shortem o pracy po cztery godziny dziennie. Ani jak Rafał tłumaczy różnicę między rapem a hip-hopem. Ani jak obaj przyznajemy się do wątpliwości, czy dobrze wykorzystujemy czas, a im głębiej się w nie wchodzi, tym bardziej się mnożą.

W tekście zostają zdania. W odcinku słychać, jak ktoś do nich dochodzi. Od 27:26 do 1:22:06 nagranie ma tylko dźwięk, bo zawiodła technika; obraz wraca pod koniec rozmowy.

Odcinek jest też dostępny w Spotify i Apple Podcasts.

Spis treści odcinka

  • 01:03 Prawnik, który został odkrywcą życia
  • 02:25 Sara i punkt zwrotny
  • 04:16 Skąd mieliście pieniądze na podróże?
  • 05:46 Couchsurfing i budżet z Excela
  • 07:25 Czynsz za 11 tysięcy euro i wioska bez prądu
  • 09:29 Jak rodzina przyjęła rezygnację z prawa
  • 11:38 Internet i agencja marketingu prawniczego
  • 12:55 Aplikacja adwokacka albo pierwszy klient
  • 15:04 Czy pięć lat prawa poszło na marne?
  • 16:52 Czy żałuje, że nie został prawnikiem
  • 18:38 Workation w pandemii i miłość do Teneryfy
  • 20:11 Przeprowadzka na Teneryfę z dwiema walizkami
  • 22:13 Minimalizm: trzy pary ubrań i laptop
  • 24:06 Bez telewizora i wiadomości
  • 25:30 Outsider od zawsze
  • 27:28 Empatia na ostatnim miejscu
  • 31:35 Dlaczego Teneryfa: pogoda i ludzie
  • 34:43 Minusy Teneryfy: podatki i spóźnienia
  • 37:46 Język i poczucie domu
  • 41:17 Powroty do Polski
  • 44:53 To nie emigracja, tylko przeprowadzka
  • 47:22 Gdzie żyje się taniej: w Polsce czy na Teneryfie?
  • 49:32 Złotówki, euro i klienci za granicą
  • 50:34 Jak wygląda dzień na Teneryfie
  • 54:50 Pierwsi klienci z Instagrama
  • 58:30 Czy work-life balance istnieje?
  • 01:03:26 Granice, które uczą głowę
  • 01:05:10 Mail, który zepsuł wieczór
  • 01:07:57 Czy dzieci pomogły w biznesie
  • 01:10:57 Jak wybierać priorytety
  • 01:13:47 Rap, hip-hop i album z Filipin
  • 01:17:34 Grzeczny uczeń czy outsider
  • 01:18:50 Co go ukształtowało
  • 01:21:35 Kiedy jest wystarczająco okej
  • 01:23:28 Pół roku na próbę
  • 01:24:09 Zacznij robić, zamiast pisać
  • 01:26:01 Pierścień jak u Hobbita
  • 01:27:40 Marzenie Rafała

O gościu

Rafał Solarek, przedsiębiorca i specjalista od marketingu prawniczego. Skończył prawo, w 2018 roku założył z żoną Sarą agencję marketingu dla prawników, którą zamknął pół roku przed nagraniem; dziś prowadzi warsztaty i szkolenia dla prawników (marketingprawnikow.pl). Od kilku lat mieszka z rodziną w Santa Cruz na Teneryfie. Pisze o życiu i esencjalizmie na rafalsolarek.pl, jest też na Instagramie.

A ty jak to widzisz?

Ciekawi mnie, co Cię trzyma tam, gdzie jesteś, a co ciągnęłoby Cię gdzie indziej. I czy przeprowadzka z dwiema walizkami brzmi dla Ciebie jak wolność, czy jak ryzyko? Napisz w komentarzu.

Listy Przygodowe

Chcesz więcej takich rozmów? Zapisz się na Listy Przygodowe, a powiadomienie o kolejnym odcinku dostaniesz na maila, bez przebijania się przez setki rolek.


Pełna transkrypcja odcinka

Poniżej zredagowany zapis rozmowy z Rafałem Solarkiem, podzielony na sekcje tematyczne. Redakcja objęła składnię i powtórzenia typowe dla mowy; sens wypowiedzi pozostał bez zmian.

Prawnik, który został odkrywcą życia

Wojtek: Podcast „Przygoda Życie”. Cześć, dzień dobry, z tej strony Wojtek Wawrzak. To kolejny odcinek podcastu „Przygoda Życie”, a dzisiaj porozmawiamy o przeprowadzce na Teneryfę i mniej oczywistych wyborach życiowych. Zrobimy to z Rafałem Solarkiem. Dzień dobry.

Rafał: Dzień dobry, cześć, witam wszystkich.

Wojtek: No właśnie, Rafale Solarku, kimże pan jest? Zacznijmy od punktu wyjścia. Jak się przedstawiasz dzisiaj?

Rafał: Dzisiaj przedstawiam się, że przede wszystkim jestem przedsiębiorcą, dodatkowo tatą, mężem, podróżnikiem i takim odkrywcą życia. Ale przez ostatnie lata, jak ktoś mnie pytał, to w kontekście zawodowym mówiłem raczej, że jestem specjalistą od marketingu prawniczego.

Wojtek: Specjalista od marketingu prawniczego i przymiotnik „prawniczy” zestawiony z odkrywcą życia. Jak to się ma? Bo przecież prawnicy to tacy sztywni, nudni ludzie. Gdzie oni odkrywają życie?

Rafał: No właśnie, może dlatego moje życie tak się potoczyło. Jak wybierałem prawo, a pewnie jeszcze do tego dojdziemy, to nie byłem jeszcze takim odkrywcą życia, nie byłem ciekawy wszystkiego, a moje życie wyglądało dość standardowo. To było powiedzmy z 10–15 lat temu. Natomiast teraz zdecydowanie odkrywca życia to jest coś, co mnie określa, bo uwielbiamy z całą rodziną podróżować, poznawać nowych ludzi i robić nowe przedsięwzięcia biznesowe. Bardzo wiele różnych tematów.

I właśnie dlatego trochę od tego prawa uciekliśmy. Mimo że sam jestem prawnikiem, skończyłem studia prawnicze, to poniekąd uciekłem od tego środowiska. Żeby bardziej się realizować, odkryć siebie, czuć to, co mam wewnątrz, pokazywać to światu i realizować ten mój zamysł odkrywcy.

Sara i punkt zwrotny

Wojtek: Ale pamiętasz ten moment, kiedy ten odkrywca się w tobie obudził? Albo dlaczego był uśpiony przez jakiś czas? Czy to jakoś naturalnie ewoluowało?

Rafał: Wydaje mi się, że poznanie mojej aktualnej żony na drugim roku studiów było dość dużym przełomem w tym kierunku, bo zaczęliśmy bardzo dużo podróżować i to odkryło mi dużo nowych horyzontów. Dzięki temu poznaliśmy nowych ludzi. To było takie step by step. Zaczęliśmy się rozwijać w tym kierunku, że nie chcemy już pracować w kancelarii, nie chcemy robić nudnych, powtarzalnych rzeczy, tylko zaczęliśmy sobie wymyślać rzeczy, które naprawdę chcemy.

Odkrywaliśmy je i wcielaliśmy w życie bez względu na to, czy jest to powszechnie akceptowalne, czy nasi rodzice są z tego zadowoleni, czy to w ogóle możliwe, czy ktoś inny coś takiego zrobił. Staraliśmy się układać plan i robić to, co my chcemy. I myślę, że poznanie jej to jest taki punkt zwrotny.

Nie było to od razu tak, że „OK, dobra, to podróżujemy, wszystko rzucamy”. Krok po kroku, bardzo dużo też słuchaliśmy różnych autorów motywacyjnych, różnych podróżników, i to nam tak ewoluowało w tym kierunku, że finalnie jesteśmy na Teneryfie. Mieszkamy.

Wojtek: Czy to jest ta piękna historia, że ta druga osoba tak naprawdę dopełnia twój świat i otwiera cię na nowo?

Rafał: Tak, myślę, że w dużej mierze tak. Ja zawsze byłem może trochę, nie chcę powiedzieć outsiderem, ale zawsze starałem się chodzić swoimi ścieżkami, raczej nadal w obszarze systemu: gimnazjum, liceum. Dobrze się uczyłem, myślałem, że będę mieć jakiś bardzo dobry etat, nie wiem, bank czy właśnie to prawo.

I dopiero później, jak poznałem Sarę, to zaczęliśmy mocniej rozkminiać, że może to schematyczne życie nie jest dla nas. Potestowaliśmy, trochę popodróżowaliśmy i to się całkowicie zmieniło. Mogę więc powiedzieć otwarcie, że poznanie Sary zdecydowanie zmieniło mój kierunek życia.

Skąd mieliście pieniądze na podróże?

Wojtek: To teraz zadam takie pytanie, jakie zadałby pewien internetowy troll w komentarzu. Skąd mieliście pieniądze na to odkrywanie życia? Bo to zawsze jest ten sam wątek: usiadło dwóch influencerów internetowych i mówią, że trzeba życie odkrywać, a jest bieżączka, jest przyziemnie. To było tak kolorowo i pięknie od początku?

Rafał: To jest super pytanie. Na początku, jak jeszcze byliśmy na studiach i nie mieliśmy dzieci, wyjeżdżaliśmy na jakieś weekendówki, dosłownie Bruksela na dwa dni. Pracowaliśmy wtedy w kancelarii w elastycznych godzinach, więc coś tam już kapało, ale nie absorbowało nas na pełen etat i mogliśmy sobie na weekend gdzieś wyjechać. Braliśmy najtańsze loty, jakieś obok głównego lotniska, więc dało się to zrobić budżetowo i myślę, że każdy może na to znaleźć pieniądze.

Ale później mój serdeczny kolega z liceum, Hubert, który teraz mocno działa w Dubaju, wyjechał do Dubaju i pokazał nam na wideo, jak to wygląda. To było już z 10 lat temu. Zakochałem się w tym Dubaju, pomyślałem: „Sara, jedziemy do Dubaju”. No i zaczęliśmy liczyć pieniądze. Ja nie miałem prawie nic, bo to, co zarobiłem w kancelarii, wydałem.

Sara chyba miała 600 złotych i mówi: „No nie damy rady chyba, nie pojedziemy do tego Dubaju, jak to zrobić?”. Zaczęliśmy odkładać wszystko, co się da, przez kilka dobrych miesięcy i w końcu stwierdziliśmy, że musimy tam wyjechać jakimiś najtańszymi liniami. Chyba lecieliśmy przez Kijów. Ale żeby utrzymać się w tym Dubaju nawet na tydzień, to jest dość trudno bez pieniędzy.

Couchsurfing i budżet z Excela

Rafał: Faktycznie byliśmy wtedy biednymi studentami, zarabialiśmy coś, ale to nie było dużo kasy. I odkryliśmy taki portal jak Couchsurfing, czyli mieszkanie u lokalsów w różnych miejscach na ziemi. Zrobiliśmy to w Dubaju i tak zaplanowaliśmy podróż, żeby od razu coś więcej zwiedzić.

To była szalona podróż, prawie trzymiesięczna, podczas której odwiedziliśmy Dubaj, Malezję, Singapur i Filipiny. Wszędzie, w większości, spaliśmy u lokalnych ludzi, więc nie płaciliśmy za nocleg. I wtedy było krucho, bardzo krucho z kasą.

Do tego stopnia, że jak już byliśmy na tych Filipinach, to mieliśmy Excela i chyba 100 złotych dziennie, i wiedzieliśmy, że musimy się trzymać tego budżetu. Czyli ogarnąć nocleg, zjeść coś po taniości, przespać się u jakiegoś lokalsa, żeby to się wszystko spięło. Finalnie na te trzy miesiące nam starczyło pieniędzy, oprócz tego, że jeszcze mieliśmy jechać do Hongkongu, mieliśmy nawet kupione bilety, ale nie starczyło nam kasy i skończyło się tak, że wróciliśmy przed czasem. Bilety powrotne częściowo delikatnie sponsorowali nam nasi rodzice, bo po prostu już nie mieliśmy jak wrócić.

Był też taki moment w tej podróży, że tej kasy brakowało, a na Filipinach już nam się trochę… Za długo tam byliśmy, tam jest dość duża bieda, nie było co jeść, bo to nie jest Tajlandia czy inny fajny kraj, gdzie jest dużo dobrego jedzenia. Wszystko nam się tak spiętrzyło, że chcieliśmy wracać i już wiedzieliśmy, że do Hongkongu nie damy rady, szczególnie że jest bardzo drogi.

No i wróciliśmy. Natomiast to wszystko było budżetowo, kosztem tego, że spaliśmy czasem w różnych miejscach z różnymi ludźmi, czasem dziwnymi.

Odkładaliśmy z rok na ten cały Dubaj, czyli na całą wycieczkę. Odkładaliśmy wszystko, co mogliśmy, i udało się to zrobić bardzo budżetowo.

Czynsz za 11 tysięcy euro i wioska bez prądu

Wojtek: Czy ta podróż była tym game changerem, tym klikiem, który definitywnie zdecydował, że to jest wasza droga?

Rafał: Myślę, że miała duży wpływ, bo do tej pory to była nasza największa podróż z plecakiem: Azja, zupełnie dzikie tereny, bardzo dużo ciekawych ludzi, szczególnie w kontekście tego, że byliśmy wtedy biednymi studentami, coś tam zarabialiśmy, ale nie mogliśmy sobie pozwolić na nie wiadomo co. W Dubaju trafiliśmy na hosta, czyli osobę, która nas przyjęła do domu, gościa z Indii, który zajmował się jakimś biznesem petrochemicznym po tacie czy coś. Miał ogromny apartament, zarabiał takie pieniądze, że ja do tej pory tyle nie zarabiałem.

Mówił nam, że za wynajem mieszkania płaci 11 tysięcy euro miesięcznie. Ale był spoko, można było z nim bardzo fajnie pogadać. Natomiast myślałem sobie: jeju, ludzie takie pieniądze zarabiają, naprawdę?

To mi też otworzyło głowę. Później pojechaliśmy na Filipiny i okazało się, że są ludzie po drugiej stronie tej skali, którzy nie mają telefonów, nie mają prądu. Byliśmy w takiej wiosce, gdzie nie było prądu przez 6 czy 12 godzin na dobę, dzień w dzień. Nie dali rady, to nie było finansowo do ogarnięcia. Poznaliśmy więc też drugą stronę: że jednak bez pieniędzy też da się być szczęśliwym.

Był więc duży wachlarz różnych emocji, doświadczeń, poznawania ludzi. Zdecydowanie te Filipiny, mówię Filipiny, bo tam najwięcej czasu spędziliśmy, to było coś, co nas mocno zmieniło. Do tej pory ciągle wspominamy tę podróż i chcemy jeszcze gdzieś pojechać w takim modelu. Teraz będzie mi troszkę trudniej, ale to było coś, co naprawdę uczy życia, i było mega przeżyciem.

Szczególnie że musieliśmy trochę kombinować, bo byliśmy na czwartym roku studiów, wyjechaliśmy na trzy miesiące, zniknęliśmy z uczelni, trzeba było wprowadzić różne zabiegi. To też nam pokazało, że jak się z niektórymi ludźmi fajnie dogada, to się da dogadać, i mogliśmy to zrobić, a wykładowcy też przymknęli oko. Bardzo dużo było różnych przeżyć, które nas w tej podróży ukształtowały.

Było dużo fajnych doświadczeń i myślę, że ta podróż była dla nas takim pstryknięciem, że może nie będziemy mieszkać w Polsce, tylko będziemy czegoś szukać, może będziemy ciągle w podróży. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, ale czuliśmy, że nas ciągnie gdzieś dalej.

Jak rodzina przyjęła rezygnację z prawa

Wojtek: Taki mit założycielski, można by powiedzieć. A jak wasze otoczenie reagowało w tamtym momencie na wasze pomysły? Fanaberia czy jednak odważni marzyciele?

Rafał: Bliższa rodzina raczej nam kibicowała, natomiast zawsze miała z tyłu głowy, że my sobie pojeździmy, trochę powydajemy pieniędzy, porobimy różne rzeczy, ale jednak wrócimy do tego prawa, skończymy je i będziemy tymi prawnikami. Więc na początku było okej.

Oni nam nawet troszkę pomagali. Moi rodzice na przykład też są, myślę, że można tak powiedzieć, dość mocno podróżnikami. Lubią zwiedzać, lubią jeździć w różne zakątki świata.

Więc dla nich to było normalne. I mieli z tyłu głowy: on jest młody, wyjeździ się, będzie fajnie, wróci, skończy te studia. Prawnicy mają super lifestyle, jak wszyscy myślą, będzie super.

No i miałem to wsparcie. Później zaczęło się to trochę pogarszać w momencie, kiedy już skończyliśmy studia i stwierdziliśmy, że jednak nie będziemy prawnikami, że nie idziemy na aplikację, że nie chcemy kontynuować tej kariery prawniczej.

Nie mówię, że byli jakoś bardzo smutni czy źli na mnie, natomiast było widać, że pokładali w nas nadzieję, że jednak będzie ta kancelaria, a nie jakieś inne dziwne projekty, pomysły na życie.

Wojtek: No ale dzisiaj chyba już widzą, że prawnik nie musi być tylko prawnikiem w kancelarii, że dróg jest wiele, a wy znaleźliście z sukcesem swoje miejsce.

Rafał: Tak, zdecydowanie. Teraz, po latach, wszyscy z bliskiej rodziny pochwalają nasz wybór. No, może trochę mniej się cieszą, że mieszkamy przez 10 miesięcy poza granicami Polski.

Natomiast bardzo pochwalają i wiem, że są z nas dumni, że nam się to udało. Że to nie była taka fanaberia: dobra, olewam tę kancelarię i teraz, nie wiem, będę sprzedawał jakieś bułeczki przy drodze na Filipinach, żeby zarobić. Tylko to był przemyślany plan, że chcemy na czymś zarobić i mocno się do tego przyłożymy.

No i nam się to udało. Zbudowaliśmy biznes, kilka linii biznesowych online, które dobrze działają i z których jesteśmy zadowoleni. Nasi bliscy nie dość, że są dumni, to też chwalą i widzą, że to było przemyślane, i już nie ma takich myśli: „a, szkoda, że nie jesteś tym prawnikiem”, tylko: „fajnie, że wybrałeś tę drogę”.

Internet i agencja marketingu prawniczego

Wojtek: Czyli jesteś tym trzydziestolatkiem, który wykorzystał potencjał często hejtowanego przez starsze pokolenia internetu i przekuł go na swoją korzyść. Tak naprawdę gdyby nie te, jak to ładnie nazwałeś, linie online, czy pewne pomysły internetowe, to prawdopodobnie nie miałbyś przywileju doświadczyć tego stylu życia.

Rafał: Zdecydowanie. Internet jest do tej pory całym naszym centrum. Nawet ostatnio zastanawiałem się nad otwarciem jakiegoś stacjonarnego biznesu na Teneryfie i ciągle mam z tyłu głowy, że może jednak nie, bo online jest wygodniej, idziesz przed komputer. Ale krok po kroku pewnie to się trochę zmieni. Natomiast bez internetu na pewno by się to nie udało.

Mieliśmy taki zamysł, że skończymy prawo, chcieliśmy podróżować, chcieliśmy pracować zdalnie, więc ten internet był takim najważniejszym punktem. Co możemy robić przez internet, za co ludzie nam zapłacą, i żeby to nie było, nie wiem, wypełnianie ankiet. Kombinowaliśmy więc, co możemy zrobić.

W wielu rozmowach z Sarą wyszło, że skoro chcemy internetowo, a trochę już wtedy robiliśmy marketingu, trochę amatorsko, trochę mieliśmy też takich projektów marketingowych w tej kancelarii, w której pracowaliśmy, to pomyśleliśmy: dobra, połączymy prawo i marketing, internet, i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Ruszyliśmy z naszą agencją, z usługami marketingowymi dla prawników. I to się świetnie przyjęło.

Aplikacja adwokacka albo pierwszy klient

Wojtek: Możemy to jakoś umiejscowić na linii czasu, żeby dać osobom, które patrzą na to z lotu ptaka, obraz, jaki to był moment w naszej cywilizacji? Który to był rok? 2014, 2015?

Rafał: To było 7 lat temu.

Wojtek: Czyli 2017–18. I byliście wtedy świeżo po studiach?

Rafał: Tak. Skończyliśmy pod koniec czerwca 2018, mieliśmy obronę pracy magisterskiej, to było 20-któregoś czerwca, a 1 lipca otworzyliśmy działalność gospodarczą właśnie w celu otwarcia tej agencji i świadczenia usług marketingowych. Wtedy jeszcze nie byliśmy pewni, czy nam zaskoczy. Zapisaliśmy się wtedy na aplikację adwokacką oboje. Kupiliśmy sobie książki do tej aplikacji i zaczęliśmy się uczyć.

Jednocześnie skończyłem pracę w tej kancelarii, w której pracowaliśmy, i rozmawialiśmy wtedy z mecenas, która nas prowadziła, która była szefową. Powiedziała, że ten marketing prawniczy jest bardzo ciekawy, ale żebyśmy nie porzucali aplikacji, że musimy iść na dwa fronty. Na początku tak robiliśmy i uczyliśmy się do tej aplikacji chyba dwa tygodnie.

Wnieśliśmy już opłatę wstępną za egzamin. I po dwóch tygodniach pojawił się pierwszy klient do agencji. Jednocześnie byliśmy tak zmęczeni nauką do tej aplikacji, nawet nie pod kątem samej nauki, bo my się zawsze dobrze i dużo uczyliśmy.

Natomiast wiedzieliśmy, że to jest dla nas już teraz nudne, oklepane, że nie chcemy iść w tę stronę i że to nie da nam nawet tego online’u i tych podróży. Przynajmniej wtedy tak myśleliśmy, teraz prawnik ma więcej możliwości, tak mi się wydaje. Zrezygnowaliśmy z tego egzaminu. Nie podeszliśmy, zostawiliśmy ten temat i poszliśmy całkowicie w agencję.

To było pewne ryzyko. Jeszcze przez kolejne pół roku mieszkaliśmy u moich rodziców, więc finansowo nie było tak, że musieliśmy od razu zarabiać. Ale po 8 miesiącach prowadzenia działalności od zera przeprowadziliśmy się już na swoje, więc musieliśmy dość dynamicznie działać.

Sama ta decyzja została podjęta w momencie, kiedy skończyliśmy studia i nie mieliśmy pomysłu. Mieliśmy troszeczkę doświadczenia marketingowego, ale bardzo, bardzo dużo wiary w to, że się uda, i nie wyobrażaliśmy sobie pracy za biurkiem w kancelarii, więc wszystkie ręce na pokład, 100% zaangażowania i poszliśmy w ten marketing prawniczy.

Czy pięć lat prawa poszło na marne?

Wojtek: Nie mieliście takich obaw, że solidną bazę, fundament wykuty przez lata ciężką pracą na studiach porzucacie na rzecz jakiegoś wyśnionego scenariusza, ale de facto nie wiadomo, co na nim stoi? Jak porównamy codzienne zadania prawnika z zadaniami marketera, to przeciętny człowiek spytany powie: „Prawnik pracuje, a marketer to nie wiadomo, co robi”. Nie miałeś takiej obawy: co ja robię?

Rafał: Przez chwilę miałem, może nawet nie przez chwilę. Bałem się, że te pięć lat studiów pójdzie po prostu na marne, że nie będzie wykorzystane. Ale to, że zaczęliśmy właśnie z agencją dla prawników, a nie z agencją marketingu dla wszystkich, dało mi poczucie, i zresztą realne doświadczenie, że nie marnowałem tych pięciu lat. To znaczy, rzadko już korzystałem z wiedzy merytorycznej, ale się przydawała.

Rozmawiałem z prawnikiem, któremu mieliśmy prowadzić bloga na przykład, i on widział, że wiem, co to jest umowa zlecenia, co to jest umowa o pracę, czym jest zasiedzenie, więc chętnie nam tę usługę zlecał. Miałem ten background prawniczy i bardzo nam się przydał. Już nie mówiąc o tym, że w życiu też przydała mi się wiedza prawna, ale w marketingu prawniczym też. I zawsze, jeżeli rozmawialiśmy z jakimś klientem, nawet nie chodziło już o merytorykę, tylko mówiliśmy, że jesteśmy po studiach prawniczych, to bardzo chętnie korzystali z naszych usług, dużo chętniej niż z jakiejś agencji, której jedną ze specjalizacji jest marketing prawniczy.

Więc to nie było tak, że nam się to nie przydało, ale miałem faktycznie takie obawy: kurde, tyle się uczyłem, i co teraz będzie po tych studiach prawniczych. Okazało się jednak, że w prowadzeniu agencji marketingowej bardzo się to przydaje. Później wykorzystywaliśmy to tak, że jak zatrudnialiśmy kogoś do pomocy w agencji, to braliśmy studentów albo absolwentów prawa, co jeszcze bardziej wzmacniało nasz background prawniczy i renomę, że faktycznie się na tym znamy.

Czy żałuje, że nie został prawnikiem

Wojtek: Ta znajomość kontekstu jest chyba decydująca, bo branża prawna jednak rządzi się swoimi prawami i nadal jest dość hermetyczna. Tylko że dzisiaj jesteśmy w 2025, czyli 7–8 lat później, i w zasadzie to, co mówisz: prawnik przy biurku, mimo że nadal stereotyp, daje dużo więcej możliwości. Dzisiaj jako prawnik, nawet ten adwokat, może nie adwokat, raczej radca prawny, mógłbyś tak naprawdę pracować również z Teneryfy. Nie żałujesz czasem, że nie poszedłeś jednak w drogę merytoryczną?

Rafał: Nie żałuję, bo te ostatnie 7 lat było świetne pod różnymi względami. Finansowo, jak to u przedsiębiorcy, myślę, raz było lepiej, raz gorzej, ale ten biznes pozwolił nam przenieść się na Teneryfę i tam żyć. Czy żałuję? Nie, bo zawsze wiem, szczególnie w tych czasach, że mógłbym do tego wrócić, jeżeli bym chciał.

Nawet ostatnio, gdy prowadziłem warsztaty dla prawników z wyboru specjalizacji, testowo robiłem sam te zadania, żeby pokazać im, jak to działa. I na przykład wyszło, że dla mnie dobrą specjalizacją prawnika byłaby pomoc ekspatom z Polski, którzy chcą się przeprowadzić do Hiszpanii, przenieść dokumenty, założyć działalność. Sam przeszedłem tę drogę i faktycznie, jeżeli bym chciał, mógłbym to otworzyć. Chyba nie do końca aż tak mnie to fascynuje, żeby to zrobić, ale do tej pory uważam, że jestem dość dobry w tych papierkach i w przepisach, dość dobrze to ogarniam.

Więc zawsze mogę do tego wrócić. Nie żałuję. Wydaje mi się też, że na marketingu zarobiłem więcej, niż mógłbym wtedy na usługach prawnych. Ciężko mi to określić, ale nie mam poczucia żalu, szczególnie że dalej siedzę w tej branży prawnej i myślę, że mogę wrócić. Kiedy bym chciał, mógłbym zacząć coś tam robić w tym kierunku.

Wojtek: Czyli mądrze alokujesz i wykorzystujesz zasoby, można by powiedzieć.

Rafał: Tak, staram się.

Workation w pandemii i miłość do Teneryfy

Wojtek: To teraz może przejdźmy do tej Teneryfy, o której już zajawiłeś. Mamy rok 2017–2018, kiedy decydujecie się, że nie będziecie prawnikami, tylko będziecie doradzać prawnikom marketingowo, w uproszczeniu. Teraz mówisz, że mieszkacie na Teneryfie. Gdzie ta Teneryfa się pojawiła? Jak ten cały proces przeniesienia swojego centrum interesów życiowych, posługując się terminologią podatkową, nastąpił?

Rafał: To wyglądało tak, że pierwsze dwa, trzy lata mieszkaliśmy w Polsce i pracowaliśmy w Polsce. Pojawiło się nasze pierwsze dziecko, więc praca zdalna, całkowicie z domu, bez żadnego biura. Wymienialiśmy się pracą i opieką nad dzieckiem. A jak przyszła pandemia, rok 2020, większość rzeczy była pozamykana, odwołali nam jakieś podróże i w pewnym momencie otworzył się taki slot, że jednak można latać.

Wtedy akurat się złożyło, że przynajmniej w naszej bańce dość dużo influencerów i specjalistów od marketingu latało na Wyspy Kanaryjskie na dwa, trzy miesiące, żeby uciec od tej Europy i trochę wypocząć. No i stwierdziliśmy, że skoro nie mogliśmy przez jakiś czas podróżować, teraz dłuższy, przez te blokady, to chodźmy na tę Teneryfę, zobaczymy, jak tam jest na tych Wyspach Kanaryjskich. Zrobiliśmy sobie takie workation na trzy miesiące. I po tych trzech miesiącach przepadliśmy, zakochaliśmy się w Teneryfie i stwierdziliśmy, że zdecydowanie musimy się tam przeprowadzić.

Nie wiedzieliśmy zupełnie jak, nie wiedzieliśmy, jak się utrzymamy. Wtedy zarabialiśmy na pewno mniej, niż wymagało życie na Teneryfie i wynajęcie tam mieszkania. Natomiast przepadliśmy i bardzo, bardzo nam się te trzy miesiące spodobały. Zapadła decyzja, a później była kwestia tego, jak to zrobimy i kiedy.

Przeprowadzka na Teneryfę z dwiema walizkami

Rafał: Przez najbliższe dwa lata po tym wyjeździe mocno się przygotowywaliśmy do przeprowadzki, głównie pod względem finansowym. Czyli jak to zrobić, żeby przychody były na tyle wysokie, żebyśmy mogli się na Teneryfie utrzymać. Krok po kroku docieraliśmy do tego, że okej, dobra, jesteśmy już gotowi.

W międzyczasie Sara zaszła w drugą ciążę, więc chcieliśmy, żeby dziecko urodziło się w Polsce, żeby nie latać tam i żeby wszystkie procedury medyczne związane z porodem były w Polsce. Poczekaliśmy więc, aż urodzi się drugie dziecko, chwilę się odchowa, i zdecydowaliśmy, że lecimy na Teneryfę. Wynajęliśmy mieszkanie na Airbnb na miesiąc na Teneryfie, a tutaj swoje mieszkanie, które mieliśmy kupione mocno z pomocą rodziców, takie malutkie pod Warszawą, wystawiliśmy na sprzedaż.

Stwierdziliśmy, że coś się sprzeda. Przychodziły osoby, nie kupiły, ale udało nam się tak, że wyjechaliśmy na Teneryfę, bo mieliśmy już bilety, a ja dałem pełnomocnictwo moim rodzicom i w ciągu chyba dwóch czy trzech tygodni sprzedali to mieszkanie. Wszystko spakowaliśmy do dwóch, trzech walizek, reszta rzeczy poszła do piwnicy albo na strych do moich rodziców i z tymi dwoma walizkami polecieliśmy na Teneryfę.

I zdecydowanie wystarczyło. Okazało się, że ludzie mają za dużo rzeczy w domu, dużo zabawek i różnych niepotrzebnych drobnostek. Od tamtej pory zaczęliśmy na Teneryfie szukać mieszkania na długi wynajem. To też było dość skomplikowane, bo finalnie trwało trzy miesiące.

Samo przeniesienie z Polski na Teneryfę było dla nas proste, bo nasza firma to jest nasz laptop, a wcześniej dość dużo podróżowaliśmy na powiedzmy tydzień, dwa, więc umieliśmy się łatwo odnaleźć: otwieramy laptop i pracujemy tu. Dzieci też były przyzwyczajone mniej więcej do latania, szczególnie ten starszy, więc poszło dość łatwo. Ludzie czasem pytają nas, jak to się stało, że się przenieśliśmy.

Bardzo prosto. Spakowaliśmy wszystko, co najważniejsze, kupiliśmy bilet, a tutaj zostawiliśmy wszystko, mieszkanie tyle, co posprzątaliśmy, żeby się sprzedało. Więc było naprawdę prosto.

Minimalizm: trzy pary ubrań i laptop

Wojtek: Czyli jesteście minimalistami?

Rafał: Tak, zdecydowanie. Nawet jak byliśmy już na Teneryfie i szukaliśmy mieszkania na wynajem długoterminowy, to co miesiąc zmienialiśmy mieszkanie przez Booking czy Airbnb, bo nie było szansy wynająć na dłużej. Dla nas nie było problemu się spakować, przenieść i kolejny miesiąc spędzić gdzie indziej. Teraz, jak na przykład gdzieś lecimy, to lecimy z jedną walizką i też nam to zdecydowanie starcza. Minimalizm bardzo nam pomógł w tym, że możemy zmieniać miejsca zamieszkania raz, dwa, i dlatego też jesteśmy mobilni.

Wojtek: Czyli nie gromadzicie książek, nie gromadzicie płyt, nie gromadzicie rzeczy. Takie niezbędne minimum. Co jest tym niezbędnym minimum, które potrzebujecie do życia?

Rafał: Gromadzimy. U mnie na przykład w moim starym pokoju dalej są jakieś książki rozwojowe, są płyty rapowe. Sara też ma mnóstwo książek. Tylko że się okazuje, że to nie jest absolutnie konieczne. Na przykład moja żona bardzo by chciała mieć na Teneryfie biblioteczkę, ale na razie nie jesteśmy w stanie tego przetransportować. Może kiedyś, nie wiem, może pojedziemy na Teneryfę samochodem, to wtedy wszystko weźmiemy.

Więc dość dużo naszych rzeczy zostało, ale to nie są rzeczy absolutnie konieczne. Tak naprawdę konieczne jest to, że bierzemy trzy pary ubrań, laptopy, jakieś ładowarki. Z naszych personalnych rzeczy to nie za bardzo. Nie mamy nic takiego, co musi być bardzo, bardzo ważne. Jak byliśmy na przykład te trzy miesiące w Azji, to mieliśmy po dwa plecaki, każdy z nas, i też wystarczyło. Tak naprawdę wszystko na świecie da się kupić, jeżeli jest taka potrzeba, a z naszych personalnych rzeczy, jak mówię, telefony, laptopy i poradzimy sobie.

Wojtek: Czyli to nasze przywiązanie do rzeczy jest bardziej w głowie, niż jest rzeczywistą potrzebą?

Rafał: Tak, bo na Teneryfie mieszkamy teraz trzeci rok i też już zebraliśmy dużo rzeczy. To jest właśnie konsumpcjonizm i skupowanie, czasem może niepotrzebne. Jesteśmy przywiązani, wydaje nam się, że to jest potrzebne, ale w gruncie rzeczy do życia nie jest nam potrzebne dużo. Jakiś kontakt ze światem, właśnie do pracy, laptop, jedzenie, ubranie i tak naprawdę nic więcej.

Bez telewizora i wiadomości

Wojtek: Wiesz, że brzmisz teraz trochę jak taki nawiedzony, współczesny człowiek duchowości.

Rafał: Coś w tym jest, bo kiedyś, może jeszcze zanim miałem dzieci, myślałem o tym, że mogę sobie gdzieś ubić chatkę na plaży na Bali i tam żyć bardzo minimalistycznie i spokojnie. Teraz może jest to trudniejsze. Jestem w uwikłaniu, może to złe słowo, ale po prostu rodzina, dzieci, praca i może to jest trudniejsze. Ale my do tej pory bardzo z Sarą, z moją żoną, cenimy to nasze minimalistyczne życie.

Mamy mało rzeczy, tyle, ile się da, a przynajmniej jak podróżujemy, to już w ogóle absolutne minimum. Ale my nie oglądamy telewizji, zresztą nie mamy telewizora, nie czytamy wiadomości. Jesteśmy mocno odcięci od świata, tak mi się wydaje. Bardzo jesteśmy skupieni na sobie, na rodzinie, na tym, co się dzieje w biznesie. Staramy się utrzymywać kontakt z rodziną, ale nic ponad to.

Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, nieważne, ale faktycznie coś w tym jest, że czasem mam wrażenie, że może trochę nie pasuję do tego świata. Nie chce mi się uczestniczyć w tym samym wyścigu szczurów, w tym konsumpcjonizmie. Stoję sobie z boku, mam jakiś mały biznes, najlepiej taki, żeby nie wiązał się z tym, że muszę się pokazywać w social mediach, bo nie zawsze mi się chce. Nie musi mnie nikt znać, ja po prostu chcę osiągnąć swoje cele, które mam. I nie muszę tego robić na pokaz, ani w zgodzie, ani w kooperacji ze światem.

Outsider od zawsze

Wojtek: To wyłączenie i odcięcie od świata, czy to jest coś, co świadomie wypracowałeś przez lata, czy to po prostu w tobie było od zawsze? Takie trochę outsiderstwo i to, że ten świat, można powiedzieć, trochę egoistycznie, nie ma mi za wiele do zaproponowania. Wolę się skupić na sobie i na swoich najbliższych.

Rafał: Wydaje mi się, że to było we mnie od zawsze, ale dopiero z biegiem lat wychodziło na zewnątrz. Zawsze chodziłem swoimi ścieżkami. Nawet jak byłem mały, to nie za bardzo interesowało mnie, jak ktoś mnie obgadywał albo coś o mnie mówił. To było dla mnie zupełnie nieistotne, bo ja mam swój świat, wiem, jaką mam wartość, mam swoich bliskich przyjaciół i zupełnie nie obchodził mnie świat zewnętrzny. Ale to były takie małe przejawy. Później, im byłem starszy, tym bardziej dostrzegałem, że to mi tu przeszkadza, tu bym nie chciał iść na etat.

Tutaj mnie denerwuje, że ludzie kłócą się przy wigilijnym stole o politykę, a mnie to w ogóle za bardzo nie interesuje. Krok po kroku odkrywałem siebie i myślę, że dalej jestem w tym trybie odkrywania siebie. Otaczałem się też pewnymi treściami i autorami, którzy sugerowali, żeby się trochę odciąć od tego świata.

Testowałem to i mi się podobało. Na przykład książka Tima Ferrissa „4-godzinny tydzień pracy”, tam była mowa o diecie niskoinformacyjnej. Później taki autor jak Jakub B. Bączek, też dużo chłonąłem jego treści, on też mówił, żeby jak najmniej czerpać z tego zewnętrznego świata, szczególnie tych negatywnych rzeczy.

Testowałem i mi się to podobało. Telewizora to od 10 chyba lat nie mamy i zupełnie nam to nie przeszkadza. Czasem niektórzy pytają nas, jak możecie funkcjonować bez wiadomości, bez telewizora, przecież musicie wiedzieć, co się dzieje na świecie. A ja właśnie nie mam takiej potrzeby, żeby musieć wiedzieć, co się dzieje na świecie. Jak się dzieje coś ważnego, to i tak zawsze ktoś nas o tym poinformuje. Ale z czasem widzę, że jestem coraz większym trochę outsiderem, tak mi się wydaje. Nie, że robię się coraz bardziej dziki, ale bardziej skupiam się na tym, co mam wokół i na tym, na czym mi zależy.

Empatia na ostatnim miejscu

Wojtek: Właśnie, możemy w kontrze do tego twojego sposobu życia, czyli odkrywania siebie, skupiania się na swoim świecie, znowu internetowym językiem nienawiści trochę popłynąć i powiedzieć: „odkrywa siebie”, czyli nieprzystosowany, aspołeczny, jeszcze zadufany bufon, który nie widzi nikogo i niczego poza sobą. Tak się nie żyje, drogi panie.

Rafał: No to jest, myślę, nawet słuszna uwaga trochę. Nie wiem, czy jestem zadufany, natomiast wydaje mi się, że mam pewność siebie na dość wysokim poziomie. Taka historia: robiłem sobie jakiś czas temu, już pewnie parę lat temu, test Gallupa, gdzie są te talenty. Z większością się zgodziłem, niektóre mi się nie podobały, ale największe zaskoczenie, które później w życiu się potwierdziło, to to, że na ostatnim miejscu tych talentów Gallupa u mnie była empatia.

I tak sobie myślę, że nie najlepiej to o mnie świadczy, że nie jestem empatyczny. Bo z moich obserwacji, też z tego, jak rozmawiałem z bliskimi, ja generalnie jestem bardzo odpowiedzialny i dbam o rodzinę, o bliskich i raczej jestem empatyczny. Tak mi się wydawało. Później z czasem zdałem sobie sprawę, że jestem bardzo empatyczny do swoich rzeczy, do swoich bliskich, do swojego kręgu, do swoich znajomych. Natomiast obcy ludzie mnie za bardzo nie interesują. Ale nie w tym kontekście, że jak ktoś by prosił o pomoc albo jej potrzebował, to bym mu jej nie udzielił.

Tylko staram się skupić na tym, co mogę zrobić, co mogę swoimi siłami naprawić. Nawet jeżeli mam naprawiać świat, to skupiam się na tym, co ja mogę faktycznie zrobić. Więc czy jestem nieprzystosowany? Trochę tak. I ludzie też trochę nas za to hejtują: jak gdzieś puścimy jakąś reklamę, rolkę, to czasem pojawiają się jakieś hejty. „Wyprowadziliście się na Teneryfę, ciekawe, z czego zarabiacie, pewnie jakieś MLM-y i w ogóle”. I to się zdarza. Ale bardzo mi zależy w życiu na tym, żeby każda chwila tego życia była wypełniona czymś, co mnie raduje, co mnie satysfakcjonuje.

Dlatego też myślę, że jestem takim outsiderem, że szukam swojej ścieżki i nie chcę wchodzić w te schematy. Zresztą trochę przetestowałem niektóre schematy, tylko właśnie chodzi o to, żeby szukać tej swojej jedynej ścieżki, która mi odpowiada, nawet jeżeli nikt jeszcze nigdy nią nie przeszedł. A ten brak może empatii, takiej zewnętrznej, jakbym to nazwał, pomaga mi w tym, że nie przejmuję się tym, że ktoś mnie skrytykuje i powie, że jestem nieprzystosowany, bo to jest moje życie i ja muszę się zastanawiać nad tym, żeby mi było dobrze. Może to znowu bardzo hedonistycznie brzmi. Nie ma chyba obowiązku, żeby się w te schematy wrzucać.

Wojtek: Bardzo mi blisko do twojej narracji. To jest taki stały spór, który powraca w dyskusjach z moją mamą. Ja też nie uważam się za osobę nieempatyczną, ale moją pierwszą reakcją na czyjeś powiedzenie, że ktoś coś o tobie powiedział, jest zawsze „no i co z tego?”. Co mnie obchodzi, kto coś o mnie powiedział? Tu się liczy mój dobrostan. Z drugiej strony wtedy pada taka reakcja, że właśnie, świat jest empatyczny, a ty jesteś skupiony na sobie. Ale ja widzę w tym jednak duży złoty środek i mam wrażenie, że dużo więcej światu są w stanie dać te jednostki, które mówią „ja, mój dobrostan”, niż te, które tak głośno mówią o empatii, bo one się drenują albo zamartwiają się tym, co ktoś o nich powie, i czy to realnie przekłada się na to, co one wartościowego dają światu, nie jestem przekonany.

Rafał: Tak, myślę, że masz rację, szczególnie że widzę, że to nie jest tak, że mam brak empatii. Powiedzmy, robimy jakiś projekt marketingowy, biorę budżet i robię na szybko, po taniości, może nie po taniości, ale po prostu na odwal się, bo nie obchodzi mnie ten człowiek. Nie, bo gdzieś jest z tym połączona ambicja: żebym ja był zadowolony z siebie, to muszę zrobić to dobrze. Więc to wewnętrzne skupienie na dobrostanie i na tym, że jestem z siebie zadowolony, pomaga mi dowozić pewne efekty. Tylko raczej nie zwracam uwagi na ludzi marudzących, narzekających, krytykujących, nas hejtujących, bo to też się zdarza.

Skupiam się na tym, żeby robić swoją pracę jak najlepiej. To jest to, co ty mówisz. Wydaje mi się, że takie jednostki są w stanie dać finalnie więcej, lepszej jakości, są też bardziej kreatywne, mają wpływ na to, że ten świat się jakoś zmienia, a nie że po prostu jesteśmy trybikiem w maszynie i jakoś przeżyjemy to życie.

Dlaczego Teneryfa: pogoda i ludzie

Wojtek: To wróćmy teraz troszkę do tego zachwytu Teneryfą, bo powiedziałeś, że przepadliście tam, że wam się Teneryfa spodobała. Co takiego w tej Teneryfie było urzekającego, że stwierdziliście, że to jest nasze miejsce, może nie na ziemi docelowo, ale przynajmniej na ten czas?

Rafał: Myślę, że pierwsze to nikogo nie zaskoczy: top jeden to jest pogoda. To, że cały rok jest tam ciepło, mówi się na Teneryfę „wyspa wiecznej wiosny” i tak faktycznie jest. Ostatnią zimę, jak byliśmy na Teneryfie, najniższa temperatura w zimie, to było 15 stopni, w nocy. Więc bardzo fajnie. Może nie jestem jakimś meteopatą, jak to się mówi, czyli osobą zależną od pogody, ale jednak jak świeci słońce przez cały rok praktycznie, to człowiek się fajnie czuje i to daje jakąś energię. Więc ta pogoda jest świetna. My nie mamy, nie wiem, jakichś bluz, długich spodni, nawet dzisiaj musiałem przyjechać w sandałach, bo nie mam innych butów.

Wojtek: To dlatego tak mało rzeczy, nie minimalizm, tylko pogoda wspaniała.

Rafał: Na pewno ma to wpływ na naszą zawartość szafy, więc pogoda jako numer jeden. Ale drugie to też ludzie, którzy są bardziej wyluzowani. Zresztą myślę, że to jest taki powszechny stereotyp, który się dość mocno sprawdza, jeżeli chodzi o Hiszpanów: że są luźniejsi, spokojniejsi, bardzo często żartują, i to też zauważam.

Jeszcze może nie do końca zawsze kumam te żarty, bo uczę się hiszpańskiego, a jak ktoś zażartuje w obcym języku, to jest trudno zrozumieć. Ale to jest na każdym polu. Jest zebranie w szkole, gdzieś w kawiarni, w urzędzie, ktoś coś powie i druga osoba bardzo często żartuje. Oni sobie lubią robić takie krótkie przerwy na śmiech, że tak powiem. Nam się to bardzo podoba, że ludzie są bardzo przyjaźni. Mimo że jesteśmy obcokrajowcami, to nigdy nie mieliśmy żadnych problemów z tym, że ktoś nas odrzucił albo powiedział, żebyśmy wracali do Polski.

Szczególnie że jest tam dość mocno międzynarodowe środowisko. Na przykład mój synek, który chodzi do szkoły hiszpańskiej, ma w szkole osoby z Brazylii, z Włoch, z Rosji, tak naprawdę z wielu, wielu krajów, z Indii. I to też jest fajne, nie dość że dzieci uczą się tolerancji, to i nas mocno rozwija, bo są tam przeróżne osoby, które pracują i na etacie, i zdalnie dla różnych firm. Więc to nam się podoba i to pewnie jest spójne z tym moim odkrywcą świata, że mogę poznać tam mnóstwo ciekawych osób. No i sam wygląd Teneryfy, mnóstwo do zwiedzania, jakieś plaże czy miejsca do trekkingu, do zabawy z dziećmi.

Na przykład mieszkamy w Santa Cruz, w stolicy, gdzie jest bardzo hiszpańsko i lokalnie, ale to małe miasto, na tyle rozwinięte, że wszędzie możemy pójść na nogach, nie mamy samochodu na Teneryfie, wszystko możemy załatwić. Bardzo dużo jest miejsc zielonych, bardzo dużo czasu spędzamy na zewnątrz przez pogodę i zresztą widać też po Hiszpanach, że ciągle są zajęte boiska, mnóstwo się dzieje na dworze.

No i to, że Teneryfa pomogła nam jeszcze bardziej wcielić ten minimalizm w życie, że jesteśmy odcięci od pewnych informacji z Polski czy od jakiejś sytuacji. Tutaj naprawdę żyjemy takim swoim życiem, ale to akurat mogło się zdarzyć wszędzie. Pytałeś o Teneryfę, to myślę, że te rzeczy przychodzą mi na myśl jako pierwsze.

Minusy Teneryfy: podatki i spóźnienia

Wojtek: Brzmi troszeczkę jak taki wasz prywatny raj na ziemi. To jakie są niuanse, zapyta podejrzliwy Polak. Jakie są minusy tej Teneryfy?

Rafał: Minusy, to akurat dobry temat do porozmawiania z tobą. To są podatki i prawo, delikatnie. Jak się przeprowadzaliśmy, miałem konsultację z prawniczką, która jest Polką, ale obsługuje klientów na Kanarach. Powiedziała, że to jest, jej zdaniem, taki podatek od pogody, że po przeprowadzce w Hiszpanii trzeba się z pewnymi rzeczami zderzyć.

Przede wszystkim podatki są nieco wyższe, szczególnie przy wyższych kwotach. Jakbyśmy kiedyś dotarli do pewnych progów, to oni mają nawet w podatku dochodowym tam 49% chyba, zapewne to są progi dochodowe. Prawo jest takie, że w Hiszpanii jest to jeszcze łatwiejsze do ogarnięcia, ale okazało się, że na Teneryfie na przykład nie ma systemu VAT. Mimo że jesteśmy w Unii Europejskiej, to tam nie ma VAT-u, tam jest inny podatek. I już wystawienie faktury, jak prowadzę działalność gospodarczą dla kogoś z Polski, jest dość skomplikowane, bo polscy kontrahenci nie wiedzą, co z tą fakturą zrobić.

Więc ja piszę im czasem taką adnotację, że to jest faktura z kraju trzeciego, musisz to tak rozliczyć, i wtedy jest łatwiej. To jest pewien problem. Drugi, tak połowicznie, bo wszyscy nam mówili, że Hiszpanie są tacy, że nigdy nie są na czas, pewne rzeczy olewają, są wyluzowani i tak dalej.

Najpierw mieliśmy styczność na Teneryfie z urzędami, wyrabialiśmy różne pozwolenia, różne numery identyfikacyjne. Umawialiśmy się przez internet na przykład na 13, przychodziliśmy i na 13 była obsługa. Było super punktualnie i byliśmy zaskoczeni, że ludzie tak mówią, że Hiszpanie są niepunktualni, bo mieliśmy zupełnie inne doświadczenia. Później się to zmieniło, jak zaczęliśmy korzystać z różnych prywatnych firm: księgowa hiszpańska, jakiś hiszpański doradca podatkowy, jakieś po prostu usługi. Oni faktycznie się spóźniają, zapominają, nie dzwonią, trzeba im się przypominać i to faktycznie widać. Dla Polaka jest to pewien problem, żeby się na to przestawić, trochę wyluzować.

Mieliśmy nawet taką sytuację w bardziej prywatnych okolicznościach, ze szkoły. Dzieci bardzo często zapraszają się na urodziny do sali zabaw, do McDonalda, do różnych takich miejsc. Mój synek dostał zaproszenie na salę zabaw. Powiedzmy, że na 11.30 musimy się pojawić, więc przyjechaliśmy jak to Polacy na 11.20, byliśmy punktualnie i nikogo jeszcze nie było.

Później, o 11.25, przyjechał jeszcze jeden chłopak, ale nie solenizantka. O 11.30 przyjechało jeszcze dwoje dzieci i czekaliśmy jeszcze parę minut na solenizantkę, bo się spóźniła, przyjechała z rodzicami po czasie. I nie było takiego „oj, sorry, że się spóźniliśmy”. Dla nich to było normalne, że skoro umówili się na 11.30, to przyjechali 11.40 i to jest normalne. Nie ma żadnego przepraszam za spóźnienie.

Do tego też musimy się przyzwyczaić. To nie jest duże, ale myślę, że wszyscy Polacy, większość przynajmniej, jak się umawiamy, to się umawiamy, tak? Jesteśmy o czasie albo przed czasem, żeby się nic nie wysypało. A oni jak przyjadą pół godziny później, to się tym nie przejmują i trzeba się do tego przyzwyczaić. A oprócz tego chyba jakichś większych problemów, które dostrzegamy, nie ma.

Język i poczucie domu

Wojtek: Dla mnie, osoby mocno przywiązanej do terytorializmu swojego miejsca zamieszkania, wydaje się dość mocno abstrakcyjne, że nie widzisz tam problemów, że nie widzisz tęsknoty. Albo to po prostu kwestia tej głowy odkrywcy, która decyduje o tym, że czujesz się tam rzeczywiście jak u siebie w domu. Czy czujesz się tam jednak w jakimś sensie trochę obco cały czas?

Rafał: Pierwszy rok na Teneryfie był, nie powiem, że słodko-gorzki, ale bardzo mi się podobało, było super, nie chciałem wracać do Polski. Natomiast jeszcze nie umiałem zupełnie hiszpańskiego i bardzo mi to przeszkadzało. Czułem się jak taki turysta, który nie może nic załatwić w banku, nie może nic załatwić w sklepie, nie może pogadać z innymi rodzicami w szkole, bo po prostu nie umiał powiedzieć po hiszpańsku. Nawet Sarze mówiłem, że strasznie mi to doskwiera.

Zacząłem się uczyć hiszpańskiego, ale te lekcje są raz albo dwa razy w tygodniu, a w ciągu dnia praktykuję hiszpański bardzo mało. Raz na jakiś czas pójdę coś załatwić. Więc to nie jest taka dynamiczna, szybka nauka, ale już widzę różnicę i teraz jest mi dużo łatwiej. Pewnie za kolejne dwa lata będzie jeszcze lepiej.

Język to jest jedyna przeszkoda, bo tam faktycznie dalej można znaleźć dużo osób, czy to usługodawców, czy w sklepach, czy nawet w szkole mojego synka, które nie mówią po angielsku, i jak mamy jakiś trudniejszy temat, to biorę Sarę, bo ona akurat mówi płynnie po hiszpańsku, więc zawsze mamy taki backup. Ale odkąd uczę się hiszpańskiego i powoli zaczynam z nimi rozmawiać, jest dużo lepiej. Nie mogę powiedzieć, że czuję się tam jak w domu, właśnie przez ten język. Różne zwyczaje i ich przyzwyczajenia wchodzą mi w krew, ich zachowanie w żaden sposób mi nie przeszkadza i umiem się dostosować, ale ten język to jest jedyna bariera, która jeszcze mnie trzyma, że nie czuję się tak jak w domu.

Natomiast chyba jeszcze na Filipinach stwierdziliśmy, mieliśmy z Sarą taką rozmowę, że możemy mieszkać gdziekolwiek na świecie, bo tak naprawdę, jak masz pieniądze na karcie, to idziesz do sklepu, kupujesz, wynajmiesz mieszkanie. Jak nie znasz języka, da się przeżyć w każdym miejscu na ziemi. Mieliśmy takie przeświadczenie zawsze, dlatego podróżowaliśmy dużo.

Myślę, że to kwestia tylko szlifowania języka i będę się czuł jak w domu. Na razie nie mogę tego powiedzieć, ale na przykład Sara, która mówi po hiszpańsku i która przez parę lat mieszkała jako dziecko w Hiszpanii, mówi, że Hiszpania to jest jej dom, że czuje się tu super, a ja muszę jeszcze podszlifować język, żeby się też bardziej zasymilować z tą społecznością.

Wojtek: Czyli to język decyduje o poczuciu domowości w twoim przypadku głównie?

Rafał: Myślę, że nie decyduje, bo ja właśnie czuję się luźno, swobodnie wszędzie, gdzie nie pojadę. Po paru dniach, tygodniach mogę się przyzwyczaić do miejsca, do domu, do mieszkania, do kraju. Na przykład przed Teneryfą wyjechaliśmy na trzy miesiące z moim przyjacielem, na spółkę mieliśmy mieszkanie w Dubaju. Na trzy miesiące. Nie miałem problemu, mogłem tam żyć, nie czułem, że jestem tam obcy, szczególnie że tam mówią po angielsku.

Więc ten język to jest raczej ostatnia kwestia, którą muszę jeszcze załatwić, żeby się całkowicie zasymilować i poczuć fajnie, tak jakby w moim kraju, że tak powiem. Ale nigdy nie miałem takiego poczucia, że gdzieś nie pasuję, że tutaj jest mi źle, że Polska to jest mój dom i muszę tutaj być. Nie miałem takich ograniczeń i do tej pory nie mam.

No to, co powiedziałeś: faktycznie my też często się z tym spotykamy, że ktoś nam mówi na przykład „ja bym nie mógł mieszkać na wyspie”, a my się pytamy, czemu. „No nie wiem, nie mogę tak na wyspie, nie wyobrażam sobie”, a ja sobie wyobrażam i jest świetnie w takim małym miasteczku, i nie przeszkadza mi to.

Powroty do Polski

Wojtek: To często chyba są takie przekonania ograniczające, jak to się ładnie mówi. W takiej samej zasadzie można powiedzieć: „nie lubię jakiejś potrawy”, ale próbowałeś? Skąd wiesz, że nie lubisz? Tak samo jest z mieszkaniem za granicą, tylko że dużo prościej jest spróbować obcej potrawy, niż się przenieść. Ale chciałem jeszcze zapytać, jak wracasz do Polski. Teraz jesteście z żoną w Polsce półtora miesiąca, dwa miesiące, więc jakie emocje ci towarzyszą? Czy to jest powrót do ojczyzny, do domu, czy po prostu zmieniasz miejsce na jakiś czas i tyle?

Rafał: Bardziej to drugie, zmieniam miejsce na jakiś czas. Generalnie cieszę się na przyjazd do Polski, ale nie dlatego, że przyjeżdżam do Polski, tylko dlatego, że spotkamy się z rodziną, pojeździmy do nich, posiedzą z nami, dzieciaki się z nimi wybawią. Gdybym mógł, przeniósłbym całą rodzinę na Teneryfę. Sama Polska: nie mam do niej jakiegoś przywiązania, nie wiem, skąd to wynika, ale nie jest tak, że to jest moja ojczyzna i muszę tu na stare lata osiąść. Zupełnie nie mam takich uczuć.

Więc bardziej trzyma mnie rodzina. Faktycznie na Teneryfie też co jakiś czas odczuwamy tęsknotę, że fajnie by było być bliżej rodziny, szczególnie że jestem z rodzicami dość mocno związany. Natomiast wybraliśmy Teneryfę z różnych względów, o których mówiłem. Bardzo nam się tam podoba, więc nie czuję się jakimś patriotą.

Jedyny luz, który czuję w Polsce, to to, że mogę wszędzie pójść, z każdym się dogadać, wszystko załatwić. Ale nie jest to aż tak silne uczucie, że „o, super, że jestem w Polsce, teraz mogę w końcu swobodnie chodzić po ulicach i z każdym rozmawiać”. Raczej nie. Cieszę się, że widzę rodzinę. Gdyby z jakiegoś powodu nie było tu naszej rodziny, nie przyjeżdżalibyśmy na wakacje do Polski.

Wojtek: Ale jednocześnie nie masz chyba takiej niechęci w stylu: „o, znowu te dwa miesiące w tej Polsce”.

Rafał: Nie, nie, nie.

Wojtek: „To mi się nie podoba, ci Polacy tacy usztywnieni, wszystko punktualnie, jak się spóźnisz dwie minuty, to już krzyczą, w tramwaju pytają, czy mam jakiś problem. Nie, tu się nie da żyć”.

Rafał: Nie, aż tak nie mamy. Co prawda z Sarą zauważamy, że kiedy jesteśmy przez 10 miesięcy na Teneryfie i przyjeżdżamy tutaj, widać spadek nastroju wśród przechodniów. Ludzie rzadziej się pozdrawiają, rzadziej się uśmiechają, więcej jest osób, mówiąc brzydko, gburowatych. Chociaż na Teneryfie też się to zdarza, ale w dużo mniejszym stopniu.

Widzimy to, ale nie przeszkadza mi to. Chyba już trochę nauczyłem się tej hiszpańskości: sam w sobie mam pozytywną energię, raczej nastrajam się pozytywnie, staram się sam uśmiechać do ludzi, witać się, żartować z nimi. Więc nie przeszkadza mi, że tutaj jest inaczej.

Na pewno nie jest to jakiś smutek, że w Polsce… Zresztą uważam, że Polska jest super do życia. Teneryfa jest dla nas lepsza, bo jest pogoda, są ludzie. Natomiast w Polsce moim zdaniem i biznesowo, i podatkowo, i bezpiecznie jest, i są piękne miejsca, więc uważam, że Polska jest super miejscem do życia. My po prostu zawsze byliśmy ciągnięci za granicę i dlatego wybraliśmy tam, ale nie mam żadnej niechęci do tego, że znowu przyjeżdżamy tutaj.

Wojtek: Dopytywałem, dlatego że jak my z żoną trochę podróżujemy, to zawsze po powrocie mamy taki wniosek: ciągle nam się z tych kompleksów od lat wydaje, że u nas jest gorzej w tym, w tym i w tym, a nagle się okazuje, że infrastruktura u nas jest lepsza, nowocześniejsza. Stacje benzynowe w porównaniu do innych to po prostu luksus. Hotele na dużo wyższym poziomie.

W zasadzie żyjemy tutaj jak pączki w maśle, ale ciągle mówimy, że mamy gorzej. Za wysokie podatki, za wysokie to, tamto. Ale tak jak mówisz: pozdrawiamy tych, którzy twierdzą, że w Polsce są wysokie podatki. Zapraszamy gdzieś indziej.

To nie emigracja, tylko przeprowadzka

Wojtek: Więc to też nie jest tak, że wasza emigracja wynikała z… Może w ogóle „emigracja” to złe słowo w twoim przypadku, bo chyba nie postrzegasz tego jako emigracji. Emigracja zakłada, że z jakiegoś powodu opuszczam swoje miejsce domowe, a ty po prostu przeniosłeś swój dom gdzieś indziej, nie emigrowałeś. Dla mnie to duża różnica w znaczeniu tych słów. Też tak o tym myślisz?

Rafał: Tak, zdecydowanie. Myślę, że prywatnie dużo bardziej lubię Polskę. Mimo mieszkania na Teneryfie, dużo bardziej lubię Polskę i doceniam Polskę niż ludzie, którzy tu mieszkają.

Bo uważam to samo co ty: podatki są niskie, infrastruktura jest świetna, jest bezpiecznie w porównaniu do innych krajów, na przykład Europy Zachodniej, więc naprawdę nie ma co narzekać. Jak już musimy zestawiać Teneryfę i pogodę tu i tu, to jest różnica. Natomiast Polska jest super do życia i to nie jest tak, że uciekliśmy. Po prostu znaleźliśmy inne miejsce, które bardzo, bardzo nam się podobało.

Ale nie rozumiem do końca ludzi, którzy narzekają. Może to też przez to, że oni nie podróżują, zawsze są w Polsce i zawsze chcieliby czegoś lepszego. A druga teoria, którą mam, jest taka, że my, właśnie dlatego że bardzo mocno skupiamy się na tym, co robimy, na swoim biznesie, w pewnym stopniu zamykamy się na społeczeństwo. Zawsze szukamy własnych, osobistych dróg, jak do czegoś dojść, i nie zwracamy uwagi na ograniczenia.

Na przykład w Hiszpanii są większe podatki i jest sporo Polaków, którzy nam mówili: nigdzie się nie rejestrujcie, nikt tego nie sprawdza, rozliczajcie się dalej w Polsce, co wy się przejmujecie. A my rozliczamy się w Hiszpanii, bo boimy się fiskusa, nie chcemy robić tego źle. Nie zwracamy uwagi na to, jakie są warunki zewnętrzne, tylko na to, co możemy zrobić w ramach tych warunków.

A ludzie tutaj, jak coś im nie wyjdzie biznesowo, to powiedzą: bo podatki są skomplikowane w Polsce, dlatego mi nie wyszło, albo: znowu zmienili ustawę, nie wiem, co zrobić, albo: w Polsce wszyscy narzekają i ten biznes mi nie wyszedł. No i zawsze zwalają to na czynniki zewnętrzne.

A moim zdaniem to jest bardzo błędne i prowadzi nas w ślepy zaułek, bo są ludzie, którzy odnoszą mega sukcesy w Polsce i oni właśnie nie zwracają na to uwagi. Są w tym samym systemie podatkowym co ci, którzy nie odnoszą sukcesów i obwiniają na przykład system podatkowy. Więc ja skupiam się na tym, co mogę zrobić, a nie na tym, że na zewnątrz jest źle.

Dlatego bardzo rzadko albo w ogóle nie narzekam na politykę, podatki, jakieś sytuacje zewnętrzne, tylko staram się sam wypracować sobie drogę między tymi barierami, żeby zrobić to, co chcę, i osiągnąć nasz cel.

Gdzie żyje się taniej: w Polsce czy na Teneryfie?

Wojtek: No i to jest właśnie to, o czym mówiłem, mając na myśli ten autofokus i, teoretycznie, postrzeganie siebie jako egoisty: tak naprawdę pomaga to w wielu kwestiach być efektywnym, a de facto przekłada się potem w jakiś sposób na dobrobyt społeczeństwa, żeby tak to ładnie ująć. Ale skoro jesteśmy przy dobrobycie, a powiedziałeś, że podatki są wyższe, to z takiego bardzo praktycznego, pragmatycznego punktu widzenia, wręcz z takiego bruku: gdzie się żyje taniej, w Polsce czy na Teneryfie?

Rafał: W Polsce żyje się taniej. Mimo że co roku, jak przyjeżdżamy, widzimy, że niektóre ceny w Polsce idą dość mocno w górę, to życie dalej jest tańsze tutaj. Szczególnie mówię o jedzeniu, o podstawowych przedmiotach potrzebnych do życia na co dzień.

Z ciekawostek mogę powiedzieć, że na przykład wynajem mieszkań tam, gdzie my jesteśmy, w Santa Cruz, czyli stolicy Teneryfy, jest tańszy niż w dużych miastach w Polsce. To też jest pewien niuans, coś dla nas dobrego, chociaż te ceny też idą do góry. Ale generalnie my płacimy 20–30% więcej za życie ogólnie niż tutaj w Polsce.

Wojtek: Czyli realizując swoje potrzeby, musicie pracować 20–30% ciężej, żeby na nie zarobić.

Rafał: Tak, tak.

Wojtek: Czyli faktycznie nie jest to motywacja emigracyjno-ekonomiczna, tylko realizacja własnych potrzeb.

Rafał: Dokładnie, dokładnie. I my z tymi finansami na początku musieliśmy się mocno spiąć, bo mieliśmy takie założenie, że dojdziemy do pewnego pułapu finansowego i dopiero się przeprowadzimy na Teneryfę, określimy sobie deadline. Nie do końca udało nam się zrealizować ten cel w 100%, ale już kupiliśmy bilety, więc dobra, będziemy rzeźbić na żywo, że tak powiem, na Teneryfie. I nam się to udało.

Natomiast zdecydowanie trzeba zadbać o te finanse. Szczególnie boli nas teraz, że zarabiamy w złotówkach, a wydajemy w euro, więc to jest dodatkowy koszt. Może w przyszłości będziemy ten biznes globalizować, robić coś dla klientów, którzy też zapłacą nam w euro, bo zdecydowanie to jest problem. Trzeba faktycznie dużo więcej zarobić, żeby żyć na takim samym poziomie, jak byśmy żyli w Polsce.

Złotówki, euro i klienci za granicą

Wojtek: Skoro już się przyznałeś, że płacą wam w złotówkach, to założenie jest takie, że mimo wszystko pracujecie cały czas z klientami z Polski.

Rafał: Tak, obecnie pracujemy tylko i wyłącznie dla klientów polskich. Natomiast moja żona ma plan, żeby pójść na rynek trochę hiszpański, bo świetnie zna hiszpański, i robić to samo, ale dla Hiszpanów. Ja pewnie jeszcze nie w tym roku, ale mam pomysł, żeby pójść jako freelancer od marketingu czy od automatyzacji na rynek zagraniczny, na przykład amerykański.

Wiadomo, że z jednej strony jest większa konkurencja, ale jeżeli w Polsce i w Stanach zrobimy takie same projekty, to w Stanach zapłacą nam trzy razy więcej, bo takie są stawki. Znam angielski, mamy doświadczenie w pracy zdalnej, więc to jest pewien kierunek. Teraz, w dobie sztucznej inteligencji, myśleliśmy też o tym, żeby pewne rzeczy nasze przetłumaczyć automatycznie na jakiś inny język i też gdzieś go puścić, więc to kwestia czasu.

Myślę, że będziemy uderzać też w zagranicznych klientów, właśnie dla naszego spokoju finansowego.

Jak wygląda dzień na Teneryfie

Wojtek: Teraz jeszcze cię pognębię, bo kiedy słucham podcastów i rozmów, w których ktoś snuje taką wizję pracy zdalnej, realizacji marzeń, odkrywania siebie, i zawsze lubię zapytać, jak ten gość tak naprawdę żyje na co dzień. Moje pytanie zmierza do tego, jaka to jest rzeczywistość: może nie brutalna, ale szara. W Polsce mówimy „szara”, a teneryfiańska nie jest szara, tylko bardziej kolorowa. Jak wygląda wasz przeciętny dzień na Teneryfie? Co Wy tam robicie, że utrzymujecie się z tej pracy dla Polaków?

Rafał: Opowiem, jak wygląda dzisiejszy dzień, a potem opowiem, jak wyglądał kiedyś. Od razu muszę uprzedzić, że to nie zaczynało się tak jak teraz, bo teraz jest bardzo poukładane i wiele osób może to po prostu źle odebrać. Ale o co chodzi?

Wstajemy rano, około 7–7.30. Ja budzę dzieci o 7.45 do szkoły, szykujemy im szybkie śniadanie i na 8.30 idą do szkoły. Mniej więcej 4–5 godzin są w szkole, więc do 12.30–13.30 jesteśmy sami w domu i wtedy pracujemy. Ja wychodzę do coworkingu, bo nie lubię pracować w domu. Mam coworking 5 minut spacerkiem, fajną salę, swoje biurko i tam pracuję te 4–5 godzin. Po pracy wychodzę, odbieram dzieci, jemy wspólnie obiad w domu, a później różnie: albo gdzieś idziemy, albo siedzimy w domu, albo któryś z nas musi coś nadrobić, więc siada jeszcze na 3–4 godziny, różnie to bywa.

Wieczorem kolacja w domu, spacer i tyle tak naprawdę, jeśli chodzi o rozkład dnia. Mogę szczerze powiedzieć, że naprawdę mi się to udało. Bardzo tego pilnowałem i do tego dążyłem: pracuję teraz 4–5 godzin dziennie od dwóch lat, myślę, i to wystarcza. Aktualnie prowadzę warsztaty, szkolenia dla prawników, uczę ich, mam już szkolenia dla większych grup i swój kurs, który sprzedaję w okienkach.

Głównie z tego się teraz utrzymuję, bo agencję marketingową zamknąłem pół roku temu i niewiele już z niej kapie, z jakichś prowizji. A moja żona uczy Instagrama, ma konsultacje, mentoringi, produkty cyfrowe, a w tym roku odpaliła jeszcze platformę subskrypcyjną Akademia Canvy, na której uczy ludzi, jak obsługiwać Canvę i korzystać z niej w pracy. To są wszystkie nasze rzeczy biznesowe i wystarczają, żeby na Teneryfie żyć.

Raz jest lepiej, raz gorzej, ale od tych dwóch lat możemy na spokojnie dzięki temu utrzymać nasze minimalistyczne życie na Teneryfie.

Wojtek: Jak wrzucę ten urywek na shorta, to posypią się komentarze, że w ogóle nie pracujecie.

Rafał: Tak.

Wojtek: Pójdą jakieś dziwne komentarze: „Akademia Canvy, człowieku, weź wróć na ziemię, wyjechał z tej Polski i opowiada banialuki ludziom”.

Rafał: Dokładnie. Ja też prowadzę swój podcast, teraz mam chwilkę przerwy, ale też mówiłem w nim o work-life balance, o tym, jak pracuję, i faktycznie te tematy wzbudzają dość dużo emocji, szczególnie negatywnych. Wiem, że z zewnątrz może to wyglądać tak, że wszystko jest poukładane, że w ogóle nic nie robimy, siedzimy przy komputerze. Ale wydaje mi się, że z perspektywy biznesu najważniejsze jest to, że faktycznie dostarczamy wartość tym ludziom, oni nam płacą i coś z tego mają, czy do swojego biznesu, czy do swojego rozwoju. I dlatego to się trzyma i wystarcza nam do życia.

Natomiast początki były takie, że pracowaliśmy w każdej wolnej chwili, po nocach, szczególnie kiedy byliśmy z małym dzieckiem. Sara zarywała nocki do trzeciej, ja do dwudziestej trzeciej, więcej już nie dawałem rady, bo wstaję dużo wcześniej od niej. Mamy zupełnie inne typy, jeśli chodzi o sen. Ale na początku pracowaliśmy dużo więcej, musieliśmy wszystko zbudować od zera i dość szybko zacząć zarabiać.

„O, mamy teraz godzinę drzemki dziecka, to robimy, robimy, robimy”. Później: „dobra, to ja wezmę go na spacer, ty sobie nagraj kurs”. Różne były rzeczy. Na stole w salonie stał szybko ustawiony mikrofon, gdzieś między zabawkami dzieci nagrywaliśmy kurs.

Więc to były szalone dwa, trzy pierwsze lata, szczególnie że pracowaliśmy sami. Później dopiero kogoś zatrudniliśmy. Ale dzięki temu mamy to, co teraz mamy. I jest to teraz dość mocno poukładane.

Pierwsi klienci z Instagrama

Wojtek: Jak od tego zera dotarliście do jakiejś rozpoznawalności? A może to złe słowo, bo tak właśnie postrzegają to laicy? Postowanie w social mediach, tworzenie contentu, czy jakiś element networkingu? Jak to się dzieje, że Rafał Solarek, rzucając prawo i wymierną ścieżkę kariery w kancelarii czy zatrudnieniu gdzie indziej, stwierdza: będę coś publikował w internecie i ktoś mi za to będzie płacił, i faktycznie mu ktoś za to płaci? Co trzeba zrobić, żeby to osiągnąć?

Rafał: Myślę, że mieliśmy trochę szczęścia początkujących. Moim zdaniem to szczęście jest też trochę źle rozumiane, bo wydaje mi się, że jak ludzie próbują różnych rzeczy, testują różne ścieżki, to mają tego szczęścia więcej, po prostu robią różne rzeczy. My nie dość, że sfokusowaliśmy się na marketingu prawniczym, więc mieliśmy już niszę i łatwiej było nam dotrzeć do tych ludzi z pewną ofertą, to jeszcze robiliśmy to dwukanałowo, trochę intuicyjnie, nie do końca przemyślanie. Bardzo dobrze nam to zadziałało i cieszę się, że tak wyszło. Czyli robiliśmy bloga, pisaliśmy o marketingu prawniczym, a jednocześnie założyliśmy konto na Instagramie, tam publikowaliśmy i wchodziliśmy w relacje z prawnikami, którzy tam byli, szczególnie Sara, bo ona odpowiada za Instagram. Lajkowaliśmy im, obserwowaliśmy, nawiązywaliśmy krótkie rozmowy. I to zaczęło działać.

Blog zaczął przynosić wejścia, które do tej pory są dość fajne. A jednocześnie przez Instagram mieliśmy bezpośrednie dotarcie do tych prawników. To było dobre, bo na tamte czasy nie było żadnej innej agencji ani specjalisty od marketingu prawniczego na Instagramie, więc mieliśmy duże pole do popisu, szczególnie że prawnicy już zaczęli tam wchodzić.

Prawników jest bardzo łatwo znaleźć na Instagramie. Wpisujesz „prawnik”, „kancelaria”, „adwokat”, wyszukujesz, lajkujesz zdjęcia, rozmawiasz, oni obserwują, są bardzo zaciekawieni, bo wtedy o marketingu prawniczym było bardzo mało. I właśnie z Instagrama mieliśmy pierwszego klienta, który przyszedł do nas na bloga, i od razu była to stała współpraca.

To była współpraca chyba na kilkaset złotych miesięcznie, a dla nas to było wielkie zadowolenie, że po dwóch tygodniach postowania mamy klienta na stałe. I to się tak rozwijało, Instagram i blog. Później doszedł trochę mój LinkedIn, teraz znowu jestem bardziej na LinkedInie niż na Instagramie.

W międzyczasie Sara odeszła z agencji, robiła swoje tematy, trochę odeszła od tych prawników. Natomiast początki były właśnie takie: Instagram, nawiązywanie relacji i blog, który zaczął nam działać, pewnie po paru miesiącach. Na początku Instagram zadziałał nam świetnie.

Wojtek: Czyli krótko mówiąc, postowanie i komentowanie to też praca, która prowadzi do wymiernych rezultatów.

Rafał: Tak, i to może być bardzo dziwne dla osób z zewnątrz, że siedzę sobie na Instagramie, czyli pracuję. Ale Instagram dawał nam najlepsze zwroty i nawet jak już rozwinęliśmy LinkedIna, bloga, jakieś filmy, to i tak z Instagrama, marketingowo, mieliśmy najlepszą konwersję. Jeżeli zgłaszało się do nas 10 klientów z Instagrama, to 4–5 podpisywało umowy, a z Google’a było, nie wiem, 2 na 10. Więc Instagram, nawiązywanie relacji, komentowanie, świetnie nam działało i to była praca, to było pozyskiwanie klientów i nawiązywanie relacji.

Wojtek: No i oczywiście nie dajemy gwarancji, że to dzisiaj zadziała, bo słusznie wskazałeś element szczęścia. Przecież ja lubię mówić, że szczęście sprzyja aktywniejszym. Gdybyście nie zaczęli postować, to by szczęścia nie było.

Natomiast to szczęście polega na tym, że jesteś pierwszy, jednym z pierwszych, jesteś we właściwym miejscu dzięki swojej aktywności. Bo pewnie, szczerze, z ręką na sercu, powiedziałbyś, że gdybyś dzisiaj zaczął postować od zera, to mógłbyś przepaść w tym tumulcie różnych treści. No ale to już takie „gdyby babcia miała brodę, to byłby dziadek”, więc nie ma sensu.

Czy work-life balance istnieje?

Wojtek: Ale chciałbym jeszcze wrócić do hasła, którego użyłeś w swojej wypowiedzi, czyli „work-life balance”. Czy ty w ogóle wierzysz dzisiaj w takie hasło? Czy możemy mówić, że tu jest „work”, a tu jest „life”, w dzisiejszych czasach? Czy to jest koncepcja passé?

Rafał: Generalnie jestem dużym fanem tej koncepcji. Zawsze jej bronię i widzę w internecie, że ludzie to hejtują, że powinna być „work-life integration” albo coś innego. Ja rozumiem ją tak: na przykładzie mojego dnia, jak go przedstawiałem, od 8.30 do 12.30 albo 13.30, zależnie od tego, kiedy dzieci wychodzą ze szkoły, mam work i jestem w 100% skupiony na work. Muszę zrobić pewne rzeczy, mam listy zadań, wykonuję je, nie zastanawiam się za bardzo, czy mi się chce, czy nie, tylko wiem, że muszę, bo za godzinę dziecko wychodzi ze szkoły i jakość pracy będzie już dużo gorsza.

Bardzo nie umiem i nie lubię pracować tak, że siedzę przy biurku, a dziecko bawi się w tle i co chwilę do mnie przychodzi. Mnie to bardzo wytrąca z koncentracji, dlatego chodzę do coworkingu. I dla mnie ten podział jest jasny: rano do 13 mam work, później mam life, czyli po prostu nie zajmuję się pracą.

Staram się, teraz już rzadko ktoś do mnie dzwoni, ale nie odbieram aż tak tych telefonów, maila sprawdzam raz dziennie. Staram się tak zadbać o pracę, żeby po południu nie musieć czegoś nadrabiać. Czasem się zdarza, oczywiście, to jest życie. Mam takie przeświadczenie, że nawet jeśli czegoś nie zdążę, co miało być zrobione przed popołudniem, i wiedziałem, że to zrobię, ale z jakiegoś powodu coś wpadło i nie zrobiłem, to raczej przerzucam to na kolejny dzień niż na popołudnie, chyba że jest bardzo pilne.

Bo też, nie pamiętam, jaki to był autor, chyba Oliver Burkeman, ma książkę „Cztery tysiące tygodni”, jestem zapisany na jego newsletter i napisał ostatnio coś bardzo fajnego, co ze mną zarezonowało. Że jak ludzie nie zdążą czegoś zrobić, na przykład mieli pracować do 13, ale nie zdążyli, więc jeszcze będą pracować do 15, i tak to przedłużają, to ta praca się nigdy nie kończy i są coraz mniej efektywni. Ja na siłę staram się tego trzymać: jak już dzieci przyjdą, to już nie pracuję, chyba że jest bardzo, bardzo pilna sprawa, ale to się zdarza raz, dwa razy w miesiącu. I w tym ujęciu rozumiem work-life balance i wydaje mi się, że w swoim życiu mam ten work-life balance i bardzo go pilnuję.

Wojtek: Wiesz, to jest takie ujęcie, bym powiedział, fizykalne, koncentrujące się na faktycznych czynnościach, czyli pisanie maili, dzwonienie, rozmawianie. Ale nie powiesz mi, że nie zdarza ci się, że jesteś z dziećmi, bierzesz prysznic, robisz cokolwiek innego, a twoja głowa pracuje. Nie w trybie life, tylko w trybie work, czyli myśli o tej pracy. To jesteś wtedy life czy work?

Rafał: No tutaj masz rację, że będąc przedsiębiorcą, nie da się od tego uciec, ale zauważyłem, że mam te myśli rzadziej niż kiedyś, jak nie miałem tego tak podzielonego. Teraz faktycznie po południu umiem całkowicie się odciąć od pracy. Pomogło mi na przykład to, że codziennie piszę dziennik, więc pewne rzeczy mogę spisać wcześniej.

Robię też co miesiąc podsumowania w pracy, spisuję pomysły, co się udało, co się nie udało, i to też układa mi pewne rzeczy w głowie. Ale nie ma złotego środka na to. Skoro mówisz w tym ujęciu, to pewnie nie ma work-life balance, bo też się zdarza, że idziemy o 20 na kolację z dziećmi do jakiejś knajpy, żeby się pobawiły, jemy zupę i żona pyta: „Ty, wpadłam na pomysł, może byśmy to zrobili tak i tak? No dobra”. I rozmawiamy 15 minut o lejku marketingowym.

Nie da się od tego uciec, ale raczej nie robię z tego wyrzutu, że „o, to miało być life, a to jest znowu o pracy”. Nie jest tak często, więc moim zdaniem to nie jest problem. Natomiast faktycznie pod tym kątem, będąc online, będąc przedsiębiorcą, nie da się tego całkowicie oddzielić, bo nasza głowa cały czas pracuje i różne rzeczy mogą nas czasem nawet naprowadzić.

Jesteśmy gdzieś z dziećmi w parku, przeglądamy Instagrama, coś nam wpadnie i: „o, patrz, jak ona to zrobiła, może my u siebie też zrobimy coś takiego”. I znowu jest 15 minut rozmowy, szczególnie że moja żona też jest online i wszystkie rzeczy ze sobą konsultujemy. Więc nie ma takiego ścisłego podziału w tym kontekście, o którym mówisz, na work i life.

Wojtek: To zresztą chyba byłoby wymuszane z niekorzyścią. Bo jak się rozmawia, użyję tego słowa, z typowymi twórcami, nie ujmując tobie ani mnie, bo jesteśmy twórcami, to oni w najdziwniejszych momentach mają te myśli i fajnie jest je gdzieś spisać, czy tę melodię nagrać, szybko zagwizdać, czy zapisać jakiś pomysł. Gdybyśmy chcieli sobie narzucić, że nie, bo jestem teraz w trybie life, to by się okazało, że zabijamy sobie pewną dozę kreatywności, która uruchamia się właśnie dlatego, że jest przestrzeń.

Rafał: Tak, tak, zgadzam się. Swój podcast, pierwsze 30 odcinków, praktycznie nagrałem właśnie na tej zasadzie: wszystko sobie notowałem, biegałem, byłem z dziećmi, coś mi przychodziło do głowy i albo to notowałem, albo nagrywałem na dyktafon zajawki, że o, to jest fajna myśl, i później rozwijałem, jak siadałem w piątek do nagrywania podcastu. Więc to też pielęgnuję, żeby nie było tak, że „o nie, teraz jestem z dziećmi, nie mogę myśleć o pracy”. Staram się korzystać z tych swoich myśli, o czym mówisz. Czasem w bardzo niespodziewanym momencie przyjdzie fajna myśl.

Granice, które uczą głowę

Wojtek: Ale z drugiej strony myślę, że ten mechanizm fizycznych nawyków, czyli trzynasta i fizycznie przynajmniej nie pracuję, też wpływa na to, co powiedziałeś, że twój mózg zaczął się do tego adaptować. Kiedyś było ci trudniej, teraz jest łatwiej. Bo te fizyczne nawyki, domyślam się, wpływają też w pewien sposób na, nie wiem, jakieś połączenia neuronalne czy Bóg wie co. Dając sobie sztywne granice fizyczne, po jakimś czasie okazuje się, że to automatycznie działa również psychicznie.

Ja to też widzę po sobie: jak zdobędę tę motywację i siłę, żeby odciąć na przykład o godzinie 15, to po kilku tygodniach o 17 mam dużo mniej myśli związanych z pracą. A jak będę sobie dawał przyzwolenie: „dobra, wróciłem do domu, ale w sumie do tego maila jeszcze odpowiem”, niby to nie zajmuje dużo czasu, ale twoja głowa się uczy, że z każdym kolejnym dniem możesz być o dowolnej porze w trybie pracy.

Więc wydaje mi się, że te proste fizyczne granice pomagają nam też postawić granice w głowie.

Rafał: Tak, zdecydowanie. Mnie też pomaga to, że nie pracuję w domu, tylko w coworkingu. Jak przychodzę do domu, to biorę laptopa ze sobą, ale zawsze jest schowany.

Telefon też zawsze mam schowany w domu w szufladzie, żeby nie był na wierzchu. Robię też taki zabieg, że kiedy wychodzę z coworkingu, to 5 minut przed końcem pracy, 10 minut, zależy, patrzę, jakie mam zadania na jutro, i układam krótki plan, żeby wiedzieć, że nie jestem jakoś bardzo w tyle, że nie mam strachu, że czegoś dzisiaj nie dokończyłem. W miarę w spokoju idę do domu i to mocno wpływa na moją psychikę, że jestem spokojny. Staram się nie robić tego, o czym mówiłeś: dzieci gdzieś poszły, mam 20 minut, to odpowiem na maila, zaoszczędzę te 20 minut z kolejnego dnia.

Mail, który zepsuł wieczór

Rafał: Czasem zaczniemy pisać jakiegoś maila i zostaje nam to w głowie przez jakiś czas. Chyba najgorszą taką sytuację miałem na początku roku, jeszcze jak kończyliśmy agencję. Pomyślałem: o, przyszedł mail, to odpiszę.

Otworzyłem laptopa i czytam, a tam mail z wielką skargą. Jakaś kancelaria się do nas przyczepiła, że zrobiliśmy stronę, ale jej zdaniem to w ogóle strona z szablonu, i wzywają nas sądowo do zwrotu pieniędzy. Finalnie straciłem kasę, zwróciłem im pieniądze i napisaliśmy porozumienie, żeby już nigdy więcej nie współpracować. Ale właśnie ten mail: mówię sobie „odpiszę w 10 minut”, a to trwało 3 godziny samego myślenia, co odpisać, jak odpisać, napisania porozumienia. Rozwaliło mi to cały wieczór. Więc teraz staram się tak nie robić.

Jak jest coś bardzo pilnego, to ktoś zadzwoni, a tak to nie otwieram maila, bo nigdy nie wiadomo, co tam będzie.

Wojtek: Myślę, że my w ogóle troszeczkę przeciwskutecznie działamy ze swoimi mózgami, bo przyzwyczailiśmy się do multitaskingu, a dwa, wydaje nam się, że takie drobne wybory, jak „a, zobaczę na szybko tę rolkę”, nie mają żadnego przełożenia długofalowego. I w końcu się okazuje, że uczymy nasz mózg bycia w trybie ciągłego spięcia, przełączania się między zadaniami. A takie twarde zarządzanie: trzynasta, koniec, dla mnie super. Od jakiegoś czasu próbuję to też u siebie wdrożyć.

Byłem na etapie, gdy to super działało, jak się tego trzymałem, a potem jak pozwoliłem sobie wpuścić trochę wyjątków, to sam się łapię na tym, że wracam do domu i wiem, że nie chcę otwierać maila, że sobie kilka razy pozwalałem, i czuję wewnętrzną niepewność, co ja tam znajdę, może jednak zobaczę. Ale co się stanie, jak tego nie zobaczę dzisiaj? Mogę zobaczyć to jutro, będzie dokładnie to samo.

Ale ten trigger w mózgu już działa: przecież to tylko 5 sekund, zobacz. No i oczywiście, jak zobaczę i nic tam nie ma, to jestem uspokojony, ale czy to jest dobre dla mnie, że po powrocie do domu myślę o tym, co tam znajdę, i od tego uzależniam, czy będę spokojny, czy nie? Także to są bardzo duże wyzwania w tej koncepcji work-life balance i myślę, że dlatego często osoby mówią: „nie ma czegoś takiego jak work-life balance”, bo życie z pracą ciągle się miesza. Ale wydaje mi się, że te sztywne granice higieniczne są bardzo fajne.

Rafał: Tak, myślę, że nie zrobimy tego zero-jedynkowo, że w ogóle nie będziemy myśleć o pracy, ale to na tyle pomaga, że moim zdaniem warto to wdrożyć, bo faktycznie nasza głowa wtedy odpoczywa, szczególnie teraz, kiedy mówi się o detoksach dopaminowych, żeby się odciąć od internetu i tak dalej. Staram się, jak mogę, ale też czasem wpadam: miałem wrzucić rolkę na Instagrama, powiedzmy na swój profil firmowy, ale coś innego mnie zaciekawiło i mija 15 minut, i mówię: kurde, co ja robię, miałem zupełnie co innego. No i to jest normalne, jesteśmy tylko ludźmi. Ale dzięki temu, że mam takie sztywne granice, że telefon nie jest na wierzchu, dużo łatwiej funkcjonować też w głowie, zdecydowanie.

Czy dzieci pomogły w biznesie

Wojtek: Muszę cię jeszcze w kontekście work-life balance, efektywności pracy i jakości życia zapytać z ciekawości, na przyszłość, jako ojca: dzieci w twoim życiu, dwójka, pomogły, pogorszyły czy były neutralne?

Rafał: Myślałem o tym kiedyś, rozmawiałem z Sarą i wydaje mi się, że pomogły paradoksalnie. Nie mogłem, może to zabrzmi bardzo rygorystycznie, podejmować złych decyzji, tylko stawiać na rzeczy, które faktycznie mogą się zwrócić, mogą pomóc. Nie bałem się jako początkujący przedsiębiorca delegować rzeczy, bo wiedziałem, że jak nie wydeleguję, to zarobimy mniej, to się nie rozwinie. Na początku mieliśmy klientów, których pozyskiwaliśmy.

Sara dalej robiła tego Instagrama, ja trochę bloga. Obsługiwaliśmy, ale w pewnym momencie czas się skończył i musieliśmy kogoś zatrudnić. Bardzo ciężko było znaleźć kogoś od marketingu prawniczego, więc zatrudniliśmy do wąskich rzeczy, na przykład: ty tylko będziesz pisał artykuły, ty szkoliłaś i tak dalej.

I nie miałem tych wątpliwości, czy ten pracownik zrobi lepiej, czy gorzej ode mnie, zazwyczaj gorzej, tylko wiedziałem, że muszę to zrobić. Pewne rzeczy na siłę zmieniałem, skracałem. Na przykład jest coś takiego jak prawo Parkinsona, czyli że praca trwa tyle, ile dasz jej czasu, swojego slotu czasowego.

Faktycznie ja to skracałem. Jak mam trzy godziny, to muszę w te trzy godziny zrobić pracę. I może trochę podświadomie, może też świadomie, lista moich zadań była taka, że na początku były te maksymalne priorytety i faktycznie pozwalało nam to rosnąć.

Wydaje mi się, że gdybyśmy nie mieli dzieci, to mogłoby się to skończyć tym, że pracowalibyśmy 3 lata po 12 godzin, bo w biznesie ciągle jest coś do zrobienia, szczególnie że mamy dużo pomysłów, nawet onlinowych, które jeszcze nie ujrzały świata, a moglibyśmy je wdrożyć. Gdybyśmy nie mieli dzieci i nie mieli co robić, to byśmy pracowali i to rozwijali, rozwijali, rozwijali. A tak, mieliśmy bardzo silną potrzebę spędzania czasu z dziećmi i wiedzieliśmy, że dzieci tylko przez jakiś czas są dziećmi, a później nam dorosną, więc bardzo chcieliśmy spędzać z nimi dużo czasu i przez to nasza praca była bardzo efektywna.

Nie miałem czegoś takiego, że nie mam dzisiaj motywacji do pracy, tylko po prostu muszę to zrobić. Myślę, że w tym ujęciu bardzo nam pomogło to, że od razu, jak zaczęliśmy firmę, mieliśmy na względzie dziecko, i ta efektywność wzrosła już na stałe.

Wojtek: Czyli dziecko jako naturalny sposób na łatwiejsze odsiewanie priorytetów.

Rafał: Tak, myślę, że tak. Mieliśmy łatwiejszą decyzyjność, co robić. Nauczyliśmy się też pewnej elastyczności: czasem mamy trzy godziny pracy, a czasem godzinę, w której możemy zrobić coś pilnego. Jeżeli coś jest łatwiejszego, to szukamy, może ktoś za nas to zrobi, może kogoś zatrudnimy. Dało nam to dużo biznesowego doświadczenia, żeby swój czas jak najlepiej wyceniać i jak najwięcej z niego czerpać.

Jak wybierać priorytety

Wojtek: A jaka jest twoja technika, bądź jaka była i jak ewoluowała, na wybieranie tych priorytetów? Co sprawia, że akurat to konkretne zajęcie jest tym, na co warto poświęcić te trzy godziny, a coś innego nie?

Rafał: Teraz już widzę z perspektywy doświadczenia, że pewne rzeczy bardziej mnie przybliżają do tego, żeby zarobić czy rozbudować biznes, a pewne nie. I staram się teraz wybierać tylko takie rzeczy, które faktycznie muszę zrobić ja, których nie mogę nikomu oddać, wydelegować. Aktualnie nie mam nikogo do pomocy, bo jak zamknąłem agencję, to na razie nie mam asystenta, ale myślę o tym, żeby zatrudnić, bo już trochę brakuje mi tych przeszkadzań, a pracuję w pojedynkę.

Zazwyczaj kierowałem się tym, czy to jest zadanie, które absolutnie muszę wykonać ja, z moją wiedzą i doświadczeniem, albo gdzie mam jakieś relacje z klientem, więc to ja muszę zrobić, czy mogę to w jakiś sposób zautomatyzować, wyrzucić, komuś oddać. Głównym czynnikiem, pewnie decydującym o tym, czy to robię, jest to, czy to mnie przybliża do rozwoju biznesu, czyli po prostu do zarabiania. Nadal nie mam w stu procentach pewności, czy to, co robię, robię dobrze, ale widzę wyniki, że na razie jakoś się to spina.

Załóżmy, nawet dzisiaj wieczorem, jak pojadę do domu, będę robił warsztaty dla prawników, czterotygodniowe, są cztery spotkania online. I pewnie gdybym wiedział, że sprzeda się tylko tyle miejsc, to nie wiem, czy bym poświęcił na nie czas, ale z drugiej strony zawsze mam pewne doświadczenie, minimalnie spina mi się to z moją stawką godzinową, więc i tak się cieszę, że to robię. Może kolejna edycja będzie jeszcze lepsza, bo pogadam z uczestnikami, może lepiej się sprzeda i tak dalej. To jest takie ciągłe testowanie, ale staram się, żeby mieć jakiś cel finansowy co miesiąc i żeby te rzeczy jak najszybciej mnie do niego przybliżały, żebym się nie musiał stresować.

Wojtek: Brzmi to trochę nie jak jakaś fiksacja na punkcie selekcji priorytetów, tylko po prostu płynięcie z prądem.

Rafał: No trochę tak, szczególnie teraz, bo jak miałem agencję, to miałem powtarzalny schemat działań. Zarządzałem praktycznie zespołem, raz na jakiś czas miałem jakieś konsultacje strategiczne, ale zazwyczaj moja praca polegała na tym, że zarządzałem zespołem: codziennie wchodziłem i patrzyłem, co się dzieje, kto do mnie napisał, co muszę ugasić, jaki pożar. A teraz jest zupełnie inaczej.

Jestem innym przedsiębiorcą od tego pół roku, odkąd zamknąłem agencję, bo muszę trochę rzeźbić. Tu robię jakiś produkt, tu może sprzedam konsultacje. To jest takie dopasowywanie się do rynku, słuchanie tych ludzi, proponowanie im pewnych rozwiązań.

Więc trochę jest to płynięcie z prądem, żeby to szło do przodu, szło do przodu. Nie mam żadnego sztywnego schematu wyboru priorytetów. One się też trochę zmieniają w zależności od tego, jaki biznes prowadzę. Staram się patrzeć, co ma największe przełożenie na realny zarobek.

Rap, hip-hop i album z Filipin

Wojtek: Przełożenie na realny zarobek to bardzo twarde, biznesowe hasła jak na odkrywanie życia. Ale chciałbym jeszcze na koniec naszej rozmowy wrzucić wątek, który nam wszystko, moim zdaniem przynajmniej, wywróci do góry nogami, czyli hip-hop bądź rap. Nie wiem, jaka jest różnica, może ty mi powiesz, jaka jest różnica między rapem a hip-hopem. Natomiast jak w tym całym twoim poukładanym biznesowo świecie, prawniczym jeszcze do tego, pojawia się ten magiczny wątek hip-hopowy?

Rafał: To ciekawa historia. Z tego, co wiem, to się dzieli tak, że rap jest częścią hip-hopu, a hip-hop to kultura, która ma też w swoim obrębie taniec, breakdance, djing i jakieś dodatkowe rzeczy. U mnie jest bardziej ten rap.

Zawsze byłem dobrym uczniem, poukładanym, ze wzorowym zachowaniem, ale jak wracałem do domu, to słuchałem rapu. Najpierw zaczęło się od amerykańskiego, Eminema i tak dalej, a później też polski. Teraz to tak na zmianę.

Zawsze uwielbiałem tego słuchać, uwielbiałem chodzić na koncerty, na festiwale i kochałem tę kulturę. Myślę, że dalej bardzo lubię tego słuchać, szczególnie starszych artystów z moich lat dwudziestych, jak miałem 20 lat.

I chyba od gimnazjum pisałem sobie teksty. Lubiłem pisać. Do tej pory uważam, że lubię pisać i umiem pisać.

Czy to newsletter marketingowy, czy tekst rapowy, sprawiało mi to po prostu przyjemność. Natomiast chyba jak byłem nastolatkiem, to nie miałem wystarczającej odwagi, żeby w to pójść.

Pamiętam, że jak pierwszy raz trafiłem do studia nagraniowego, to strasznie się krępowałem, nie mogłem wydobyć z siebie prawdziwego głosu, byłem taki ściśnięty. Nawet osoba, która realizowała to nagranie, powiedziała, że to słychać.

Teraz jestem dużo bardziej otwarty i myślę, że teraz bym to zrobił lepiej, tylko mam na to trochę mniej czasu. Natomiast się bałem. Pamiętam taką myśl jako nastolatek, że z tego hip-hopu, z rapu, się nie utrzymam.

Niepotrzebnie, moim zdaniem, robiłem sobie taką presję, że jak pójdę w rap, to muszę robić karierę na rapie i zarabiać, a na tym się ciężko zarabia, szczególnie że wtedy nie było jeszcze, nie wiem, TikToków i tak dalej. Myślę, że teraz trochę łatwiej jest pewne rzeczy wypromować. I to trochę zakopałem, pisałem sobie dla siebie do szuflady.

Wróciłem do tego rapu mocno na wyjeździe. Jak byliśmy na Filipinach, to przez te trzy miesiące pisałem, bo miałem wenę i chęć do pisania, i napisałem album o tej podróży. Każdy kawałek to był inny kraj. O Filipinach są dwa kawałki, ale ogólnie napisałem całą płytę, a jak wróciłem do Polski, to ją nagrałem.

Ta płyta jest nawet dostępna na YouTubie. Nie jest to jakiś super kunszt, jeżeli chodzi o mój warsztat, bo mało ćwiczyłem. Natomiast moim zdaniem teksty piszę bardzo dobre. Bardzo mi się to spodobało, byłem w tym studiu bardzo zestresowany, ale się udało.

Później przyszły dzieci i trochę o tym zapomniałem. Stwierdziłem, że jestem teraz głową rodziny, przedsiębiorcą, chcemy się wyprowadzić, więc trzeba pójść w pracę, i zapomniałem o rapie. Teraz, jak już jest trochę więcej luzu w pracy, że mamy to poukładane, zaczynam myśleć o tym, żeby trochę wrócić. Myślę, że to jest też źródło tego, że jestem trochę outsiderem od zawsze i lubię różne przemyślenia, tematy poboczne, właśnie ten rap.

Gdzieś tam we mnie siedzi. Często szukam sobie jakichś tekstów w głowie sam i przychodzą. Staram się rymować, gdzie mogę.

Myślę, że do tego wrócę, ale już całkowicie hobbystycznie. Szczególnie że teraz już mogę: nie mam już takiego parcia, że jak będę rapował, to muszę to zrobić na wysokim poziomie, żeby z tego zarobić.

Mogę sobie na spokojnie pójść w piątek na dwie godziny do studia, podrzeć się i coś nagrać. Więc chcę do tego wrócić. Teraz jest to wygaszone z uwagi na obowiązki rodzinno-biznesowe, ale myślę, że na pewno jeszcze będzie w moim życiu.

Grzeczny uczeń czy outsider

Wojtek: Bardzo mnie zaintrygowało to zestawienie grzecznego chłopca ze wzorowym zachowaniem z miłością do kultury hip-hopowej, bo wydają się to dwa przeciwstawne światy. Kultura hip-hopowa kojarzy nam się z niegrzecznymi chłopcami z osiedla, a tu grzeczny chłopiec ze wzorowym zachowaniem. To jaki jest prawdziwy Rafał w związku z tym?

Rafał: Może mam dwie natury. Wydaje mi się, że na etapie bycia nastolatkiem byłem taki ugrzeczniony. Nie wiem, skąd to wynikało, ale dopiero później zacząłem dostrzegać, bardziej czuć, jaki jestem.

I wydaje mi się, że raczej idę w tę stronę, no, nie chcę powiedzieć „niegrzeczny”, bo to znowu źle zabrzmi. Natomiast w stronę kogoś stojącego na uboczu, robiącego po swojemu. Bliżej mi teraz do rapu niż do bycia supergrzecznym i wpisującym się w schematy. I to z czasem do mnie dochodziło. Myślę, że dalej jestem w trybie przemiany i nie czuję, że jestem już na takim etapie, że całkowicie siebie znam i wiem, jaki jestem, bo to wszystko się dalej zmienia. Bardzo dużo czasu poświęcam na refleksję nad sobą.

Natomiast z czasem rozwijało się to tak, że jestem bardziej tym szalonym, może, outsiderem, rapem, życiem po swojemu, i w tę stronę.

Wojtek: Myślę, że biorąc pod uwagę twój wiek, bo tego w sumie nie powiedzieliśmy, masz 31 lat, tak?

Rafał: Tak, 31.

Co go ukształtowało

Wojtek: To dość szybko zdałeś sobie sprawę z tych formalnych ograniczeń i z roli grzecznego, wzorowego ucznia i w miarę szybko przyszła ta refleksja i dojrzewanie do bardziej świadomych decyzji. Rozmawialiśmy trochę o tym na początku, że miała w tym duży udział twoja żona, ale pewnie nie wyłącznie. Było jakieś wydarzenie w twoim życiu, które cię bardziej otworzyło na poznawanie siebie?

Rafał: Myślę, że to będą trzy czynniki. Pierwszy to poznanie żony. Drugi to mnóstwo chłonięcia różnych treści, wcześniej, ale i później, razem z nią: treści ludzi, którzy się wyprowadzili, którzy mają jakieś wykłady motywacyjne, webinary o zarabianiu online, o pokonywaniu granic, o przeprowadzce do Tajlandii. Bardzo chłonąłem tematy, książki, webinary. Jest jeszcze jedna sytuacja z mojego życia, dość mocna i dramatyczna dla mnie.

Stopniowo zauważam teraz bardzo mocno w życiu, jak mnie ukształtowała. To nie było tak, że nagle po tej sytuacji. Natomiast zdystansowała mnie do pewnych rzeczy i zmusiła do tego, żeby żyć pełnią życia.

A sytuacja była taka, że miałem starszego brata, dwa lata starszego ode mnie, i jak miałem 15 lat, on zmarł bardzo nagle, na bardzo rzadką chorobę autoimmunologiczną. I to później zaczęło mi pokazywać, jak bardzo kruche i bezlitosne bywa czasem życie.

To sprawiło, że dużo mniej różnych rzeczy się boję, dużo testuję. Chcę, żeby to życie było wypełnione czymś, co mnie naprawdę fascynuje, ciekawi. I to jest trochę przekleństwo, trochę fajnie, bo na przykład jak teraz pracuję, to mam super zestaw umiejętności marketingowych, ale czasem mam wątpliwości, czy wziąć jakiegoś klienta, kancelarię do obsługi, bo wiem, że dobrze bym ich obsłużył, ale na przykład fatalnie mi się z nimi rozmawia.

Więc staram się szukać takich rzeczy, które mnie faktycznie satysfakcjonują, i żeby każda minuta mojego życia, może to brzmi bardzo rygorystycznie, była czymś ciekawym. Żeby nie było tak, że te cztery godziny, dobra, zarobię super pieniądze, ale poświęcam na coś, czego nie lubię i nie czuję. Staram się meandrować w tym życiu tak, żeby robić jak najciekawsze projekty.

I czasem myślę, że boję się tak całkowicie sobie zaufać, że może faktycznie powinienem na przykład zrzucić już marketing, z którym mam wzloty i upadki. I później, na przykład, nagrywać podcast o, nie wiem, mojej filozofii pracy zdalnej, Teneryfie, czy może w ogóle rapować. Może się okazać, że gdybym zaczął rapować, to za pięć lat bym był, nie wiem, na festiwalu. Nie wiem.

I czasem myślę, że może powinienem faktycznie wszystko przewrócić, ale ten mój rozsądek, odpowiedzialność też mnie trzyma, więc tak balansuję i małymi krokami próbuję przekraczać pewne granice.

Kiedy jest wystarczająco okej

Wojtek: Myślę, że to otwarcie się na myślenie w ogóle o tym i wejście w ten świat bardziej świadomościowy jest też bardzo trudne, bo jak cię słucham, to słyszę swoje myśli, które bardzo często się pojawiają. Czy ten czas jest dobrze wykorzystywany? Bo może mógłbym zrobić coś innego?

I czy to na pewno to, co teraz robię, jest tym, co chcę robić? Im bardziej zaczynasz siebie poszukiwać, tym masz więcej wątpliwości. Im masz więcej wątpliwości, tym szukasz dalej, próbujesz to pogłębić i masz ich jeszcze więcej, bo im dalej w las, tym więcej drzew.

I w pewnym momencie sztuką jest też, wydaje mi się, zobaczymy, co ty na to powiesz, postawić taką granicę i powiedzieć sobie: jest wystarczająco okej. Nie musisz być tą najlepszą wersją siebie i wykorzystywać każdej minuty tak idealnie, żeby wpisywała się w koncepcję czterech tysięcy tygodni życia.

Bo łatwo jest też przekroczyć tę niebezpieczną granicę samoświadomości i samorozwoju i po prostu się sfrustrować tym, że nie jest się pewnym, czy jest się wystarczająco rozwiniętym.

Rafał: Tak, zgadzam się. Ja też się z tym borykam, szczególnie teraz, jak zamknąłem agencję i poczułem, że mogę zrobić wszystko i pójść w każdym kierunku. Nawet do tego stopnia, że jak nagrywałem podcast o Teneryfie, to zgłosiły się do mnie osoby, które mówiły: fajny podcast, my też chcemy się przeprowadzić na Teneryfę, może byś odpłatnie pomógł nam się tam przenieść, może byś odpłatnie pomógł nam znaleźć nieruchomość na Teneryfie, i tak dalej.

To też są możliwości biznesowe, które są w moim zasięgu, moim zdaniem. Wszystkiego da się wyuczyć. I to jest właśnie problem, że z jednej strony mam wrażenie, że mogę wszystko.

Z drugiej strony mam wrażenie, że w życiu, jak chcemy, to możemy prawie wszystko, powiedzmy, jeśli jakieś czynniki zewnętrzne nam nie przeszkodzą. I to sprawia, że mogę wszystko i nie wiem, co robić. Ja teraz też nie wiem, czy powinienem być specjalistą od marketingu, czy robić te kursy, czy może pójść w zupełnie inną rzecz.

Pół roku na próbę

Rafał: To, co mówisz, jest bardzo trudne: żeby pomyśleć sobie „dobra, zobaczymy, jak to będzie”. U mnie dobrze działa, przynajmniej na chwilę obecną, że jak wymyślę sobie coś i nie jestem pewny, to daję sobie na przykład pół roku albo rok.

Tak samo było z agencją. Wahałem się, czy ją zamknąć, i stwierdziłem: dobra, to jeszcze rok i zobaczę, czy uda mi się ją wyskalować i tak ułożyć, że będę z niej zadowolony. Po roku tak nie było, więc ją zamknąłem.

I teraz też mam tak, że do końca roku robię różne projekty dla prawników i zobaczę, jak się z tym czuję. Bo samo myślenie o tym nigdy nam nie powie, nie da nam wyników, więc ja to robię i dobrze mi to działa. Lubię takie trzymiesięczne, powiedzmy, sprinty: robię ten projekt, zobaczymy, i daję sobie pewne granice, żeby po prostu przetestować, jak się z tym czuję, jakie są realne wyniki.

Zacznij robić, zamiast pisać

Wojtek: Bardzo fajnie powiedziałeś, że samo myślenie nic nie sprawi. Miałem taki etap w swoim życiu, całkiem niedawno, kryzysowy, związany z tym, czy chcę robić to, co robię, i zacząłem sobie spisywać takie autodzienniki, jak mówisz. Kiedyś odczytałem taki esej swojemu psychoterapeucie, a on powiedział mi bardzo konkretnie:

„To może pan zacznie to robić zamiast o tym pisać i sprawdzi, bo jak pan będzie tylko pisał, czy pan chce być tym i tym i tym, i nie sprawdzi, to nigdy się to nie wydarzy, nie będzie pan wiedział i będzie się pan ciągle frustrował”. I potem przyszło takie otrzeźwienie, że ten koncept, że możemy wszystko, jest jednocześnie bardzo zwodniczy. Bo masz żonę, dzieci, jakiś styl życia, który też musisz z czegoś utrzymać.

Koncepcja „mogę wszystko” jest wspaniała, ale nakłada też presję, bo przecież jak mogę wszystko, to po co mam się męczyć, zacznę coś nowego. I się okaże, że odebrało mi to coś, co miałem wcześniej, i to już nie jest takie wspaniałe. Na przykład jakbym chciał zostać pisarzem, to rzucę kancelarię i będę pisał książki.

I za trzy lata przyjdzie weryfikacja. Co się okaże, czy nie będzie negatywna? Może warto docenić, że mam, powiedzmy, nudne życie prawnika, ale mam. Więc ten koncept wszelkich możliwości jest fajny, ale bardzo niebezpieczny.

Moja koleżanka psychiatra też to potwierdza, że bardzo dużo młodych ludzi do niej przychodzi, którzy w naszej koncepcji cywilizacji, bo to nasze osiągnięcie, dążyliśmy do tego, żeby syn szewca nie był skazany na bycie szewcem. A w dużej liczbie sytuacji dla takiej osoby niekonieczność wybierania albo bycie tym synem szewca byłoby dużo łatwiejsze. I ta nieograniczona moc możliwości Jacka Walkiewicza też jest bardzo zwodnicza i może być powodem wielu frustracji.

Pierścień jak u Hobbita

Rafał: Tak, zgadzam się. I totalnie mam takie same przemyślenia: że mogę wszystko, nie wiem, czy robię to, co powinienem robić. Teraz zaakceptowałem to, że tak jest, i po prostu testuję pewne rzeczy i daję sobie te deadline’y, i w miarę to na mnie działa.

Ale kiedyś usłyszałem, to był tekst chyba rapowy takiego rapera Bisza, i on tam rapował, że chciałby, żeby ktoś mu dał pierścień jak Hobbitowi, żeby miał misję w życiu. Że ma taki cel i już nie musi myśleć, co będzie robił, czy będzie raperem, czy, tak jak ja, raperem specjalistą od marketingu, czy agentem nieruchomości na Teneryfie, czy będzie pisał, mówił o filozofii na YouTubie. Tylko po prostu ma misję i musi ją wykonać.

Ale to w naszym świecie nie jest możliwe i jesteśmy faktycznie przebodźcowani. I ten wybór jest trudny, moim zdaniem. Szczególnie w połączeniu z tym, jak ktoś ma dość wysoką pewność siebie i mówi: dobra, ja bym ogarnął.

Ja też myślę, że w 3 miesiące bym był agentem nieruchomości. Więc to jest pewna pułapka. Ale z drugiej strony daje taką swobodę, że nikt się nie będzie nudził.

Wojtek: To, o czym mówisz, o raperze i tej hobbickiej misji, to jest chyba takie nasze trochę dziecięce marzenie zdejmowania z siebie odpowiedzialności, bo jak ktoś ci daje misję, to ty ją realizujesz, a jak musisz sam tę misję określić, to jest już dużo trudniej.

Rafał: Tak, zdecydowanie. Dużo jest wyzwań w tym świecie. Fajnie, że mamy te możliwości, ale z drugiej strony trzeba się w nich odnaleźć, faktycznie pójść w jakimś kierunku, coś zacząć robić i testować, myślę.

Wojtek: Moglibyśmy jeszcze trochę pofilozofować i jeszcze trochę pogłębić to wszystko, ale to jest temat studni bez dna.

Rafał: Tak.

Marzenie Rafała

Wojtek: Myślę, że ten czas rozmowy da słuchaczom jakąś perspektywę do namysłu, tak przynajmniej mam nadzieję. A Ciebie standardowo na koniec chciałbym zapytać o twoje aktualne marzenie, czy jakieś najsilniejsze plany, coś, co twoją głowę zaprząta. Misja to może za duże słowo, może właśnie marzenie.

Rafał: Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to marzenie materialne, które mamy wspólnie z żoną: chcemy mieć swój dom na Teneryfie, bo teraz mieszkamy w mieszkaniu wynajmowanym, chcemy mieć swój dom z ogrodem. Bardzo nam tego brakuje.

Uważamy, że to by było super i na razie wszystkie nasze wysiłki finansowe idą w tym kierunku, żeby za parę lat, za jakiś czas mieć swój dom na Teneryfie z ogródkiem. Jeżeli chodzi o moje prywatne rzeczy, na pewno chciałbym wrócić do rapu i nagrać jakąś płytę. Mam już nawet swoją tracklistę, właśnie o tym, jak się zmienia głowa, jak mamy dzieci i jak nie mamy dzieci. Bardzo chciałbym w tym kierunku pójść i się odważyć, nagrać, i żeby to nieźle brzmiało.

Wojtek: Wobec tego trzymam kciuki i czekam na premierę i egzemplarz autorski.

Rafał: Dziękuję bardzo.

Wojtek: Dzięki za rozmowę.

Rafał: Dziękuję bardzo.

Wojtek: Tobie, słuchaczu, widzu, również dziękuję. Mam nadzieję, że ta rozmowa o wielu tematach była dla Ciebie inspirująca. Jak zwykle zostaw komentarz i napisz, co wynosisz dla siebie.

No i zapisz się na Listy Przygodowe. Dzięki temu wyślę ci powiadomienie na maila o kolejnym odcinku i nie będziesz musiał przebijać się przez szum social mediowy.

Dzięki za uwagę, do zobaczenia, cześć, cześć.